Koronawirus: niektórzy eksperci dołączają do ruchu sprzeciwu wobec kolejnego lockdownu

Naukowcy i eksperci różnią się w ocenie zasad i skutków strategii walki z koronawirusem, przede wszystkim lockdownu. Część przyłączyła się do ruchu sprzeciwiającego się blokowaniu gospodarki i społeczeństw. Wielu naukowców jednak nie podziela tego zdania.

Lockdown wyrządza więcej szkód, niż daje korzyści - mówią niektórzy eksperci

W Wielkiej Brytanii kilkudziesięciu naukowców i ekspertów ds. zdrowia przyłączyło się do globalnego ruchu ostrzegającego przed poważnymi konsekwencjami kolejnego lockdownu - pisze BBC News. Zwolennicy ruchu uważają, że polityka blokowania ma niszczący wpływ na zdrowie fizyczne i psychiczne wielu ludzi. Są zdania, że chronić powinno się osoby z grup ryzyka, podczas gdy reszta społeczeństwa powinna funkcjonować normalnie.

Ruch noszący nazwę Great Barrington Declaration powstał w Stanach Zjednoczonych i do tej pory dołączyło do niego około 6 tys. naukowców i ekspertów ds. zdrowia oraz 50 tys. innych osób. W Wielkiej Brytanii podobne stanowisko zajęli tacy naukowcy jak dr Sunetra Gupta, epidemiolog z Uniwersytetu Oksfordzkiego, prof. Ellen Towsend z Uniwersytetu Nottingham, czy dr Paul McKeigue z Uniwersytetu w Edynburgu.

66 brytyjskich lekarzy ogólnych zaprotestowało też w specjalnym liście złożonym na ręce sekretarza ds. zdrowia, przeciwko polityce rządu związanej z walką z COVID-19. Uważają, że w tej sprawie podejmowane są decyzje, które nie biorą pod uwagę wielu skutków ubocznych blokowania.

Krytycy obecnej polityki lockdown w Wielkiej Brytanii uważają, że kontynuowanie dotychczasowych zaleceń aż do momentu, gdy szczepionka będzie dostępna, będzie rujnujące dla życia społecznego i pozostawi nieodwracalne szkody. Chodzi tutaj o pogarszającą się opiekę medyczną nad chorymi na raka czy serce, a także o zmniejszające się wskaźniki szczepień dzieci. Ryzyko zachorowania na COVID-19 wśród starszych i niedołężnych osób jest tysiąc razy wyższe, niż u dzieci, którym bardziej niż koronawirus zagraża grypa - piszą autorzy listu.

Zwolennicy ruchu kontestującego obecną politykę blokowania są zdania, że rosnąca odporność stadna  oznacza obniżanie ryzyka zakażenia się przez osoby bezbronne. Uważają, że większy wysyłek powinien być skierowany na ochronę osób z grup ryzyka, w tym pensjonariuszy domów opieki. Jednak reszta społeczeństwa, szczególnie ta młodsza i mniej zagrożona ciężkim COVID-19, nie musi podlegać tak wielu rygorom. Mogłaby normalnie funkcjonować, chodzić do pracy czy na uczelnie, a  restauracje i obiekty sportowe powinny zostać ponownie otwarte. Wszyscy powinni stosować się do prostych zasad, takich jak mycie rąk i samoizolacja w przypadku choroby.

Zobacz wideo Minister Zdrowia zapowiada zmianę strategii w walce z koronawirusem

To ryzykowne, nieetyczne i nienaukowe podejście - uważa wielu ekspertów

Zastrzeżenia budzi przede wszystkim podział na tych zagrożonych chorobą i pozostałych, którzy mieliby wieść normalne życie. - Osoby bezbronne pochodzą z różnych środowisk i zasługują na równe traktowanie - mówi reporterowi BBC dr Stephen Griffin, profesor nadzwyczajny Uniwersytetu w Leeds. Pod względem logistycznym całkowita ochrona pewnych tylko grup jest niezwykle trudna, jeżeli nie niemożliwa.

Nie da się też tak jednoznacznie ustalić, kto jest, a kto nie jest zagrożony. COVID-19 niesie ze sobą ryzyko długotrwałych powikłań, dotykających nawet pozornie zdrowych ludzi. Po przechorowaniu wielu osobom grozi tzw. "długi COVID", który obniża jakość życia nawet przez wiele miesięcy, gdy bóle głowy, mięśni, kaszel czy osłabienie nękają tygodniami, nawet gdy już definitywnie pozbyliśmy się wirusa. 

- Nikt jeszcze nie wie z całą pewnością, czy odporność stadna w przypadku koronawirusa jest w ogóle osiągalna - uświadamia dr Simon Clarke, zajmujący się biologią komórkową na Uniwersytecie w Reading. Prawdopodobnie nabyta w wyniku naturalnego zakażenia odporność nie jest długotrwała, chociaż może oznaczać, że kolejne infekcje COVID-19 przejdziemy już łagodniej.

Źródło: BBC News