Wrzesie to wyzwanie? Prawdziwe problemy przychodz do szkoy zwykle w listopadzie

Przemoc w klasie niemal nigdy nie zaczyna si od pici. Niejednokrotnie przyzwolenie na ni, nawet niewerbalnie, daje nauczyciel. Wystarczy, e przewrci oczami, gdy ten "gorszy" znowu co "le przeczyta", dzieci natychmiast zaczn negatywnie postrzega koleg.

Wracamy do szkoły, a tam przemoc, niezdrowa rywalizacja i totalna bezradność otoczenia? Bez przesady. Pewne problemy można przewidzieć, mechanizmy rządzące grupą są znane od dawna, podobnie jak sposoby, by je rozwiązywać. Swoimi obserwacjami z życia szkoły podzieliła się z nami Maria, nauczycielka klas starszych w szkole podstawowej oraz rodzice uczniów w różnym wieku. O komentarz do ich wypowiedzi poprosiliśmy Beatę Melaniuk, psycholog i psychoterapeutkę, specjalizującą się w diagnozowaniu trudności wychowawczych i szkolnych.*

***

Maria: "Wrzesień to miesiąc miodowy"

- Pracuję w szkole od 12 lat. Kilka razy byłam wychowawcą gimnazjalistów. Co roku powtarza się ten sam schemat. Wszyscy, łącznie z mediami, koncentrują się na szkolnym stresie i konfliktach w grupie na początku roku szkolnego. Wtedy, gdy najczęściej nic się nie dzieje. Wrzesień to realnie miesiąc miodowy. Owszem, jest trochę emocji związanych z nowym otoczeniem, ale generalnie uczniowie przychodzą z pozytywnym nastawieniem, planem poprawienia stopni i przyjaźnienia się ze wszystkimi. Zazwyczaj jest niezła atmosfera, opinie, że chyba fajna klasa się trafiła... To usypia czujność.

Problemy zwykle rodzą się w listopadzie. W krótkie, pochmurne dni jakoś entuzjazm gaśnie, a koledzy nie są już super. Wtedy jednak dzieciaki często muszą z sytuacją mierzyć się same. Czasem dostają jeszcze wsparcie od nauczyciela. Uwagi rodziców nie pochłania już szkoła. Do czasu wystawiania ocen.

Zdaniem specjalisty

- Rzeczywiście, tak może być. W psychologii nazywamy to procesem grupowym. Na początku w klasie nie ma wyraźnych konfliktów, bo odbywa się "wzajemne obwąchiwanie". Kluczowe jest, jaką rolę odgrywali w poprzedniej grupie, jakie style radzenia sobie wypracowali, jaką otrzymali pomoc i jak wpłynęła na nich rodzina. Dzieci doświadczające przemocy fizycznej lub psychicznej, są częściej narażone na rolę ofiary, ale również same częściej mogą tę przemoc stosować. Osoby o cechach przywódcy spróbują przejąć kontrolę nad grupą. Szybko znajdzie się potencjalny kozioł ofiarny... Dobry wychowawca, zdając sobie sprawę z tych mechanizmów, właśnie już we wrześniu powinien przeciwdziałać ewentualnym niezdrowym podziałom - wyjaśnia Beata Melaniuk.

Zobacz: Prof. Mariusz Jędrzejko, socjolog: Polska szkoła jest bezpieczna, ale jak już pojawia się problem, to reakcje otoczenia są spóźnione i niewłaściwe. 

Zobacz wideo

Maria: Jeśli to tylko możliwe, wyjeżdżamy

- Jestem zwolenniczką wrześniowych wyjazdów integracyjnych. W krótkim czasie mam okazję poznać uczniów lepiej niż w klasie, a oni zbliżyć się do siebie. Staram się, żeby musieli współdziałać, choćby przy organizacji ogniska. Dyskretnie pilnuję, żeby nikt nie został wykluczony, ale też nie zdobywał zbyt dużej władzy. Na co dzień jestem dość surowa. Tu popuszczam cugle, ale granice pozostają czytelne. To potem procentuje.

Zdaniem specjalisty

- Zdecydowanie popieram. Nastolatki lubią być traktowane jak dorośli, więc ma to sens szczególnie w przypadku licealistów. Tegoroczni są po wyjątkowych przejściach, niejednokrotnie znaleźli się w innej szkole i grupie, niż sobie wymarzyli. Taki relaks oraz integracja bardzo by się im przydały.

Ważne, by na takim wyjeździe solidnie popracować, wykorzystując techniki psychologiczne do integracji grupy i budowania przyjaznych otwartych relacji. Zająć się akceptacją dla inności, porażek, nauką dostrzegania mocnych stron w sobie i kolegach. Oczywiście, to musi odbywać się w przyjazny, akceptowalny przez młodzież sposób. Dobry wychowawca to umie, a jeśli nie - powinien się nauczyć. Takie techniki są też potrzebne na lekcjach wychowawczych. One są właśnie po to, by zapobiegać różnym zagrożeniom w grupie - podkreśla Beata Melaniuk.

Edyta, mama 8-letniej Zuzi: Już po nocach nie śpię, bo trzeba wrócić do szkoły. Co dopiero dziecko

- Rok temu Zuzia nie mogła się doczekać, kiedy pójdzie do pierwszej klasy. Do głowy by mi nie przyszło, że tak szybko zmieni zdanie. Obecnie nienawidzi szkoły, powrót do niej to koszmar i ja ją rozumiem. Jest prześladowana przez koleżankę z klasy. To mit, że agresywne zachowania dotyczą dopiero nastolatków, przede wszystkim chłopców. Niby nic takiego się nie stało. Tamta dziewczyna a to zabrała plecak "dla żartów", a to nazwała moją córkę głupią. Nie tak wychowujemy dzieci.

Kiedy Zuzia zaczęła bać się chodzić do szkoły, próbowałam porozmawiać z mamą tamtej dziewczynki. I co usłyszałam, żebym poradziła się specjalistów, bo to moje dziecko ma problem, skoro jest takie przewrażliwione.

Zdaniem specjalisty

- Dorośli coraz bardziej ingerują w konflikty między dziećmi. Te nie mogą się obrazić czy pokłócić, nie mówiąc już o przepychankach. Kiedyś wszyscy to robiliśmy, otrzepywaliśmy kolana i po sprawie. Nie mówię o robieniu krzywdy, ale takim zwykłym poszarpaniu się rówieśników. Efekt? Dzieci nie uczą się rozwiązywania problemów. Przybywa trudności społeczno-emocjonalnych. Rozwiązując problemy, wykorzystują nieadaptacyjne sposoby radzenia sobie, np. oczekują, że mama przyjdzie i wszystko załatwi, same rozwiązują sprawę siłowo lub nie potrafią wykonać żadnego ruchu i pozostają bierne.

Dziecko powinno wypracowywać własną ścieżkę rozwiązywania konfliktów, bez rodziców. Asertywnie, nie agresywnie. Musi się jednak tego nauczyć. Nie jest to łatwe, gdy nikt nie mówi, co zrobić z emocjami i jak rozwiązywać konflikty. Dzieci od wczesnego dzieciństwa doświadczają różnych emocji. Kilkulatek jest jak zapałka. Emocje wybuchają i szybko gasną. Kiedy jednak są, trzeba sobie z nimi poradzić. Złość jest zakazana, a dziecko się złości... Nie otrzymuje od rodziców sposobów wyrażania złości w akceptowalny sposób. Więc radzi sobie, jak umie: krzyczy, tupie, płacze. A wystarczyłoby nazwać jego emocje, zaakceptować i podpowiedzieć, co może zrobić następnym razem, gdy się zezłości. W klasie to przede wszystkim rola wychowawcy i trzeba dać mu szansę zapanować nad grupą. W klasach 1-3 to on jest cały czas z dziećmi, może najlepiej ocenić sytuację. Dzieci szybko się pogodzą. Zapiekłe, silne konflikty częściej dotyczą wtrącających się rodziców. Ci powinni wkraczać, dopiero gdy wychowawca prosi o pomoc.

A co do tego, które z dzieci, w tej konkretnej sytuacji, ma problem? Oboje. Jedno pozwala przekraczać swoje granice, a drugie je przekracza. Dziecka, które ma adekwatną samoocenę, zbudowaną przez rodziców, ma do siebie dystans, nie zaboli stwierdzenie: "jesteś głupi", bo ono wie, kim jest i jakie ma mocne strony. Potrafi się do tego zdystansować, a nawet pośmiać. Zwykle wtedy potencjalny oprawca traci zainteresowanie dalszym obrażaniem lub nie ma ono negatywnych konsekwencji. Zarazem: nauczyciel powinien zareagować na niewłaściwe słownictwo, jeśli się nasila. Kiedy jednak ktoś wyraźnie pokazuje, że słowa go ranią, że sobie tego nie życzy, a drugi nie przestaje, interwencja otoczenia jest konieczna. Dziecko nie musi rozumieć, że nazwanie kogoś głupkiem to przekraczanie granic, przemoc. Ktoś musi mu to uświadomić. Tu najważniejszą rolę odgrywa wychowawca, który jest modelem dla swoich uczniów i to on wyznacza standardy w klasie, jak również pilnuje przestrzegania zasad.

Jeśli jest przemoc w klasie, za to może być odpowiedzialny nauczyciel. Gdy wysyła sygnały, choćby niewerbalne, przyzwalające na brak szacunku wobec jakiegoś ucznia, grupa zaraz to podchwyci. Wystarczy, że przewróci oczami, gdy ten "gorszy" znowu coś "źle przeczytał" czy "zażartuje" z poplamionej bluzki, dzieci natychmiast zaczną negatywnie postrzegać kolegę.

Przemoc w klasie niemal nigdy nie zaczyna się od pięści. Zaczyna się od obrażania, szturchania, potem granice są przesuwane. Agresor musi poczuć, że może to zrobić. Niestety, to się zdarza w szkole dość często. Nie należy również zapominać o przemocy w "białych rękawiczkach", która jest bardzo trudna do wychwycenia i udowodnienia.

Magda, mama 10-letniego Ryśka: Nastolatki w jednej szkole z maluchami? Dopiero się dzieje!

- Wydawało mi się, że mój syn dobrze radzi sobie w grupie i jest w szkole bezpieczny. To odpowiedzialny, samodzielny chłopak, który chętnie pomaga mi w opiece nad dużo młodszym bratem. Z kolegami w klasie nigdy nie miał poważniejszych konfliktów, a jeśli nawet, to sam je rozwiązywał. I co?

W maju okazało się, że od wielu miesięcy chłopcy z szóstej klasy zabierają mu pieniądze na drugie śniadanie. Nie poskarżył się, bo się ich zwyczajnie boi. Czy twórcy "reformy edukacji" brali w ogóle pod uwagę, że już teraz bywa ciężko, a oni chcą w jednym budynku znowu edukować siedmiolatków z piętnastolatkami. To więcej niż paranoja.

Zdaniem specjalisty

- Przyczyn problemu szukałabym w rodzinie. To jest fundament. Dziecko powinno mieć zaufanie do rodziców i czuć się z nimi w relacji tak bezpiecznie, że poszuka pomocy nawet w bardzo trudnych czy krępujących dla niego sytuacjach. To my uczymy, kiedy należy sobie poradzić, a kiedy trzeba zwrócić się o pomoc. Najwyraźniej Rysiek może wierzyć, że pokazanie słabości będzie źle odebrane. Niejedno dziecko słyszy w domu: "Postaw się, oddaj mu". Tymczasem nie jest w stanie zastosować tych "fantastycznych" zaleceń w praktyce, bo jest mniejsze, słabsze, nie da rady. Zostaje ofiarą.

Zastanawiam się jeszcze, co dla Ryśka oznacza bycie starszym bratem. Nie wiem, czy ma świadomość, że wciąż jest małym dzieckiem, które ma prawo się bać, płakać, przyjść do mamy i się przytulić. Być może chce rozwiązywać konflikty jak dorosły, samodzielnie, bo nadano mu rolę "prawie dorosłego". Tak nie powinno być - dodaje Beata Melaniuk.

Ewa, mama 13-letniej Basi: Zmiana szkoły to nie jest wyjście? Nieprawda!

- Już od drugiej klasy szkoły podstawowej Basia miała konflikt z Moniką. Początkowo bardzo się lubiły, ale z czasem córka coraz częściej skarżyła się na koleżankę. Przyznam szczerze - zbagatelizowałam sprawę. Basia zasadniczo doskonale radzi sobie w grupie, to raczej Monika wyglądała na ofiarę. Tak zresztą całą sprawę postrzegała jej mama i wychowawca. Moja Basia miała mieć "zły wpływ na koleżankę". Po miesiącach rozmów i tłumaczeń zabroniłam córce kontaktów z Moniką, ale wciąż docierały do mnie sygnały, że córka nie posłuchała i "Monikę zaczepia". Nie chciałam słuchać tłumaczeń Basi, że to Monika ją prowokuje, szturcha, nawet opluwa i szkaluje przed innymi dziećmi - opowiada im, że jesteśmy patologią, że Basia się nie myje itd. Córka była coraz bardziej osamotniona, nielubiana, opuściła się w nauce, a ja wciąż i wciąż szukałam winy w nas. Wina we mnie była jedna - nie uwierzyłam córce. 

Basia zmieniła szkołę, chociaż przekonywano mnie, że to nic nie da. Szczerze mówiąc, też tak myślałam. To był przejaw rezygnacji. I co? Za nami rok od zmiany. Córka jest przeszczęśliwa, została przewodniczącą w nowej klasie, czerwony pasek na świadectwie. Tymczasem Monika znalazła nową ofiarę. Tym razem posunęła się dalej i zrobiła jej fizyczną krzywdę. Sprawą zajmuje się już nie tylko pedagog szkolny, ale też sąd rodzinny.

Zdaniem specjalisty

- Znam przypadki, gdy zmiana rzeczywiście pomogła, ale i takie, że sytuacja jeszcze się pogorszyła, a dziecko żałuje, że zmieniło klasę. Najgorsze, co można zrobić, to bagatelizowanie problemu. Kiedy rodzic mówi -"nie przejmuj się, jakoś wytrzymasz", a dziecko nie daje rady i nie wytrzymuje, to ogarnia je rozpacz, bezsilność. Czuje się nie tylko słabe, bezwartościowe, ale także nieważne i pozostawione same sobie. Odczuwa bardzo silny stres, który jest destrukcyjny i wyniszczający. Często dzieci doświadczające przemocy rówieśniczej mają liczne objawy somatyczne, np. bóle głowy, brzucha oraz stany depresyjne, które mogą się objawiać odmową chodzenia do szkoły.

Decyzji o zmianie otoczenia nie podejmujmy pochopnie. Dziecko najpierw potrzebuje wzmocnienia. Na pewno przyda się trening pewności siebie, na którym dziecko nauczy się odpowiedniego reagowania na sytuacje trudne oraz terapia rodzinna. Przemoc w grupie to doświadczenie traumatyczne, a trauma pozostawia ślad, osłabia i często w nowym miejscu wracają stare problemy, dlatego zawsze musimy reagować - podkreśla Beata Melaniuk.

* Beata Melaniuk jest psychologiem diagnostą i psychoterapeutką. Ukończyła Wydział Pedagogiki i Psychologii Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie (specjalizacja: psychologia kliniczna) i czteroletnie szkolenie w Szkole Psychoterapii Poznawczo-Behawioralnej. Ma wieloletnie doświadczenie w zakresie diagnozy dzieci autystycznych, z zespołem Aspergera, ADHD, a także w diagnozowaniu trudności wychowawczych i szkolnych, zdobyte w Poradni Zdrowia Psychicznego dla Dzieci z Autyzmem w Warszawie oraz Poradniach Psychologiczno-Pedagogicznych. Ukończyła I stopień szkolenia z Terapii Skierowanej na Rozwiązania (TSR). W pracy psychoterapeutycznej z dziećmi, młodzieżą i osobami dorosłymi wykorzystuje metody pracy poznawczo – behawioralne oraz z zakresu psychoterapii schematów. Prowadzi Warsztaty dla Dobrych Rodziców oraz Treningi Umiejętności Społecznych dla dzieci
i młodzieży. Mam wieloletnie doświadczenie w prowadzeniu szkoleń z zakresu Całościowych Zaburzeń Rozwojowych oraz pracy z trudnymi zachowanymi. Pracuje najczęściej z osobami z zespołem Aspergera, zaburzeniami lękowymi (zespół lęku napadowego, fobia – agorafobia, fobia społeczna), depresją, zaburzeniami psychosomatycznymi (np. hipochondria), zespołem stresu pourazowego (PTSD), niską samooceną, problemami życiowymi. Pracuje w warszawskiej Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej nr 8, Poradni Poza Schematami oraz w Centrum Terapii Hypnos.