Co jemy w pracy

Daniel Numan, webmaster z ekologicznej organizacji Greenpeace

Do pracy przychodzę na 9.30 i robię sobie śniadanie. W domu nie jem, bo jest za wcześnie. Jem chleb z warzywami, które kupuje w drodze do pracy: pomidory, ogórki, czasem cebula. Wszystko kupuje u sprawdzonej sprzedawczyni, która hoduje warzywa na oborniku. W supermarketach nie kupuje. W ciągu dnia pije herbatę z miętą. Kawę tylko jak mnie boli głowa. Po śniadaniu przez cały dzień podjadam owoce: truskawki (moje ulubione), brzoskwinie, nektarynki, jabłka. A między 13 a 15 przychodzi czas na lunch. Mamy taki komfort, że w biurze jest kuchnia, dlatego zawsze robię sobie coś na ciepło, np. gotowane ziemniaki z kefirem albo z kotletem sojowym, falafel palestyński, spaghetti z sosem pomidorowym i świeżą bazylią. Teraz jest lato i staram się korzystać z tego, że jest tyle świeżych i pysznych warzyw. Czasem jem też leczo z cukinii ale to muszę przynieść sobie z domu. Potem znów owoce aż do wyjścia z pracy - czyli do 18 - 19. A w domu, ok. 20 drugi obiad - zupa pomidorowa, marchewka z groszkiem, ziemniaki itp. No i jeszcze przed snem jakaś mała kolacyjka.

Nie wszyscy z naszego biura sobie gotują obiady - część osób chodzi do pobliskiego baru mlecznego. Ale ja uważam, że własnoręcznie ugotowane jedzenie jest lepsze i lepiej smakuje. Poza tym to wychodzi dużo taniej, więcej i starcza na dłużej. Ja na całodzienne wyżywienie wydaję 20 zł a wiem od znajomych, że w Warszawie za tyle to można zjeść tylko dobry obiad. A co ze śniadaniem, kolacją i przekąskami?

Niestety, bywa tak, że nie mam czasu nic ugotować, bo w naszym biurze często coś się dzieje. Wtedy umieram z głodu!

Janusz Masztalerz, szef kuchni w restauracji Hotelu Rzymskiego w Poznaniu

To ile zjem danego dnia zależy od doświadczenia kucharza. Jeżeli kucharz jest niedoświadczony, jem dużo. Próbuję zup, sałatek, doprawiam. Jeżeli kucharz wiele już umie, takiej konieczności nie ma.

Umowa o pracę gwarantuje nam możliwość posilenia się w restauracji. Nikt nie waży, nie mierzy zjadanych porcji. Ze zwykłej przyzwoitości unikam kosztownych składników. Ze względu na swoją wagi, wybieram raczej lżejsze dania. Drób, kurczaczek z grilla, sałatka z pomidorów. Często mam ochotę na proste dania, których restauracyjni goście zwykle nie jadają: placki ziemniaczane, naleśniki, śledzie.

Talerza z przygotowanym dla siebie jedzeniem nie ozdabiam tak, jakbym serwował danie dla klienta. O estetykę jednak dbam. Przecież je się także oczami. Czasem sposób w jaki doprawię przygotowaną dla siebie potrawę, staje się inspiracją przy gotowaniu.

Dominik Domański kurier rowerowy

Tę kanapkę zrobiłem sam. Tata rano kupił świeże bułki. Odkąd zacząłem pracować jako kurier, jem niewiarygodnie dużo. Do pracy zabieram cztery kanapki choć zjadłbym dziesięciu. Potem jeszcze kupuję sandwicze, batony, a kiedy jest gorąco - lody. Rowerzysta nie powinien być głodny: łatwiej wtedy o wypadek.

Pracuję po osiem godzin dziennie, z czego większość spędzam w trasie. Czasem nie mam czasu, by usiąść do śniadania. Jem po drodze. Aby skonsumować bułkę zwalniam do 20-25 km na godz. Zwykle jeżdżę 30-35 km na godz. Ostatnio przyzwyczaiłem się do napojów energetycznych. Wypijam jeden.

Miesięcznie na jedzenie wydaję 120 zł

Józef Dymowski , taksówkarz z Bydgoszczy

Kiedy się stoi, głód doskwiera najbardziej. Wiadomo: trochę się poczyta, trochę pogada, ale w końcu - trzeba coś zjeść. - Przez lata jeżdżenia wypracowałem sobie metodę następującą: tam, gdzie akurat jestem w trasie, kupuję sobie dwie bułeczki. Nie mniej i nie więcej. Do tego wędzoną ogonóweczkę, albo schabik. Ważne jest, żeby plastry miały 5 milimetrów grubości. Ani mniej, ani więcej. mniej - nie będzie czuć, co jem. Więcej - samo mięso w ustach. I dalej: mam swój ulubiony scyzoryk, przekrawam nim bułki, okładam wędliną, składam dwie połówki - i jem. Żadnego masła, żadnego pośpiechu. To jest mój rytuał, któremu poddaję się najczęściej około godziny 9 - 10 rano. potem nic już nie jem, aż zjadę do domu na obiad, albo kolację - zależy ile mam kursów.

Adam Kentzer menedżer w agencji pracy tymczasowej Work Service.

Codziennie na drugie śniadanie jem dwie kanapki z białego chleba z tuńczykiem, sałatą i majonezem. Popijam sokiem bananowym. Skąd takie zestawienie? To kwestia smaku. Kanapki kupuje w drodze do pracy. Jedna kosztuje prawie cztery złote, ale oszczędza się na czasie. Sok też ponad 4 zł. Na obiad wyskakuję, gdy nie ma żadnego interesanta w biurze, czyli może to być o dziesiątej i o czternastej. Wybiera restaurację Witrażowa. Biorę zestaw obiadowy na wynos. W pracy piję wodę źródlaną

Jan Wera, policjant

Do jedzenia nie przywiązuję przesadnej wagi. Jednak - jako policjant, a więc osoba potrzebująca sporo kalorii na co dzień - wiem, że regualarny, porządny posiłek jest bardzo ważny. Najbardziej lubię flaczki. Jak zostają z poprzedniego dnia to biorę ję do słoika i zjadam w pracy. Jak nie falczki to biorę kanapki z domu. Z wędliną, serem żółtym lub białym. Jak nic nie mam pod ręką to schodzę do kantyny. Kosztuje to kilka złotych, ale to przynajmniej porządny obiad. Jak pracuję na popołudniową zmianę to zawsze jem w kantynie. W pracy piję w zasadzie tylko kawę. Wyłącznie sypaną do szklanki, dobrze zmieloną. Jedna kopiasta łyżeczka kawy, jedna cukru, a mleka lub śmietany nie uznaję. Skąd takie menu? Z braku czasu, z zalatania. Jem to co jest pod ręką. Na "wersale" nie ma czasu.

Jarek Lewandowski , dziennikarz i prezenter bydgoskiego oddziału TVP

Na jedzenie nie mam zbyt wiele czasu jak to dziennikarz: na jedzenie nie ma zbyt wiele czasu w ciągu dnia. Często więc bywa tak, że pod wieczór przypomina sobie: dzisiaj nic nie jadłem. I wtedy dzwoni po pizzę do którejś z pizzerni. Najchętniej zjada pizzę Frutti di Mare - koszt ok. 15 zł, zależy od lokalu. Oczywiście - na wynos.

Ale ma też takie dni, kiedy je wszystko, co jest w telewizyjnym barku: parówki, ziemniaki, flaki, kanapki. Jednym słowem: tryb życia nieuregulowany - odżywiania się takoż. Jak to u dziennikarza.

Pytać dziennikarza, co pije, jest nietaktem: oczywiście, że kawę. I to w ogromnych ilościach. - Preferuję tę z ciśnieniowego ekspresu - opowiada Jarek. - Kiedy tylko mam czas, robię sobie filiżankę mocnego espresso. To mi daje energię, jaką inni być może czerpią z jedzenia.

Bywa jednak i tak, że (o zgrozo!) że nie ma czasu na tańce wokół ekspresu. Wtedy robi się szybko rozpuszczalną kawę - byle była z kofeiną - i dalej do roboty! - Kawy nie słodzę, wyjątkowo: jedną łyżeczkę na jakiś czas. Zależy od smaku.

A więc kawa, czasem pizza a do tego - sok pomidorowy w każdych ilościach. Godziny - nieustalone. Ceny - nieustalone. - Przecież nie jedzeniem żyje człowiek, tylko robotą - śmieje się chłopak. - Robotą, robota i jeszcze raz robotą. No i nie zapominaj: kawą też.

Paweł Olszewski, poseł Platformy Obywatelskiej z Bydgoszczy

Pierwszy posiłek jem o. 8.30. Zaczynam od bardzo lekkiego śniadania - jednej parówki, albo jajecznicy z dwóch jajek. Do tego obowiązkowa kawa. Za wszystko płacę w sejmowej restauracji 10-15 zł.

O godz. 9 jestem na sali obrad. Jeżeli danego dnia są jakieś głosowania, to tam zostaję, a jeżeli nie, to idę na obrady komisji. O 10 kolejna kawa (5 zł w sejmie) lub cola (nigdy light). Kawę pije przez cały dzień. Piję mocną, z ekspresu, bez mleczka i cukru.

Ok. godz. 12, 13 jem lekki obiad. Zazwyczaj jest to zupa (7 zł w sejmie). 40 zł kosztuje mnie obiadokolacja, którą jem po pracy, ok. godz. 19-20. Zazwyczaj idziemy z kolegami z klubu na miasto. Preferuję dania mięsne: karkówkę lub polędwicę. Do tego konieczna dobra sałatka, i cola albo piwo. Jedno oczywiście. Przed snem zdarza mi się przegryźć kiełbasę lub tatara.

Dziennie na jedzenie wydaje 80 zł

Prof. Alicja Chybicka, szefowa Kliniki Transplantacji Szpiku, Hematologii i Onkologii Dziecięcej wrocławskiej Akademii Medycznej

Nie jem w pracy, niezależnie od tego, czy spędzam na oddziale sześć czy dziesięć godzin. Czasami kupuję jabłko, śliwkę, czy chałwę, ale tylko podczas spaceru z klinik do rektoratu (15 minut drogi). Słodycze lubię najbardziej. Poza chałwą - ptysie i napoleonki.

Piję dużo kawy - średnio pięć filiżanek dziennie. Bez cukru, ale z mleczkiem. Najbardziej lubię tę z ekspresu, ale z braku czasu zazwyczaj kończy się na rozpuszczalnej.

To nie znaczy, że mało jem. Po przyjściu do domu czeka na mnie obiad. Gotujemy na zmianę z tatą. Kiedy przypada moja kolej, robię to o 5 rano. Zresztą i tak codziennie wstaję o tej porze. Lekarze sporo mówią o zdrowym odżywaniu, ale niewielu z nich to praktykuje. Koledzy nieraz zamawiali pizzę. Mamy specjalny pokój socjalny z kuchenką i lodówką. Ale mało kto z niego korzysta. Jeśli już lekarze jedzą, to zazwyczaj w swoich dyżurkach.

Marta Dębska, tancerka i instruktorka flamenco, właścicielka szkoły flamenco "Triana" w Warszawie:

Mam inny rytm pracy niż zwykły człowiek: kładę się spać o drugiej w nocy a wstaję o dziesiątej rano. jem bardzo dużo na kolację, więc żeby to zrównoważyć, unikam śniadań. Przez cały ranek piję tylko kawę. Zwykle do czternastej jestem w domu, załatwiam różne sprawy organizacyjne, przygotowuję muzykę na zajęcia. Przed wyjściem robię sobie jajecznicę albo jakąś kanapkę. Potem jadę do szkoły poćwiczyć. Zajęcia mam od 17 do 21.30 i wtedy nie jem absolutnie nic. Na porządny posiłek mam czas dopiero ok. 22. Wtedy z moim narzeczonym przygotowujemy sobie wielką i pyszną kolację. Uwielbiamy jeść i wydajemy na to mnóstwo pieniędzy - dziennie ok. 50 zł na osobę. Codziennie jest to kolacja z winem i ze świecami. Mój narzeczony świetnie gotuje dlatego jest mi trochę trudno zachować linię. Ale wolę potem tańczyć pięć godzin niż zrezygnować z pysznego jedzenia. Bardzo lubię makaron, do tego stopnia, że przez trzy lata nie jadłam nic innego.

Słodyczy nie jadam, chyba że to będzie dobre ciasto. Nie lubię też czekolady. Nie piję soków ani żadnych gazowanych świństw. Nie jem fastfoodów, czipsów, coli, zupek z kubka. Nie lubię podjadać między posiłkami - gdy jestem głodna, to po prostu jem porządny posiłek. I bardzo ale to bardzo źle znoszę niedobre jedzenie. Wtedy jestem naprawdę nieszczęśliwa.

Więcej o: