Chrapią, ledwo się ruszają, pocą i wciąż nie dostrzegają problemu. Jak walczyć z męską otyłością, pytamy bariatrę

Patrycja Wachowska-Kelly, bariatra: "Widuję męskie żołądki, które mają nawet 10 litrów pojemności. Rozciągnięte jedzeniem tak, jak macica ciążą. Niestety, nie ma hormonów, które pozwoliłyby im się samoistnie obkurczyć". Jak nie doprowadzić do takiego stanu i kiedy szukać pomocy?

Nadwaga i otyłość to z pewnością problem polskich mężczyzn. Od lat dotyczy ponad 60 proc. rodaków(1), według niektórych badań epidemiologicznych nawet 68 proc.(2) Nadmiar kilogramów dotyczy również kobiet i dzieci, ale to u mężczyzn skala zjawiska jest największa. Już wśród najmłodszych otyłość i nadwaga mają płeć: chłopcy częściej niż dziewczynki nie mieszczą się w normach. A jednak o otyłości, jako sprawie męskiej, mówi się rzadko. Tymczasem trzeba bić na alarm i szukać sposobów dotarcia do męskiej świadomości, bo otyłość odbiera radość życia, zdrowie, wreszcie - zabija. Już dziś według WHO jest bezpośrednią przyczyną 2,8 milionów zgonów rocznie. Jako przyczyna pośrednia znajduje się w czołówce zabójców(3).

Zobacz wideo

Eliza Dolecka, zdrowie.gazeta.pl: Otyłych mężczyzn spotykamy na każdym kroku, a jednak wagą przejmują się głównie kobiety i to one częściej się odchudzają. Dlaczego?

Patrycja Wachowska-Kelly, bariatra*: Otyłość męska jest z pewnością widoczna, ale zarazem nieuświadomiona.

Otyli bywają nawet szefowie korporacji, dyrektorzy, profesorowie, diabetolodzy... Ci ostatni nie mają oporu, by publicznie mówić o otyłości jako istotnym czynniku chorób, zwracać uwagę pacjentom, a u siebie nadmiaru kilogramów nie widzą i z pewnością nie jest on źródłem zawstydzenia, czy kompleksów.

Kobiety odnoszące sukces dbają, by przejawiał się on również w wyglądzie. Poprawiają urodę, staranniej się ubierają, wiedzą, że ludzie patrzą. Zabiegany, zapracowany mężczyzna nawet nie zauważa, że przybrał kilka rozmiarów.

Skoro ciężko pracują, skąd ta otyłość?

- To często powracające pytanie. Chirurdzy i ortopedzi niemal cały dzień stoją przy stole operacyjnym. Architekci czy nadzorcy budów podkreślają, że te często zalecane 10 czy 12 tysięcy kroków wyrabiają bez trudu, w dodatku na świeżym powietrzu. I tyją. Przyczyną jest przede wszystkim złe odżywianie, ale także brak aktywności kardio, czyli takiej, która pozwoli spalać tłuszcz.

Na czym ona polega?

- Proces efektywnego spalania jest możliwy dopiero wtedy, gdy powyżej 15 minut, a według niektórych źródeł nawet 20 minut, wysiłek podniesie nam tętno do poziomu 100-110 uderzeń na minutę. Stanie, a nawet chodzenie w naturalnym tempie, tego nie zapewni.

A odżywianie? Gdy się nie ma czasu na jedzenie, skąd ten tłuszcz?

- Dla mężczyzny zapracowanego, który w ciągu dnia nie ma czasu nawet na kanapkę, wieczorny posiłek, już w domu, staje się źródłem przyjemności.

Owszem, jedzenie ma być celebrowane i sprawiać radość, ale nie może zastąpić prawdziwego odżywiania. Gdy pytam pacjenta, co je najchętniej, a on odpowiada, że same dobre rzeczy, choćby banany, ser żółty i czekoladę, wiem, z czym walczę. Trafiony zatopiony.

Czyli?

- To ktoś, kto zwykle w ciągu dnia nie czuje głodu, a potem zajada stresy. Szuka w jedzeniu satysfakcji, relaksu. Te produkty to źródła tryptofanu, niezbędnego choćby do produkcji serotoniny. Potrzebujemy go, by nasz układ nerwowy działał prawidłowo. Kiedy jednak ma być takim zastępczym antydepresantem, zaczynają się problemy.

Jeśli przez cały dzień wypijamy pospiesznie kawę, funkcjonujemy na batonikach pełnych białka i cukru, a potem od godziny 20. do 23. tylko jemy, jemy, jemy, to z pewnością bilans kaloryczny nie będzie się zgadzał, a ten posiłek odłożymy w postaci tłuszczu.

Organizm nie zużyje go rano, skoro nie zjemy śniadania?

- Niestety, nie sięgnie po zapasy. Ta późna kolacja zostanie zmagazynowana, bo jeśli po jedzeniu idziemy spać, nie zadziałają procesy, które pozwalają z tego źródła czerpać. Organizm woli zwolnić metabolizm. Pobierze tylko tyle energii, by mogły pracować serce, mózg i płuca. Tłuszcz zostanie.

Kiedyś mówiono, że trzeba zjeść w ciągu dnia pięć dobrze zbilansowanych posiłków, by organizm dobrze funkcjonował. Dziś nawet diabetolodzy przyznają, że wystarczą trzy. Ważna jest jednak regularność, dobre zbilansowanie kaloryczne tych posiłków i aktywność kardio, która da szansę na spalanie.

Skąd zatem ta moda na diety, które pozwalają na jedzenie w ciągu ośmiu godzin na dobę (intermittent fasting)? Polecają je nawet lekarze.

- Moda wzięła się z przekonania, że krótkotrwała głodówka, w tym przypadku 16 godzin na dobę, poprzez zwolnienie metabolizmu poprawia długość życia. Rzeczywiście, jeśli na takie rozwiązanie zdecydujemy się w momencie, gdy masa ciała jest prawidłowa, dajemy szansę komórkom naszego organizmu na dłuższe życie. Co to  oznacza w praktyce? Mniejsze ryzyko stanów zapalnych, nowotworów... Jest jednak, jak zwykle, parę pułapek. Kluczowa jest regularność tego rozwiązania, co wcale nie jest proste do przestrzegania, i musi zgadzać się bilans kaloryczny. Jako metoda odchudzania intermittent fasting pozwala spożywać małą ilość na dobę. Osoby, o których mówimy, jedząc raz dziennie, często spożywają kilka tysięcy kilokalorii.

Zazwyczaj nie rozumiemy, czym jest metabolizm. Wierzymy, że ci, którzy mają wysoki, są szczupli, a ci z niskim metabolizmem - grubi. To tak nie działa, a w każdym razie nie jeden do jednego. Nie brakuje osób otyłych wśród tych z wysokim metabolizmem. Kluczowy jest bilans kaloryczny.

Czyli pozostaje nam liczenie kalorii?

- Nie jestem tak do końca zwolenniczką liczenia kalorii: tej ciągłej dyscypliny, kalkulatorów w głowie. To uciążliwe, stresogenne, prowadzi do zachowań impulsywnych i nakręca złe mechanizmy.

Dla mnie kluczowe jest nauczenie pacjenta, że wszystko, co spożywamy, oprócz wody, ma kalorie i wchodzi do bilansu kalorycznego. Nie tylko złapane w biegu ciasteczko czy słona przekąska, ale zdrowe rzeczy także.

Mleko dodane do kawy ma kalorie, bardzo zdrowy miód ma kalorie i szklanka soku także. Jeśli sobie to uświadomimy, szybko odkryjemy, że naprawdę jemy za dużo.

Na zwykłe procesy metaboliczne, czyli oddychanie, poruszanie się, pracę mózgu, zwykle organizm kobiety potrzebuje dziennie 1400-1600 kcal. Mężczyzny: 1800-2200 kcal.  Drobne odstępstwa wynikają choćby z wieku czy chorób współistniejących. Jeśli organizm nie ma z czego magazynować, nie będzie tego robił. Otyłość to skutek nieuświadomionego jedzenia i pochłaniania góry kalorii. I niełatwo to zmienić.

Znamy mechanizm, a mężczyzna nie widzi problemu. Co można na to poradzić?

- Nie ma jednego rozwiązania, zwłaszcza, że mężczyźni się nie badają, a nawet jeśli, to nadmiaru kilogramów nie łączą ze stanem zdrowia.

Jeśli rutynowe badania wykazują, że przekraczają normy, prędzej uwierzą w spisek firm farmaceutycznych niż konsekwencje otyłości. Jednak regularne, chociaż subtelne, wskazywanie na związek między dolegliwościami a wagą, czasem w końcu przynosi rezultaty.

Czyli: on skarży się na ból pleców, przewlekłe zmęczenie, pocenie czy chrapanie? Warto zaznaczyć, że przyczyną może być przyrost kilogramów.

Jak go przekonać, żeby chociaż zaczął się ważyć?

Porozmawiajmy o rozmiarach. Mężczyźni zwykle nie lubią zakupów. Jeśli są przyzwyczajeni do konkretnej marki czy sklepu i nagle okazuje się, że nie mogą tam zrobić zakupów, bo brak rozmiaru XXL czy XXXL, to bywa impulsem do zmiany, szukania pomocy. Z ważeniem bywa różnie. Za wysokie BMI? Niejeden pan będzie się upierał, że to nie tłuszcz tyle waży, a mięśnie. Nawet jeśli nie ma żadnych mięśni poza piwnym.

Wielu pacjentom polecam centymetr krawiecki zamiast wagi. Tu nie ma za dużej przestrzeni do dyskusji. Jeśli kobieta ma w talii powyżej 80 cm, mówimy o nadwadze. Od 88 cm - o otyłości. Mężczyzna analogicznie: więcej niż 94 cm nadwaga, 102 cm - otyłość.

Już przy nadwadze warto rozmawiać z lekarzem o problemie?

- Teoretycznie zawsze warto, także profilaktycznie. Trudno jednak uzyskać pomoc u lekarza pierwszego kontaktu, który ma kilkanaście minut dla pacjenta. Nawet już przy chorobach współistniejących z nadwagą i otyłością, jak cukrzyca czy nadciśnienie, rzadko się o tym w gabinetach rozmawia. Wypisanie recepty na działający lek zajmuje 2-3 minuty. Zmiana stylu życia to proces, który wymaga wysiłku, a na efekty długo się czeka.

Są lekarze, którzy doskonale wiedzą, że otyłemu pacjentowi nie pomogą skutecznie tabletkami. To głównie kardiolodzy i pulmonolodzy. Oni często kierują do mnie. Lekarze pierwszego kontaktu rzadko. Częściej pacjent sam uświadamia sobie, że potrzebuje pomocy.

W jaki sposób?

- Często impulsem do zmiany jest nowa rodzina, późne rodzicielstwo. Bywa, że pacjent nie zauważa wyprysków na skórze, tego, że nie może samodzielnie zawiązać butów, a gdy strzelają guziki w koszuli, decyduje się na krawca i cieszy, że dopiero teraz wygląda dobrze. Kiedy jednak nie daje rady zająć się z dzieckiem, dociera do niego powaga sytuacji. Bo nawet jeśli zdoła bawić się na podłodze autkami, to potem już nie może z tej podłogi wstać. Odpowiedzialność za rodzinę sprzyja refleksji. Taki pacjent, gdy do mnie trafia, jest zmotywowany i dobrze się z nim pracuje. Podobnie jak ten, który nie może się zmieścić w sportowym samochodzie.

Wypryski na skórze to też skutek nadmiaru tkanki tłuszczowej?

- Tak. Z jednej strony sprzyja im nadpotliwość, z drugiej hormony. Trzeba uświadomić sobie, że w przypadku otyłości tkanka tłuszczowa to dodatkowy organ produkujący hormony. Przede wszystkim hormony żeńskie i prozapalne cytokiny, których działanie szybko widać na skórze. Ta wiedza nie podoba się mężczyznom, ale nadmiar kilogramów w jakimś stopniu pozbawia ich męskości.

Wielu otyłych mężczyzn nie zdaje sobie sprawy, że otyłość przekłada się na libido i sprawność seksualną. Często cieszą się udanym seksem, bo stopniowe zmiany trudno zauważyć. Kochają się rzadziej, rezygnują z kolejnych pozycji lub braki nadrabia drobna, sprawniejsza partnerka. Wszystko jednak do czasu.

Kiedy przychodzi refleksja?

- Niestety, często zbyt późno. Otyłość, nawet olbrzymia, może przez lata nie wpływać wyraźnie na samopoczucie, ale potem, lawinowo, sypie się wszystko. Pojawia się nadciśnienie, cukrzyca, wreszcie dopada udar lub zawał. Niezwykle trudno przewidzieć moment, w którym to nastąpi.

Dlaczego?

- Przed konsekwencjami otyłości chronią nas hormony - mężczyzn głównie testosteron, obie płcie - adiponektyna. Ich zapasy systematycznie się kurczą. Gdy się wyczerpią, pogorszenie zdrowia następuje błyskawicznie. U jednej osoby może to nastąpić w wieku 50 lat, u innej zaraz po 20. urodzinach, zwłaszcza, gdy otyłości nabawiła się w dzieciństwie.

Bywa, że leczenie otyłości wymaga radykalnych rozwiązań. Chyba niełatwo przekonać pacjenta, że jego żołądek jest niepotrzebny...

Przede wszystkim, jeśli to tylko możliwe, staram się pomóc farmakologicznie lub z pomocą metod mało inwazyjnych, jak choćby balon dożołądkowy, który ogranicza apetyt. Dotyczy to jednak głównie osób z nadwagą lub otyłością, ale bez chorób współistniejących. Przy otyłości olbrzymiej, która odebrała już zdrowie, gdy BMI przekracza 40, trzeba działać radykalnie, żeby ratować życie. I pacjenci zwykle to rozumieją, zwłaszcza mężczyźni.

W jaki sposób przekonuje pani pacjenta do zabiegu, jeśli go potrzebuje, a wciąż do końca sobie tego nie uświadomił?

Żołądek jest mięśniem, podobnie jak macica. Przed ciążą macica ma zaledwie siedem centymetrów, a potem rozciąga się do pojemności niemal 10 litrów, by pomieścić rozwijający się płód, łożysko, wody płodowe. Po porodzie, dzięki hormonom, szybko się obkurcza i wraca do pierwotnego stanu. Widuję męskie żołądki, które mają nawet 10 litrów pojemności. Rozciągnięte jedzeniem tak, jak macica ciążą. Niestety, nie ma hormonów, które pozwoliłyby im się samoistnie obkurczyć. Nietrudno zgadnąć, że takiego dużego żołądka nie potrzebujemy.

Mężczyzn przede wszystkim dopingują szybkie efekty. W ciągu miesiąca po zabiegu mogą zgubić nawet kilkanaście kilogramów. Czują się lepiej, są zmotywowani do zmiany, często trwałej. Z kobietami bywa różnie. Na starcie to one szybciej uświadamiają sobie problem i szukają rozwiązania. Potem jednak nieraz problem wraca, bo nawet po operacji żołądek można znowu rozciągnąć.

Patrycja Wachowska Kelly, bariatraPatrycja Wachowska Kelly, bariatra Adam HARRY Charuk harryfoto@o2.pl

* Patrycja Wachowska-Kelly, bariatra (na zdjęciu). Absolwentka wydziału wojskowo-lekarskiego Uniwersytetu Medycznego w Łodzi. Doświadczenie w leczeniu otyłości i specjalizację z chorób wewnętrznych uzyskała pracując w Klinice Gastroenterologii Uniwersytetu Medycznego oraz Zakładzie Żywienia Klinicznego w Łodzi. Jest współautorem książek: „Dieta i żywienie kliniczne” i „Dietetyka kliniczna” oraz wielu publikacji w czasopismach medycznych o tematyce hiperalimentacji (pełnego żywienia pozajelitowego), nadwagi i otyłości. Posiada certyfikat Polskiego Towarzystwa Badań nad Otyłością (PTBO). W swojej pracy doktorskiej stara się wyjaśnić problem zaburzeń czynnościowych przewodu pokarmowego, na które cierpi prawie 70 proc. społeczeństwa. Dr Wachowska-Kelly to lekarz, który swoim zapałem i determinacją zaraża wielu pacjentów borykających się z problemami nadwagi pomagając im tym samym przejść przez cały proces leczenia. Pracuje w Medicover Szpital.

Przypisy

  1. Anna Brończyk-Puzoń, Aneta Koszowska, Justyna Nowak, Anna Dittfeld, Joanna Bieniek, Epidemiologia otyłości na świecie i w Polsce, Wybrane problemy kliniczne, Śląski Uniwersytet Medyczny w Katowicach 2014
  2. Dane za organizatorami ogólnopolskiej kampanii  społeczno-edukacyjnej „Otyłość Kontra Zdrowie”, rozpoczętej 9 kwietnia 2019 r.
  3. Obesity and overweight, World Health Organization 12.02.2018