Świat wolny od raka szyjki macicy? Dzięki niemu to możliwe (teoretycznie)

Chociaż to wcale nie jest takie rzadkie, świat naukowy nie chciał przyjąć do wiadomości, że infekcje wirusowe sprzyjają nowotworom. Harald zur Hausen był wyśmiewany, lekceważony, niejednokrotnie zniechęcony, ale to on miał rację i doczekał się Nagrody Nobla. Zapewne uratował życie milionom kobiet. Niestety, wielu jednak ocalić nie zdoła, bo wiedza to czasem za mało.

To już dziesiąty odcinek cyklu: "Pogromcy chorób". Piszemy w nim o pacjentach, bohaterskich lekarzach, pokręconych ścieżkach prowadzących do znalezienia antidotum... Opowiadamy, jak błogosławiona Dorota z Mątew walczyła z morowym powietrzem, o chłopcu, który zbierał kości skazańców, by poszerzać wiedzę o anatomii, a także dlaczego wciąż nie można lekceważyć gruźlicy. Ku pokrzepieniu serc i nauce. Człowiek bywa bezradny wobec natury, ale może więcej, niż zazwyczaj sądzimy. Ludzki upór i praca bywają nagrodzone, a czasem po prostu mamy szczęście lub pomaga nam przypadek.

Rak roznoszony drogą płciową?

Zgodnie z decyzją Komitetu Noblowskiego, w 2008 roku Françoise Barré-Sinoussi i Luc Montagnier,  bohaterowie piątego odcinka "Pogromców", swoją nagrodą za odkrycie HIV musieli podzielić się z Haraldem zur Hausenem. To niemiecki odkrywca wirusów brodawczaka ludzkiego (HPV), powodujących raka szyjki macicy. 

Chociaż AIDS i rak szyjki macicy to zupełnie różne choroby, w obu przypadkach kluczową rolę odgrywa czynnik wirusowy, a podstawową drogą szerzenia się zakażenia są kontakty seksualne. HIV czasem przyczynia się też do powstawania nowotworów (nie tylko rzadkich, jak chłoniak Hodgkina, ale różnych zmian w płucach, głowie, układzie pokarmowym), chociaż zazwyczaj mechanizm procesu nowotworzenia jest inny - przyczyną namnażania się nieprawidłowych komórek są zaburzenia odporności.(1)

Drogi do odkrycia Niemca oraz pary Francuzów nie były już podobne. W przypadku AIDS niemal od początku ludzkość szukała patogenu odpowiedzialnego za zakażenia, a konkurencyjna teoria o wirusie jedynie jako "pasażerze na gapę" u ludzi chorujących na coś innego nie przebijała się zbyt mocno. W dodatku pojawienie się nowego wirusa sprzyjało determinacji uczonych i ściganiu się z czasem.

Hausen swoją teorię o związku między wirusem a rakiem szyjki macicy zaczął nieśmiało forsować w latach 70. ubiegłego wieku. Nie mógł liczyć na poważne potraktowanie. Z jego wykładów ostentacyjnie wychodzono, podśmiewano się w kuluarach, nie przewidywano sukcesu. Nie traktowali go poważnie ani naukowcy, ani koncerny farmaceutyczne, które przez dłuższy czas nie widziały ekonomicznego potencjału w badaniach Haralda zur Hausena. Szczęśliwie, ktoś w końcu wyciągnął do niego rękę i przyczynił się do uratowania życia milionom kobiet na świecie.

Luki w edukacji

Poznając kolejnych uczonych zbawców świata, niełatwo osiągnąć efekt zaskoczenia informacją, że w szkole nie byli prymusami lub mieli do niej pod górkę. Mały Harald nie okazał się w tej materii wyjątkiem.

Przyszedł na świat 11 marca 1936 roku, w niemieckim mieście Gelsenkirchen-Buer. W nim także przeżył drugą wojnę światową. Chociaż obszar ten był intensywnie zbombardowany, chłopak i jego najbliższa rodzina przetrwali. Do szkoły poszedł jednak z opóźnieniem, dopiero w 1946 roku. W pierwszym roku wyraźnie odstawał od grupy rówieśniczej, bo z domu wyniósł mniej umiejętności niż koledzy. Z czasem się rozkręcił na tyle, by bez większych problemów skończyć szkołę średnią.

Jednak decyzja o studiowaniu medycyny na uniwersytecie w Bonn była zaskoczeniem dla najbliższego otoczenia. Kiedy okazało się, że Harald, od zawsze wielki pasjonat przyrody, zdecydował się na dodatkowe wykłady z biologii, rodzice uważali, że nie podoła. Rzeczywiście, przez dwa lata jego przyszłość studencka kilkakrotnie wisiała na włosku. Kiedy jednak pierwszy poważny egzamin po pięciu semestrach, tzw. "Physikum", zdał z bardzo dobrym rezultatem, nabrał pewności siebie i od tego momentu szło mu coraz lepiej. Pod koniec 1960 roku skończył studia medyczne.

Wydawało się, że zostanie ginekologiem. Jak wspominał w 2008 roku(2), właśnie ta specjalizacja fascynowała go ogromnie. Okazała się jednak, zaskakująco, bardzo wyczerpująca fizycznie.

Ciężkie dyżury, wiele godzin na nogach, presja czasu... Harald zdecydował się zrezygnować z pracy w szpitalu i zatrudnił się na uniwersytecie w Düsseldorfie, planując karierę w mikrobiologii i immunologii. Wybór ten jednak przez wiele miesięcy wydawał mu się błędem. Tęsknił za praktyką lekarską i emocjami na oddziale położniczym. Szczęśliwie, zafascynowały go prowadzone na uczelni badania wirusologiczne. Kto wie, może bez tego do dziś nie wiedzielibyśmy, jak potężne zagrożenie dla zdrowia mogą stanowić brodawczaki i nie byłoby szczepienia przeciw HPV...

Harald zur Hausen w 1967 roku, w laboratorium szpitala dziecięcego w Filadelfii z dwiema techniczkami.Harald zur Hausen w 1967 roku, w laboratorium szpitala dziecięcego w Filadelfii z dwiema techniczkami. Fot. za Nobel Prize, https://www.nobelprize.org/uploads/2018/06/hausen_autobio_1.jpg

Szczególny problem prostytutek, nie zakonnic

Kilkanaście lat temu Harald zur Hausen, zapytany przez Annę Gwozdowską z "Pulsu Medycyny"(3), czy ostateczny sukces naukowy zawdzięcza intuicji, odpowiedział:

Nie wierzę w intuicję. Zbyt wiele teorii krąży w świecie naukowców. Trzeba być raczej dobrze zorientowanym w swojej dziedzinie, także w tym, co działo się w przeszłości. Już w 1842 r. pojawił się we Włoszech raport doktora Rigoniego-Sterna, z którego wynikało, że zakonnice prawie w ogóle nie zapadają na raka szyjki macicy, natomiast wśród prostytutek odsetek zachorowań jest bardzo wysoki. Na tej podstawie Rigoni-Stern wysnuł wniosek, że zachorowanie na raka szyjki macicy jest związane z jakimś rodzajem infekcji nabywanej drogą płciową.

Nikt nie uwierzył Rigoniemu-Sternowi i długo nie chciał Hausenowi. Ten jednak ciężko pracował na ostateczny sukces. Stale poszerzał swoją wiedzę, szukał nowych informacji i dostępu do technologii. Po ponad trzech latach pracy w Düsseldorfie zdał sobie sprawę, że w tym ośrodku już się niczego nie nauczy. Technologicznie najbardziej inspirowały go Stany Zjednoczone. Kiedy więc dostał propozycję pracy od Wernera i Gertrudy Henle ze Szpitala Dziecięcego w Filadelfii, gdzie Werner kierował oddziałem wirusologii, długo się nie wahał. Pracę w USA rozpoczął w 1966 roku.

To znowu nie była praca marzeń. Zespół Henle'go badał przede wszystkim wirusa Epsteina-Barr (EBV) i opracowywał testy serologiczne. Zauważony przez badaczy związek między zakażeniem a chłoniakiem Burkitta nie wydawał się im wart pogłębionych badań. Tymczasem Hausen miał już swoją teorię i coraz bardziej marzył o niezależności, własnym zespole... 

I stało się. W 1969 roku naukowiec wraca do Niemiec, by kierować Instytutem Wirusologii na Uniwersytecie w Würzburgu w Niemczech. Uzyskuje wsparcie wpływowych urzędników w Niemczech i Szwecji. Wciąż pomaga mu były pracodawca z Filadelfii. Dzięki nim nie tylko buduje profesjonalny zespół i nowoczesne laboratorium. Ma też zapewniony dostęp do sporej liczby wyników biopsji i pobranego materiału genetycznego z nowotworów.

Wreszcie wszystko zaczęło się układać? Cierpliwości. Nie tak od razu.

Kiedy w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku po raz pierwszy prezentowałem na sympozjach naukowych swoją teorię, koledzy się ze mnie trochę wyśmiewali. Pamiętam, że jeden z nich powiedział mi, że jestem wirusologiem od hipotez, bo dowodów na moją teorię nie ma. W tamtym czasie właściwie miał trochę racji. Kiedy w 1974 roku na Florydzie przedstawiłem negatywne wyniki badań nad występowaniem wirusa opryszczki w komórkach raka szyjki macicy, uznany w świecie wirusolog z Chicago zaprezentował publikację, w której pisał, że znalazł w nowotworowo zmienionej tkance szyjki macicy 40 proc. genomu opryszczki. Wszyscy uwierzyli jemu, a nie mnie. Choć zmobilizowało to mnie jeszcze bardziej do pracy, był to jednak dość frustrujący okres w mojej karierze. Wytrzymałem, bo mam "grubą skórę" i byłem przekonany, że temat, nad którym pracuję, jest niezwykle interesujący.

Badania nad HPV także nie szły gładko. Kiedy jednak nie potwierdziła się uznana teoria o opryszczce, Hausen postanowił staranniej przyjrzeć się brodawkom narządów płciowych. Zauważył, że zaskakująco często informacje o nich znajdował w historiach choroby pacjentek z rakiem. Gdy w 1980 i w 1982 roku jego zespołowi udało się wyizolować wirusy HPV 6 i 11, ale nie znaleźli ich w komórkach nowotworowych, rozczarowanie było ogromne. Nikomu nie przychodziło do głowy, że są o krok od sukcesu.

W latach 1983-1984 dwóch studentów z laboratorium Hausena wyizolowało wirusy HPV 16 i 18, bezpośrednio odpowiedzialne za zdecydowaną większość przypadków raka szyjki macicy.

Harald zur Hausen, jak na prawdziwego wizjonera przystało, już w tym samym roku pomyślał, że czas rozmawiać o wykorzystaniu odkrycia w praktyce:

Rozmawiałem z niemiecko-szwajcarską firmą farmaceutyczną. Zaproponowałem pracę nad szczepionką, ponieważ wtedy miałem już twarde dane, potwierdzające przyczynową rolę wirusa brodawczaka w powstawaniu raka. Na początku byli zainteresowani, ale kiedy przeprowadzili analizę rynku, okazało się, że nie ma na taką szczepionkę zapotrzebowania. Na szczęście, od tego czasu pogląd w tej sprawie mocno się zmienił.

- wspominał uczony w 2007 roku, na rok przed wręczeniem mu nagrody Nobla, rok po rejestracji w USA pierwszej szczepionki przeciw najgroźniejszym wykrytym szczepom HPV.

Zobacz wideo

Świat bez raka szyjki macicy?

Co roku na świecie rozpoznaje się pół miliona przypadków raka szyjki macicy, a ponad połowa chorych umiera. Szacuje się, że mimo wynalezienia skutecznej broni, do 2050 roku liczba zachorowań może sięgać ponad miliona rocznie. W ujęciu globalnym 80 proc. nowych zachorowań na raka szyjki przypada na państwa rozwijające się, gdzie nie ma szans na szczepienie, badania cytologiczne, wreszcie nowoczesne leczenie.

W Polsce rak szyjki macicy jest drugim co do częstości występowania nowotworem narządów płciowych u kobiet do 45. roku życia. Co roku około 3500 Polek dowiaduje się, że ma raka szyjki macicy, a połowa z nich umiera, bo zgłosiła się do lekarza zbyt późno. Oznacza to, że z dziesięciu kobiet, u których codziennie wykrywa się w Polsce ten nowotwór, pięć umiera.(4)

Dla porównania - uczeni z Cancer Council New South Wales przewidują, że w Australii do roku 2022 roku rak szyjki macicy zostanie zaliczony do "rzadkich", a do 2035 roku w ogóle zniknie. Obecnie choroba występuje dwa razy rzadziej niż w innych krajach świata.(5)

Dlaczego? Australia jako pierwsza wprowadziła powszechne bezpłatne szczepienia przeciw HPV obu płci (wirus rzadko wywołuje problemy zdrowotne u mężczyzn, np. raka odbytu, ale mogą oni zakażać kobiety), zaraz, gdy to było możliwe, czyli od 2007 roku. Masowo przeprowadza się w tym kraju także badania cytologiczne. Dla porównania - w Polsce kobiety badać się nie chcą, szczepienia wciąż nie są powszechnie dostępne, a ich cena odstrasza wielu rodziców. Za jedną dawkę szczepionki trzeba zapłacić ok. 400-450 zł, a potrzebne są, w zależności od wielu dziecka, dwie lub trzy dawki. Nawet w Warszawie bezpłatnie wyszczepiono do tej pory tylko jeden rocznik dzieci, więc program nie objął choćby całych klas (po reformie edukacji do jednej klasy chodzą dzieci w różnym wieku, bo szły do szkoły mając sześć lub siedem lat).

Bez powszechnej świadomości, wspartej konkretną inwestycją, nie pomogą ani wielcy odkrywcy, ani ich odkrycia.

Przypisy:

  1. John F. Deeken, "Future treatment for non-AIDS-defining cancers in HIV-infected", Future HIV Therapy, 2010
  2. Harald zur Hausen Biographical, Nobel Prize (Medicine) 2008, data dostępu: 30.06.20
  3. Anna Gwozdowska, "Harald zur Hausen: szczepionka - broń przeciw nowotworom", Puls Medycyny, 16.05.2007
  4. Za: Baza Wiedzy: rak szyjki macicy, Fundacja "Nadzieja", data dostępu: 30.06.20
  5. Margit Kossobudzka, "Świat bez raka szyjki macicy jest możliwy. Australia ma szansę go wyeliminować dzięki szczepieniom", 27.10.18