"To element systemu represji, a nie wsparcia pacjentów" - psychiatra o projekcie rejestru osób po próbach samobójczych

Ministerstwo Zdrowia zapowiada powstanie Krajowej Bazy Danych na rzecz Monitorowania i Profilaktyki Zachowań Samobójczych. Zapewnia, że pomysł ten jest odpowiedzią na potrzeby lekarzy, służb ratunkowych i pacjentów. Pytamy doktora Macieja Klimarczyka, psychiatrę i seksuologa, komu i do czego mogłaby się przydać taka baza, powszechnie już nazywana rejestrem samobójców.

Po pomyśle otwarcia trzystu ośrodków opieki psychiatrycznej dla dzieci i młodzieży, w których nie będzie zatrudnionego ani jednego psychiatry (wszystko na ten temat),  kolejny zdumiewający pomysł władz na "uzdrowienie polskiej psychiatrii", tym razem dla dorosłych. Zakłada stworzenie bazy, w której będą odnotowywane wszelkie przypadki prób samobójczych, a dostęp do niej będą mieć choćby policjanci czy pracownicy pogotowia. 

Po przedstawieniu założeń projektu w "Rzeczpospolitej" przez rzecznika resortu Wojciecha Andrusiewicza, w internecie zawrzało. O zagrożeniach mówiła choćby Maja Herman, specjalistka psychiatrii i psychoterapeutka Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Dla przykładu:

Jeden kryzys w młodości zostanie na zawsze zarejestrowany, a osoba która go podjęła już na zawsze będzie nosić piętno, które nie należy się nikomu.

Więcej na ten temat

Maja Herman zachęcała też do podpisywania petycji przeciw rejestrowi. Jednak od ubiegłego tygodnia na stronie z tym dokumentem możemy przeczytać zapowiedź ewentualnego wycofania się z całego pomysłu zespołu roboczego ds. prewencji samobójstw i depresji przy Radzie ds. Zdrowia Publicznego Ministerstwa Zdrowia. Wbrew wcześniejszym oficjalnym wypowiedziom krajowego konsultanta prof. Piotra Gałeckiego, obecnie jest już raczej mowa nie tyle o bazie pomagającej identyfikować konkretne osoby, co "tworzyć rzetelne statystyki". Stworzenie krajowej bazy danych na rzecz monitorowania zachowań samobójczych, czyli samobójstw i prób samobójczych, z uwzględnieniem ich okoliczności jest zgodna z zaleceniami Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) i Międzynarodowego Towarzystwa Zapobiegania Samobójstwom (IASP). Specjaliści podkreślają jednak, że instytucje międzynarodowe nie popierają tworzenia baz, które mogłyby naruszać zasadę tajemnicy lekarskiej.

"Członkinie komisji", które jakoby miały zapowiedzieć zmianę stanowiska zespołu roboczego, pozostają anonimowe. Uprzedzają, że zespół wprawdzie "rekomenduje rozpoczęcie prac nad taką bazą, ale nie oznacza to, że wejdzie ona w życie", co brzmi dość kuriozalnie. Na dziś mamy jednak obowiązujące oficjalne stanowisko krajowego konsultanta, który rekomenduje powstanie rejestru jak najszybciej. Poprosiliśmy więc praktyka, doktora Macieja Klimarczyka, psychiatrę i seksuologa*, by wyjaśnił, jakie konsekwencje może mieć stworzenie takiej bazy.

Eliza Dolecka, zdrowie.gazeta.pl: Skąd pan doktor usłyszał o pomyśle rejestru?

Dr Maciej Klimarczyk - Z internetu. Niewiele o tym projekcie wiadomo.

A podobno były prowadzone szerokie konsultacje i projekt ma poparcie psychiatrów, toksykologów, psychologów?

- Nie wiem, którzy specjaliści go popierają, bo osobiście nie znam nikogo z kręgu praktyków psychiatrów, kto nie dostrzegałby w nim przede wszystkim zagrożeń. Wydaje się, że cały ten pomysł ma stworzyć wrażenie rozwiązywania jakichś problemów polskiej psychiatrii. Obawiam się, że w rzeczywistości nie pomoże nawet jednemu pacjentowi.

Baza podobno usprawni pracę służb. Policjant miałby znacznie ułatwioną pracę, gdyby wiedział, że dana osoba kolejny raz próbuje sobie zrobić krzywdę i użyłby odpowiednich środków zaradczych.

- Tak po ludzku to nawet rozumiem taką argumentację, ale jako psychiatra już nie. Za każdym razem, gdy zachowanie człowieka wskazuje na to, że może się on targnąć na swoje życie, to wezwany na miejsce policjant ma obowiązek skonsultować się ze specjalistą psychiatrą, może się to odbyć nawet bez zgody pacjenta. Zatem już dziś są odpowiednie narzędzia i możliwości prawne. Wspomniany rejestr zdejmowałby jedynie odpowiedzialność z policji i sprzyjał nieuzasadnionym decyzjom, np. jesteś w rejestrze, to każdy policjant, który cię zatrzyma może tym uzasadnić swoją decyzję. Z drugiej strony, a co z tymi, którzy będą chcieli odebrać sobie życie, a nie będą w rejestrze? Czy w takim przypadku nie osłabi to czujności funkcjonariusza?

Kilka dni temu opinią publiczną wstrząsnęła sprawa matki, która wyrzuciła przez okno dziecko. Wcześniej znaleziono ją z nim na torach, ale po mglistych wyjaśnieniach odwieziono do domu. Gdyby była w bazie...

- W tym konkretnym przypadku, jeśli policjant podejrzewał, że kobieta z dzieckiem na torach może stanowić zagrożenie dla siebie lub dla dziecka, powinien zawieźć ją na izbę przyjęć najbliższego szpitala psychiatrycznego. Tam powinna się odbyć konsultacja psychiatryczna. Gdyby wspomniany rejestr istniał, ale jej by w nim nie było, to tym bardziej uśpiłoby to czujność służb policji.

Próba samobójcza nie zwiększa ryzyka popełnienia samobójstwa?

- Zwiększa, ale ryzyko to jest najwyższe w krótkim czasie od podjęcia tej pierwszej próby. Po roku jest znacznie niższe, a po kilku latach, jeśli pacjent nie ma zaburzeń psychicznych, może się zrównać z ryzykiem populacyjnym. W ocenie takiego ryzyka ważniejszy jest aktualny stanu psychiczny pacjenta oraz jego obecna sytuacja życiowa.

Jest jeszcze jedna ważna kwestia, świadcząca przeciwko rejestrowi: nieudane próby samobójcze kilka razy częściej podejmują kobiety, natomiast skuteczne próby samobójcze - kilka razy częściej mężczyźni. Wśród 5255 osób, które w ubiegłym roku popełniły samobójstwo, ponad 4,5 tysiąca stanowili właśnie mężczyźni i dla wielu z nich była to pierwsza próba. Zatem, mimo że najważniejszym czynnikiem ryzyka samobójstwa jest płeć męska, w zaproponowanym rejestrze znaczną większość stanowiłyby kobiety. Kolejną moją obawą jest to, że po wprowadzeniu rejestru będziemy obserwować większą liczbę skutecznie dokonanych pierwszorazowych prób samobójczych.

Zobacz wideo

Dlaczego?

- Bo taki rejestr to przede wszystkim element systemu represji, a nie wsparcia pacjentów. Problemy psychiczne w Polsce wciąż stygmatyzują, szczególnie w małych społecznościach. Perspektywa trafienia do rejestru będzie dla pacjenta dodatkowo stygmatyzująca, więc zamiast dokonać nieskutecznej próby w celu zwrócenia na siebie uwagi, podejmie decyzję o skutecznym odebraniu sobie życia. Możemy w ten sposób stracić osoby, które prawdopodobnie nie zrobiłyby już sobie krzywdy. Rejestr może je do tego popchnąć. To byłoby makabryczne żniwo tego pomysłu.

Zabrzmiało groźnie, niemal jak opis peerelowskich akcji milicji typu Hiacynt**.

- To prawda. Wszelkie rejestry jakichś poszczególnych cech lub zachowań ludzi mogą się z tym kojarzyć. Warto też wspomnieć o tym, że zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie miał możliwość wykorzystania tych danych w złej wierze.

Zwolennicy tego pomysłu twierdzą, że różne rejestry pomocne służbom, choćby pedofilów, są powszechne w bardziej utrwalonych demokracjach i nie budzą takich emocji.

- Między pedofilią a myślami samobójczymi jest ogromna różnica. Pedofilia jest cechą stałą. Jeśli ktoś ma tego typu skłonności, to bez podjęcia terapii ryzyko powtórnego popełnienia czynu pedofilnego jest wysokie lub bardzo wysokie. Myśli samobójcze nie są czymś stałym i utrwalonym. Ktoś, kto w wieku 18 lat targnął się na życie na przykład po zawodzie miłosnym, w wieku 40 lat może być całkowicie zdrowym i stabilnym emocjonalnie człowiekiem. I proszę sobie teraz wyobrazić, że po wielu latach osoba dopuszczająca się jakiegoś drobnego wykroczenia jest zawożona na konsultację psychiatryczną tylko dlatego, że będąc nastolatkiem zapowiedziała, że się zabije i trafiła do rejestru. To będzie dla tej osoby wydarzenie traumatyczne. A dodatkowo, w tym samym momencie nie zostanie udzielona pomoc osobie w kryzysie, tylko dlatego, że ktoś sprawdzi, że nie ma jej w rejestrze.

W Szwecji na podstawie numeru identyfikacyjnego niemal każdy lekarz może poznać historię leczenia pacjenta. Gdy ten jest nieprzytomny, a ma za sobą próbę samobójczą, szybciej można podjąć decyzję o przeprowadzeniu poszerzonej toksykologii.

- Oczywiście, ale czym innym jest sprawny system informatyzacji służby zdrowia, z dostępem dla osób zajmujących się leczeniem pacjenta i tylko w określonych sytuacjach, gdy osoba tego leczenia wymaga, a czym innym osobny urzędowy rejestr, koncentrujący się na konkretnej kwestii, w dodatku stygmatyzującej, z szerokim dostępem dla wielu służb. Zresztą, jeśli chodzi o dane medyczne, to powinny być rejestrowane jedynie te najważniejsze, jak choroby przewlekłe czy stosowane leki, jeśli będziemy rejestrować wszystko, to pacjenci stracą zaufanie do lekarzy i będą zatajać wiele informacji podczas zbierania wywiadu, stwarzając dla siebie dodatkowe ryzyko. Bardzo widoczne jest to w pracy seksuologa. Gdy pacjenci mówią o swoich problemach w tej sferze, często proszą mnie, abym nigdzie tych informacji nie zapisywał. I ja ich nie zapisuję nawet w swojej dokumentacji, ponieważ dokumentacja medyczna nie powinna być źródłem niepokoju danego pacjenta. Wracając jednak do rejestru zachowań samobójczych, zastanawiam się, jak głęboko szukano by kandydatów. Czy, żeby do niego trafić, wystarczyłoby przyznać się lekarzowi do próby samobójczej sprzed kilku lat albo do takiej, która w żaden sposób nie zagroziła życiu? Kto miałby dokonywać selekcji, weryfikacji? Czy byłby to rejestr na całe życie? Strach się bać. Nie taka jest rola psychiatrii.

***

* Dr n. med. Maciej Klimarczyk jest specjalistą psychiatrą, specjalistą seksuologiem, psychoterapeutą. Stopień doktora nauk medycznych uzyskał na Gdańskim Uniwersytecie Medycznym - praca doktorska na podstawie badań nad lękiem napadowym. Współautor książek: "CHAOS W GŁOWIE - mózg i życie", opisującej mechanizmy działania ludzkiego mózgu oraz ich nieprzewidywalność, a także "Neurologia kliniczna w praktyce - homeostaza mózgu”. Jest też twórcą kanału na YouTube, w którym mówi o najczęstszych problemach psychicznych i seksualnych. Przyjmuje pacjentów w Bydgoszczy i Mogilnie. Możliwe konsultacje online (skype, whatsapp). Więcej informacji TUTAJ

** Akcja "Hiacynt" – masowa akcja Milicji Obywatelskiej przeprowadzona w PRL w latach 1985–1987, polegająca na zbieraniu materiałów o polskich homoseksualnych mężczyznach i ich środowisku, w wyniku której zarejestrowano ok. 11 000 akt osobowych. Zebrane dane wykorzystywano wielokrotnie do szantażu i inwigilacji opozycji.