Czworo biorców organów "zaraziło się" rakiem od dawczyni, trójka z nich nie przeżyła. Lekarze przeoczyli chorobę

Trzy biorczynie organów od - jak się poniewczasie okazało - chorej na nowotwór piersi dawczyni zmarły z powodu raka. Autorzy raportu na ten temat przekonują, że to przypadek równie tragiczny, co wyjątkowy.

Transplantacja organów to dziedzina medycyny, która dla znakomitej większości pacjentów jest - dosłownie - ostatnią deską ratunku. Jeśli nie znajdzie się odpowiedni dawca, czeka ich śmierć, bo ich własne organy odmawiają posłuszeństwa i nie funkcjonują prawidłowo.

Nic więc dziwnego, że przeszczepy są przez chorych traktowane jako "zbawienie" - i to mimo faktu, że nie zawsze się przyjmują.

Niestety, nawet udana transplantacja może doprowadzić do śmierci biorcy i to w nieprzewidziany sposób. Świadczy o tym przypadek opisany w kwietniu tego roku w American Journal of Transplantology. Autorzy publikacji na jego temat  zaznaczają, że nie ma on precedensu - przynajmniej odnośnie do skali. Sytuacje, w których biorcy zaczęli chorować na raka po przeszczepie od chorego na nowotwór dawcy, zdarzały się już bowiem w przeszłości.

- Nie brakuje raportów, z których wynika, że transmisja nowotworów może zaistnieć w przypadku transplantacji organów. Jednakże to pierwszy taki przypadek, kiedy nastąpiła transmisja komórek raka piersi po przeszczepie narządów od jednego dawcy czterem biorcom - piszą specjaliści z holenderskiej uczelni Academic Medical Centre.

Fatalne w skutkach przeoczenie

Historia, którą media na całym świecie zainteresowały się dopiero teraz, ma swój początek lata temu. Dokładnie 11, bo to w 2007 roku odbyły się wszystkie transplantacje, które ostatecznie skończyły się zgonami trojga z czworga biorców organów (był jeszcze jeden biorca, który zmarł po pięciu miesiącach od operacji z zupełnie innej niż pozostali przyczyny - sepsy. Dlatego też nie został uwzględniony w raporcie).

Jak się okazało, 53-letnia dawczyni, której przyczyną śmierci był udar, miała niezdiagnozowanego raka piersi. Choroby nie wykryli ani zajmujący się nią za jej życia lekarze, ani transplantolodzy. Nie wynikało to z ich niedbalstwa - kobieta, jako potencjalna dawczyni, miała przed śmiercią wykonany komplet badań laboratoryjnych, prześwietlenia czy USG, jednak żadne z nich nie wykazało, że cierpi na złośliwy nowotwór.

Ostatecznie więc dwie nerki, płuca, serce i wątroba kobiety trafiły do pięciu różnych biorców. Poza jednym, który zmarł z powodu zakażenia krwi, pozostała czwórka po operacjach czuła się dobrze - u wszystkich nowe organy się przyjęły.

Trzy zgony i tylko jeden ocalały

16 miesięcy po przeszczepie 42-letnia biorczyni obu płuc 53-latki zaczęła chorować i badania wykazały, że w jej organizmie pojawiły się zmiany nowotworowe. Zmarła niedługo później, w 2009 roku, a kolejne testy potwierdziły, że przyczyną zmian były komórki rakowe pochodzące od dawczyni.

Po jej śmierci lekarze postanowili sprawdzić stan zdrowia innych biorców. Okazało się, że 62-latka, której przeszczepili lewą nerkę, była zdrowa, ale profilaktyczne usunięcie organu nie było możliwe. Pięć lat później i u niej rozwinął się jednak rak, który zaatakował m.in. nerki, wątrobę i kości. Po dwóch miesiącach - i sześciu latach od udanego przeszczepu - kolejna pacjentka zmarła.

Ten sam los spotkał też 59-letnią biorczynię wątroby, która zmarła po siedmiu latach od transplantacji, z czego trzy ostatnie poświęciła na walkę z rakiem.

Jedynym biorcą, który przeżył, okazał się 32-letni mężczyzna. Po przeszczepie prawej nerki u niego też - w 2011 roku - zdiagnozowano raka. Udało mu się go jednak zwalczyć dzięki usunięciu przeszczepionej nerki i kuracji lekami przeciwnowotworowymi. W 2017 roku pacjent wciąż był zdrowy i zgłosił nawet chęć przejścia kolejnej transplantacji nerki.

Autorzy raportu twierdzą, że nie wiadomo, w jaki dokładnie sposób nastąpiła transmisja raka na czterech biorców, ale mają swoją hipotezę. Uważają, że mogły to ułatwić leki immunosupresyjne. To rodzaj lekarstw, których zadaniem jest obniżenie odporności pacjentów. Stosuje się je u tych, którzy przeszli przeszczep, żeby zmniejszyć ryzyko odrzucenia przez organizm nowego narządu.

Z raportu wynika również, że przed jakąkolwiek transplantacją przeprowadzane są bardzo rygorystyczne i kompleksowe badania dawcy i jego organów. Stąd ryzyko transmisji raka jest "zwykle bardzo niskie" i wynosi między 0,01 a 0,05 procent.

Pozytywne zakończenie?

Ostatecznie eksperci podkreślają jedyny chyba pozytyw, który jest skutkiem całej tragicznej sytuacji. To fakt, że farmakoterapia skupiająca się na przywróceniu odporności i usunięcie organu u 32-latka okazała się skuteczna w wyleczeniu raka, który rozwinął się u niego po przeszczepie organu od chorej dawczyni. To oznacza, że istnieje skuteczna metoda, która w przyszłości może się okazać pomocna w podobnych sytuacjach.

Nie wiadomo, w którym kraju doszło do tego bezprecedensowego przypadku - można mniemać, że skoro opisali go holenderscy specjaliści, mogło się to wydarzyć właśnie w Holandii, ale to tylko przypuszczenie.

Czy do podobnego przypadku mogłoby dojść w Polsce? Z informacji podawanych przez serwis Poltransplant wynika, że w naszym kraju (i oczywiście nie tylko) "przeszczepia się wyłącznie narządy pochodzące od ludzi niedotkniętych chorobami. Przed przeszczepieniem wykonuje się badania wykluczające choroby, które mogłyby zostać przekazane biorcy przeszczepu".

Przeczytaj, jak wygląda przerażająca codzienność personelu medycznego. Książka "Agonia" dostępna jest w formie ebooka w Publio.pl >>

Źródła: Science Alert, American Journal of Transplantation.

Zobacz też:

Więcej o: