Różne zwierzęta ją roznoszą, ale chorują tylko ludzie. O pałeczce łożnicy, co z żołnierzami wędrowała

Zabijała biedaków i koronowane głowy, czyhała w strumieniach i na stołówkach, roznosiły ją muchy, a nawet żółwie. Salmonella typhi, czyli pałeczka duru brzusznego, niejednokrotnie miała większy wpływ na wynik konfliktów zbrojnych niż wojskowi stratedzy, bo dziesiątkowała "niezwyciężone" armie. Niestety, to nieprawda, że przestała zagrażać ludziom.

Przedstawiamy ósmy odcinek cyklu: "Pogromcy chorób". Piszemy w nim o pacjentach, bohaterskich lekarzach, pokręconych ścieżkach prowadzących do znalezienia antidotum... Opowiadamy, jak błogosławiona Dorota z Mątew walczyła z morowym powietrzem, o koszykarzu, którego nie pokonał HIV i o tym, dlaczego wciąż nie można lekceważyć gruźlicy. Ku pokrzepieniu serc i nauce. Człowiek bywa bezradny wobec natury, ale może więcej, niż zazwyczaj sądzimy. Ludzki upór i praca bywają nagrodzone, a czasem po prostu mamy szczęście lub pomaga nam przypadek.

Nazywano ją gorączką obozową, okrętową, więzienną, w zależności od tego, gdzie aktualnie uderzała. Salmonella typhi najpewniej atakowała już starożytnych ateńczyków podczas wojen peloponeskich i angielskich osadników w Jamestown, w Nowym Świecie, zabijając na początku XVII wieku ich wszystkich (1). Dziesiątkowała więźniów obozów koncentracyjnych zakładanych przez Brytyjczyków podczas wojen burskich, a także tych niemieckich, w czasie drugiej wojny światowej. Jeszcze pod koniec lat 50. XX wieku, w wyniku złych warunków sanitarnych i powodzi sprzyjających szerzeniu się epidemii, Włosi stracili przez nią 100 tysięcy mieszkańców. 

Na ziemiach polskich w latach 1919-1924 zmarło z powodu zakażenia tą bakterią prawie 10 tysięcy osób. W porównaniu do wielu krajów radziliśmy sobie całkiem nieźle i jako jedni z pierwszych mogliśmy o niej zapomnieć, bo byliśmy pionierami szczepień.

Smród i majaki, czyli dur od odurzenia

Skąd pewność, że za tymi wszystkimi atakami na człowieka stoi Salmonella typhi, czyli pałeczka duru brzusznego? W przypadku najstarszych epidemii całkowitej pewności nie ma, bo nie można było przecież zrobić wymazów czy posiewów. Wiele chorób zakaźnych objawia się podobnie: pojawia się wysoka gorączka, biegunka, silny ból brzucha, kaszel... Dur brzuszny wyróżniały dwa symptomy - cuchnący oddech i majaczenie.

Nazwisko swoje otrzymała, jak się zdaje, od symptomatu każdemu w oczy podpadającego, a mianowicie od jakiegoś odurzenia czyli otępienia umysłu chorego. W kraju naszym znaną była dawnych czasów pod nazwą łożnicy, zapewne dla tego, że chory gorączką tą złożony kilka tygodni leżeć był przymuszonym

- pisał w wydanej w 1875 roku pracy poświęconej durowi brzusznemu Józef Orkisz, znany lekarz lwowski i warszawski (2).

Natomiast o charakterystycznym cuchnącym oddechu głosił już Tukidydes (3), chociaż wielu późniejszych kronikarzy milcząco pomijało akurat ten fakt, zwłaszcza gdy choroba atakowała milionerów, królów czy rodziny znanych polityków. Z drugiej strony - o brzydkich zapachach w kontekście duru sporo mówiło się w pałacu Buckingham. Miały nie tyle pojawiać się u chorych, ile być przyczyną ich stanu. Gdy na dur zapadł książę Albert (1819-1861 r.), mąż królowej Wiktorii, medycy podejrzewali, że zaraził się od "smrodliwych wyziewów" z Tamizy.

Owszem, w tamtych czasach rzeka, szczególnie latem, przypominała ściek, a pałeczki duru czasem pochodziły z wody wykorzystywanej choćby do mycia warzyw, jednak akurat Albert miał sporo różnych okazji do zakażenia.

Pewnie pożyłby dłużej, gdyby mieszkał w chociaż trochę czystszym miejscu niż ówczesny pałac Buckingham. Wprawdzie książę wprowadził się do londyńskiej siedziby brytyjskich monarchów w czasie, gdy montowano w niej już ubikacje z klozetami spłukiwanymi bieżącą wodą, jednak tylko pozornie było naprawdę nowocześnie. Żadna toaleta nie miała prawidłowej wentylacji, spłuczki się psuły i wiele z nich ciągle nie działało. Wzdłuż pałacu Buckingham stale zalegały góry gnijących odpadków, a pod budynkiem znajdował się dawny ciąg ścieków miejskich. Fetor bywał nie do zniesienia. Na salonach czy w kuchni dobrze czuły się głównie muchy i szczury, a ludzi gnębiły różne zarazy. Dziś historycy spierają się, czy Alberta na pewno zabił dur, bo wiele chorób zakaźnych mogło swobodnie szerzyć się w jego luksusowym domu.

Dur, czyli tyfus

Dur brzuszny i łożnica to niejedyne określenia dla choroby wywoływanej przez Salmonellę typhi. W przeszłości tak naprawdę najczęściej mówiono o tyfusie i wywoływanej przez niego gorączce tyfusowej. To te nazwy określające dur brzuszny, dziś już zapomniane, siały prawdziwy popłoch i stygmatyzowały chorych. Tyfus jest wysoce zakaźną chorobą brudnych rąk. Wywołuje go patogen, który może być roznoszony przez zwierzęta, w tym gryzonie i owady. Mogą być nim pokryte kurze jaja, mleko zakażonych krów, nawet hodowane w domach żółwie. Śmiercionośne pałeczki bytują w strumieniach, przenikają do gleby, obecne są na warzywach i owocach. Trudno było nie czuć strachu w czasach, gdy nie mieliśmy ani szczepionek, ani antybiotyków, ani podstawowej wiedzy o higienie.

Piętnowano także bezobjawowych nosicieli. Niewielu z nich zidentyfikowano, ale niewątpliwie zdarzali się i nie mieli łatwego życia. Podejrzewano ich o trucie innych, konszachty z diabłem i inne nieczyste sprawki. Nie pierwszy i nie ostatni raz w historii niewiedza sprzyjała lękom i agresji.

Najsłynniejszą nosicielką tyfusu była kucharka Mary Mallon, nazywana "Tyfusową Mary" i "Panią Zarazek". Uznana w 1908 roku za pacjenta zero w Nowym Jorku, przez 23 lata była więziona i izolowana od społeczeństwa bez prawomocnego wyroku.

Mężczyźni chorzy na gruźlicę na mój widok mówią: Oto ona, porwana kobieta

- pisała ze szpitala zakaźnego Mary Mallon (4). I chociaż dziś wydaje się to nieludzkie, można zrozumieć tak drastyczne rozwiązanie. Wszędzie, gdzie pojawiała się kobieta, wkrótce umierali ludzie. Możliwe, że pośrednio przyczyniła się do śmierci nawet kilku tysięcy osób. Najpewniej głównym źródłem zakażenia były wyśmienite brzoskwiniowe lody, które Mary serwowała swoim pracodawcom. Możliwe, że także inne dania. Wieloma chorobami brudnych rąk bardzo łatwo się zakazić, jeśli jedzenie przygotowuje ich nosiciel, dlatego do dziś tak ważne są regularne badania pracowników gastronomii. Tak czy owak -"najniebezpieczniejsza kobieta Ameryki" nie miała możliwości uchronić ludzi przed sobą, nie chciała się przebranżowić, generalnie nie wierzyła w swoje nosicielstwo, więc była przymusowo izolowana do końca życia.

Bezbronni cywile i polskie akcenty

Niewątpliwie odporniejsi na atak pałeczek byli żołnierze już podczas I wojny światowej. Wcześniej choroba wyjątkowo chętnie atakowała właśnie wojaków. Podczas wojny hiszpańsko-amerykańskiej w 1898 roku więcej żołnierzy zmarło z powodu duru brzusznego niż w wyniku działań zbrojnych. Dur był też jedną z najczęstszych przyczyn zgonu podczas amerykańskiej wojny secesyjnej (1861-65) - po stronie Unii odnotowano ponad 80 tysięcy ofiar.

Miliony żołnierzy stłoczonych w bunkrach, bez dostępu do czystej wody, brudnych, niedożywionych i często odnoszących rany, nie zachorowały akurat na dur brzuszny w czasie I wojny. Inne choroby zakaźne męczyły ich chętnie, ale akurat ten zabójca już nie. Od końca XIX wieku regularnie udoskonalano szczepionki. Pierwszą wynalazł francuski bakteriolog André Chantemesse, kolejną Almroth Wright, brytyjski lekarz pracujący dla wojska  

Pierwsze szczepionki nie były idealne. Zarazki wstrzykiwano koniom i czekano, aż zwierzęta zaczynały je zwalczać. Potem pobierano im krew, z której odzyskiwano osocze z przeciwciałami i podawano je w zastrzykach ludziom. Ocena okazywała się niełatwa, a skuteczność takich szczepionek ograniczona. Doktor Edith Claypole, lekarka przygotowująca szczepionki dla żołnierzy idących na front, w 1915 roku sama poddała się zabiegowi, po którym zachorowała na tyfus i zmarła.

Na masową skalę szczepienia zaczęły się właśnie podczas światowego konfliktu, a podlegali im przede wszystkim żołnierze. To, co było niewątpliwie dobre dla armii, niekoniecznie służyło spotykanej przez nią ludności cywilnej.

Polski lekarz Antoni Puławski tak podsumowywał w wydanej tuż po pierwszej wojnie światowej pracy poświęconej chorobom zakaźnym skutki zaszczepienia ponad 100 tysięcy żołnierzy: 

Wśród legionistów - czy to w Karpatach, w Galicyi, na Węgrzech i Bukowinie, czy w Królestwie Polskiem lub na Wołyniu - zdarzały się tylko pojedyncze wypadki tyfusu, a śmierć od tej choroby należała do wyjątków; w tym samym zaś czasie, wśród nieszczepionej ludności miejscowej, z którą żołnierze nasi się stykali, dużo bywało tyfusu i śmiertelność była wysoka.

Szczepieni żołnierze nie chorowali lub chorobę przechodzili lekko, ale zarażali nieszczepionych. Pomoc dla cywili na polskich ziemiach przyszła na większą skalę po odzyskaniu niepodległości. Szczepienia ochronne, realizowane przez Państwowy Zakład Higieny, tylko w samej Łodzi do 1928 roku objęły 72 tysiące mieszkańców.

Na ziemiach polskich jeszcze do połowy XX wieku dur należał do najczęstszych chorób zakaźnych. W 1948 roku na tyfus zmarło ok. 500 osób, ale zachorowało prawie osiem tysięcy. Powszechne szczepienia dzieci i młodzieży pozwoliły niemal wyeliminować zagrożenie w latach 70. ubiegłego wieku.

Zobacz wideo

Niby nie taki diabeł straszny...

Warto odnotować, że przed wynalezieniem szczepionki przeciw durowi brzusznemu konieczne były co najmniej dwa odkrycia. Przy okazji okazało się, że śmiercionośna bakteria w rzeczywistości wcale nie była tak trudnym przeciwnikiem, jak się wcześniej wydawało. Miała sporo słabych punktów. Trzeba było tylko je poznać.

Jako pierwszy na związek między brudnymi rękami a durem brzusznym zwrócił uwagę młody lekarz angielski William Budd (1811-1880). W rozprawie z 1839 roku przekonywał, że chociaż jeszcze nie zna konkretnej przyczyny, musi istnieć jakiś "czynnik", który pozwala na roznoszenie choroby. Jego podejrzenia świat zignorował, ale Budd się nie poddał i w 1847 roku dokonał ważnego odkrycia. Zaobserwował, że źródłem zakażenia mogą być skażone ujęcia wody. Tym razem z publikacją zwlekał (aż do 1859 roku). Potraktowano go jednak poważnie znacznie później, po śmierci księcia Alberta.

W 1874 roku zaledwie 27-letni Tadeusz Browicz, asystent na Uniwersytecie Jagiellońskim, wykrył pałeczki duru brzusznego w śledzionie zmarłego pacjenta. Podobnego odkrycia sześć lat później dokonał niemiecki profesor. Obaj panowie stwierdzili, że do pokonania tego "potwora" z mikroświata wystarcza obróbka termiczna w zaledwie 60 st. C.

Szybko okazało się też, że pałeczka duru brzusznego nie przetrwa w obecności chloru. Właśnie przeciw niej zaczęto stosować chlorowanie wody pitnej. Po raz pierwszy taką stałą dezynfekcję wprowadzono w 1908 roku, w Jersey City w New Jersey.

XXI wiek wolny od tyfusu? Według WHO co roku na dur brzuszny choruje ponad 20 milionów ludzi, a umiera ok. 200 tysięcy. Najwyższą liczbę zachorowań obserwuje się w Indiach, Chinach, Pakistanie i Bangladeszu. W Polsce szczepienie jest obowiązkowe.

Przypisy:

  1.  Anna Szóstak, "Jamestown - kolonia śmierci", www.historia.org.pl, 07.03.12
  2. Agnieszka Bukowczan-Rzeszut, "Historia tyfusu. Ta choroba uśmiercała więcej ludzi, niż najbardziej krwawe wojny", www.ciekawostkihistoryczne.pl, 06.06.18
  3. Józef Krzyk, "Cuchnący oddech Peryklesa", Ale Historia Wyborcza.pl, 28.02.14 
  4. Agata Porażka, "Tyfusowa Mary". Wszędzie, gdzie się pojawiała, zaczynali umierać ludzie", Weekend Gazeta.pl, data dostępu: 16.06.20
Więcej o: