Śmierć wdarła się do naszej codzienności. Jak radzić sobie z żałobą i wspierać osoby, które doświadczyły straty?

Naturalnym odruchem jest ucieczka, bagatelizowanie sytuacji, udzielanie "dobrych rad". Anja Franczak, profesjonalna towarzyszka w żałobie: Niewiele osób ma dziś zdolność pozostania dłużej w dyskomforcie, jakim jest obcowanie z cudzym cierpieniem.

Maj jeszcze niedawno nie wydawał się miesiącem właściwym do rozważań o żałobie i cierpieniu. Kulturowo wyparliśmy śmierć z naszej codzienności. Na chwilę wpuszczaliśmy ją zwykle na salony jesienią, w okolicy Wszystkich Świętych, wspominając tych, którzy niedawno odeszli. Szybko jednak odwracaliśmy od niej uwagę, uciekając do tematu zbliżającego się Bożego Narodzenia.

Oczywiście, śmierć jest stałą towarzyszką życia i zawsze była blisko. Ostatnio jednak bardziej ją zauważyliśmy. Pandemia COVID-19 sprawiła, że tysiące polskich rodzin niespodziewanie mierzy się osobiście z tematem żałoby. Śmierć 26 górników w kopalniach Zofiówka i Pniówek przypomniała nam dobitnie o kruchości ludzkiego życia. Jesteśmy świadkami piekła w Ukrainie. Przyjmując naszych zagranicznych braci, niejednokrotnie pod dach, mierzymy się także z ich traumą.

Nieprzygotowani

Według Anji Franczak, założycielki Instytutu Dobrej Śmierci, niewiele osób ma dziś zdolność pozostania dłużej w dyskomforcie, jakim jest obcowanie z cudzym cierpieniem. W obliczu rozpaczy drugiego człowieka trudno nam wytrzymać. Uciekamy. Czasem fizycznie, po prostu unikając kontaktu. Gdy już do spotkania dochodzi, próbujemy zmienić temat na lżejszy, czasem niefortunnie bagatelizując problem.

- Kiedy mówisz: "jesteś jeszcze taka młoda, wszystko przed tobą" czy "czas leczy rany", zapewne nie masz złych intencji. Osoba w żałobie widzi to jednak inaczej - odbiera jako przekaz: "nie masz prawa być smutna", "nic takiego się nie stało".

Anja Franczak* jest pierwszą w Polsce profesjonalną towarzyszką w żałobie. Za granicą, gdzie przeszła odpowiednie szkolenia, to zawód obecny od ponad 20 lat. W naszym kraju widzi się jednak przede wszystkim w roli edukatorki.

- Powszechnie udajemy, że śmierci nie ma. Podstawowa wiedza nawet o tym, jak wygląda sam proces umierania, zniknęła ze społeczeństwa. Kiedyś była w każdej rodzinie, bo ludzie umierali w domach. Dziś jest traktowana jako wiedza specjalistyczna, do której mają dostęp tylko lekarze lub ci, którzy zajmują się zmarłymi tuż po śmierci, czyli pracownicy branży pogrzebowej. Uważa się, że Kowalski nie musi, a wręcz nie powinien, nic wiedzieć na ten temat. Nie zgadzam się z tym. Każdy powinien mieć dostęp do tej wiedzy.

Według edukatorki, Polska nie potrzebuje wielu profesjonalnych towarzyszy w żałobie. Podstawowe funkcje wsparcia znakomicie mogą wypełniać bliscy i przyjaciele. Specjalnego wyszkolenia potrzebują jednak terapeuci, pracownicy domów pogrzebowych, personel medyczny; wszyscy ci, którzy na co dzień mają kontakt z osobami doświadczającymi straty bliskiej osoby. Tam potrzeba więcej edukacji i uwrażliwienia na potrzeby człowieka w żałobie.

Wychowani na etapach

Człowiek pogrążony w rozpaczy początkowo bywa niezdolny nawet do rozmowy z bliską osobą. Chcąc dowiedzieć się więcej o tym, co się z nim dzieje, niejednokrotnie szuka pomocy w sieci. Może tam trafić na niebezpieczne bzdury typu: żałoba po mamie powinna trwać rok, a po babci cztery miesiące.

- Pozornie nie brakuje też profesjonalnych artykułów, ale w rzeczywistości opierają się one na wiedzy sprzed co najmniej 50 lat. Teoria pięciu faz (etapów) żałoby, nazywana w Niemczech teorią epoki kamiennej, w Polsce nadal ma się dobrze. Problem jest już na etapie akademickim, bo jak sygnalizują terapeuci, którzy trafiają na moje szkolenia, na studiach słyszą tylko o tych fazach, jeśli w ogóle poruszany jest temat śmierci i żałoby - twierdzi Anja Franczak i dodaje:

- Kiedy przed laty sama mierzyłam się z cierpieniem po stracie dziecka, trafiłam na model pięciu faz. Nijak nie odzwierciedlał tego, co czułam. Jednak zamiast zakwestionować ten model, zakwestionowałam siebie - uznałam, że coś robię źle. Te dodatkowe wątpliwości były nieznośnym balastem. Tego chciałabym oszczędzić innym w podobnej sytuacji. Dziś już wiem, że jest wiele teorii opisujących proces żałoby w sposób dynamiczny, uwzględniających prawo do indywidualnego przeżywania straty, zakładających poszanowanie i delikatność wobec uczuć innych.Tę wiedzę staram się szerzyć.

Wciąż połączeni

Dlaczego teoria faz żałoby, którą zresztą sami prezentowaliśmy w serwisie, opierając się na wiarygodnych źródłach, miałaby być błędną? Na pierwszy rzut oka wygląda rozsądnie i logicznie: najpierw rzeczywiście jest szok, potem dezorganizacja, kulminacja, wreszcie rozpoczyna się proces zdrowienia.

Podstawowa kwestia, która została zakwestionowana w tym modelu już w drugiej połowie lat 90. ubiegłego wieku, to założenie, że etapy żałoby mają nas gdzieś doprowadzić. Celem ma być zakończenie żałoby, domknięcie jej. I z pewnością nie brakuje osób, które tego pragną, jest to dla nich rozwiązanie. Okazało się jednak, że zdecydowanie gorzej po stracie z żałobą (i generalnie z życiem) radzą sobie ci, którzy zerwali wewnętrzną więź ze zmarłym niż ci, którzy ją utrzymali, pielęgnują.

Przełomowa publikacja z 1996 roku "Continuing Bonds.New Understandings of Grief", oparta o badania szerokiej grupy osób w żałobie, które straciły bliskiego w różnym wieku i okolicznościach, pokazała, że ucieczka od przeszłości nie jest optymalnym rozwiązaniem. Stanęła też w kontrze do teorii bazujących na psychoanalizie, zakładających, że żałobę trzeba przepracować tak, by zabrać energię i uwagę od obiektu utraconego.

Okazało się, że osoby, które nawet wiele lat po stracie mają swoje małe rytuały związane ze zmarłym i pielęgnują wspomnienia, mogą realizować się w życiu, odnaleźć szczęście. Zachowana więź jest tym, co nas koi i wspiera.

- Dziś kluczowym pytaniem nie jest już, jak najszybciej uwolnić się od przeszłości, tylko w jaki sposób tej osobie, którą kochałeś, kochasz i zawsze będziesz kochać, dać symboliczne miejsce w swoim życiu - podkreśla Anja Franczak.

Pogrążeni

A jednak żałoba bywa niszcząca. Mijają tygodnie, miesiące, lata, a przeszłość nie pozwala żyć tu i teraz. Nie ma pełnej zgody terapeutów, jak traktować osoby, które pogrążają się w rozpaczy, w jaki sposób je wspierać. Wciąż toczy się dyskusja, podejście jest różne. Jeden nurt mówi o żałobie patologicznej, wymagającej diagnozy, leczenia. Inny, że sama żałoba to ludzkie doświadczenie i nie może być patologiczna, ale może być połączona z depresją lub z traumą. Wtedy potrzebne jest leczenie traumy i depresji, z równoczesnym dbaniem o żałobę.

Jak rozpoznać, że proces przebiega w sposób wymagający szczególnego wsparcia?

- Mnie osobiście bliski jest model podwójnego procesu, który zakłada, że osoba w żałobie podlega dwóm głównym nurtom w życiu. Jeden skierowany jest na stratę, koncentruje się na bólu i tęsknocie. Równolegle toczy się jednak proces drugi - odbudowy. Świadczą o nim wszelkie znaki budowania nowego życia. Naturalny ruch w żałobie przypomina wahadło - czasami nasza uwaga jest po jednej lub po drugiej stronie. Sygnałem, że ktoś może potrzebować pomocy, jest pozostawanie wyłącznie po jednej stronie. Niepokojące jest skupianie się wyłącznie na bólu, ale także wypieranie bolesnych doświadczeń. Wówczas potrzebne jest zapraszanie na tę drugą stronę. Nie na siłę, raczej wskazywanie, że ona jest - mówi Anja Franczak i przytacza w jej ocenie trafną metaforę żałoby:

- Na początku żałoba jest jak współlokator, który cały czas z nami jest. Potem lokator się wyprowadza, ale regularnie nas odwiedza. Często w najmniej oczekiwanych momentach. Gdy się pojawia, nawet po wielu latach, najlepiej otworzyć mu szeroko drzwi, zaprosić gościa na herbatę, nawet razem popłakać, zapewne nie zostanie zbyt długo. Jeśli jednak spróbujemy go przepędzić, zaryglujemy drzwi, on z pewnością się włamie, wejdzie oknem. Nie ma niczego dziwnego w tym, że po latach wspomnienia obudzi stara piosenka, jakiś obraz czy wydarzenie. W całym tym doświadczeniu straty zawsze warto znaleźć przestrzeń na czułość i łagodność wobec siebie i własnych reakcji.

Fizycznie doświadczeni

Nietrudno sobie wyobrazić, że pogrążanie się w rozpaczy jest szkodliwe. Dlaczego jednak szkodliwa miałaby być skuteczna ucieczka od żałoby? Jeśli komuś udaje się żyć teraźniejszością i przerwać więź ze zmarłym, to może jednak dobrze?

- Są głosy, że wyparcie to dla niektórych jedyna strategia i ona działa. Oczywiście, jeśli ktoś nie chce się skonfrontować ze swoją historią i bolesnymi doświadczeniami, ma do tego pełne prawo. Nikogo nie można zmuszać do podtrzymywania więzi z bliskimi. Często jednak jest tak, że "uwolnienie się" jest pozorne, a żałoba wraca inaczej - pojawiają się koszmary, bezsenność, objawy fizyczne. Ciało sygnalizuje, że coś jest nie tak - przypomina Anja Franczak.

Tęsknota może wyrażać się w postaci fizycznego bólu. Wiele osób jest zdumionych, jak bardzo cielesnym doświadczeniem bywa żałoba. Boli serce, głowa, brzuch, gardło. Pojawiają się choroby, bo stres rujnuje nam układ odpornościowy, hormonalny. Okazuje się, że siebie można oszukać, przekonać, że mamy to już za sobą. Nie oszukamy jednak swojego ciała.

Zobacz wideo

Wspierani

Nie możesz wiedzieć, co czuje osoba doświadczająca żałoby. To indywidualne, intymne doświadczenie, a sama sugestia, że wiesz, jak to jest, może urazić cierpiącego. Jak zatem możemy się wzajemnie wspierać i sobie pomagać w tak trudnych sytuacjach życiowych?

  • By okazać empatię, nie musisz być smutny, gdy ktoś inny czuje smutek. To nikomu nie pomoże.
  • Empatia nie polega też na dawaniu "dobrych" rad.
  • Empatia to otwartość, chęć zobaczenia drugiego człowieka i jego bólu.
  • Czy jest coś, co mogę dla ciebie zrobić? - to pytanie, które zawsze warto zadać.
  • Bezcenna jest umiejętność cierpliwego wysłuchania. To często przeskakiwany etap. Wiele osób od razu przechodzi do ocen, proponowania rozwiązań. W ten sposób, bardziej lub mniej świadomie, bagatelizuje doświadczenie drugiego człowieka.
  • Widzę twój smutek, nie wiem, co z nim zrobić, ale zostaję z tobą, nie uciekam - taka prosta deklaracja to coś, co nie tak łatwo ofiarować, ale z pewnością jest dojrzałą formą wsparcia.

Nie umiesz patrzeć na cudze łzy? Nie powinno tak być.

- Łzy niestety mają kiepską reputację w naszej kulturze. Oceniane są jako oznaka słabości. Jak coś niepokojącego, co trzeba szybko zatrzymać. Tymczasem łzy mają niesamowitą moc uspokajającą, oczyszczają. To wspaniałe, że organizm dla nas je produkuje. Każdy, kto płacze, wie, że potem czuje się lepiej. To bardzo mądry mechanizm. Szkoda, że niedoceniany.

Wspierasz, słuchasz, pomagasz, wyręczasz w codziennych obowiązkach, i wreszcie masz dość? Nic dziwnego. Można z kimś przepłakać noc, dwie, nawet trzy, ale pewnie gdzieś trzeba postawić granicę. Osoby pogrążone w żałobie czasem te granice przekraczają. Jeśli chcesz się wycofać ze wsparcia, nie zostawiaj drugiego człowieka samemu sobie. Za dużo doświadczył już opuszczenia. Zostaw namiary na grupę wsparcia, kontakt do specjalisty, telefon do fundacji, która zajmuje się takimi problemami. Bezpośrednie pomaganie może cię przerosnąć, ale pokaż, że wciąż ci zależy, że nie uciekasz, a raczej szukasz innych, może bardziej skutecznych, rozwiązań.

Zaopiekowani w sieci

Pandemia wymusiła na Anji Franczak pracę online. Początkowo podchodziła do takiego rozwiązania sceptycznie, uważając, że nic nie zastąpi osobistego kontaktu. Z czasem odkryła jednak plusy takiej formy spotkań. Możliwa jest praca z osobami z całej Polski, a nawet z zagranicy. Ludzie pogrążeni w żałobie często nie są w stanie wyjść z domu, zmusić się do spotkania z obcą osobą, bo to za duży stres. Dla nich ten częściowo ograniczony kontakt jest lepszy także dlatego, że czują się bezpieczniej - w swoim otoczeniu, częściowo odizolowani.

Minusy? Podczas kontaktu online trudniejsze jest milczenie, trudno znieść ciszę. Tymczasem w trakcie sesji dobrze jest nieraz pomilczeć. Nie trzeba rozmawiać, by czuć bliskość. Przez Internet nie można napić się razem herbaty, położyć ręki na ramieniu, dlatego Anja Franczak nie zrezygnowała zupełnie ze spotkań osobistych. Nie odbywają się jednak w gabinecie, a w domu osoby potrzebującej wsparcia.

Jak to jest ciągle pracować z przygnębionymi ludźmi? To z pewnością nie jest praca, którą można wykonywać osiem godzin dziennie. Trzeba bardzo troszczyć się o swoje potrzeby, znajdować inne zajęcia dla równowagi, dbać o relacje z bliskimi. Ważne jest też dostrzeżenie innego aspektu:

- Mam stale do czynienia z ludźmi, którzy kochają. Bywa, że ich relacje ze zmarłymi były skomplikowane, trudne, i to to teraz rzutuje na żałobę. Nie umniejsza jednak ich wrażliwości i zdolności do kochania.

Anja Franczak (na zdjęciu w naszej galerii, na górze artykułu) - założycielka Instytutu Dobrej Śmierci, jest pół-Chorwatką-pół-Niemką, która w 2010 roku osiedliła się w Warszawie. Szkolenia z zakresu towarzyszenia w żałobie przeszła w Niemczech. Wcześniej studiowała kulturoznawstwo w Niemczech, Chorwacji i we Włoszech. Przez 10 lat pracowała w branży filmowej. Gdy w wyniku osobistych trudnych doświadczeń zainteresowała się tematem żałoby, rozważała wyprowadzkę z Polski. Zakładała, że w naszym kraju nie ma przestrzeni, by realizować się zawodowo w nowej specjalizacji. Aktualnie prowadzi szkolenia o śmierci i wspieraniu ludzi w żałobie, najczęściej dla terapeutów i osób związanych z branżą funeralną, a także pracuje indywidualnie z osobami w żałobie.

Więcej o: