To zależy od kilku czynników. Od tego, w jakiej sami jesteśmy kondycji psychicznej, ile wiemy na temat tej choroby, jak odczytujemy to, co się dzieje z naszym bliskim. Pierwszy może pojawić się niepokój, zwłaszcza wtedy, kiedy zauważymy zmiany. Nasz mąż, ojciec, mama, dziecko stają się inni, niż do tej pory ich znaliśmy. Smutni, apatyczni, zniechęceni do życia, do wykonywania codziennych czynności. Jeśli nie wiemy, czym objawia się depresja , obniżony nastrój możemy odczytywać jako lenistwo i wtedy pojawia się złość. W takich chwilach jesteśmy skłonni mówić: 'Człowieku, wstań z tego łóżka i weź się w garść!'. Denerwujemy się, kiedy tak się nie dzieje. Jeśli boimy się, że nie poradzimy sobie z nową, trudną sytuacją, to możemy bagatelizować te pierwsze symptomy. Nie zauważyć zmian w zachowaniu. 'Zamrażamy' wtedy uczucia, bo jesteśmy sparaliżowani strachem - że będziemy musieli zaopiekować się tą osobą, że ten nastrój nie minie. Jest to szczególnie trudne, jeśli zachoruje ktoś, kto do tej pory był tzw. głową rodziny. Zwykle zaczynamy się też po prostu martwić.
Często próbujemy 'leczyć' na własną rękę - rozweselić, zwrócić uwagę na dobre strony życia, pocieszać. Mówimy: 'Jesteś przecież zdolny, to ci się udało i tamto'. 'Przed tobą jeszcze tyle fajnych rzeczy do zrobienia'. 'Nie przejmuj się, jutro będzie lepiej' itd.
Jeśli to depresja, a nie kilkudniowa chandra, to oczywiście nie. Na tym ta choroba polega. Człowiek z depresją myśli o sobie, o innych, o świecie w sposób bardzo negatywny. To, co nie wpisuje się w ten sposób myślenia - odrzuca jako coś nieistotnego, nieprawdziwego. Zauważa tylko to, co pasuje do 'negatywistycznego' stylu myślenia, czyli to, co potwierdza jego beznadziejność, brak sensu we wszystkim, co robi. Jeśli tego nie wiemy, możemy poczuć się odrzuceni. Świadomość, że to jest część tej choroby, pozwala jakoś to uczucie przeżyć i w pewnym sensie uspokaja.
Tu jest paradoks. Mimo że może nam się wydawać, że nasze słowa nie trafiają do osoby chorej, są jednak ważne. Namawiałabym do tego, żeby nie rezygnować z mówienia o dobrych stronach bliskiej nam osoby, jeśli rzeczywiście w danej sytuacji mamy ochotę jej o tym powiedzieć. Na początku chory będzie odrzucał te komunikaty, ale jest szansa, że kiedy podejmie leczenie, po pewnym czasie będą one do niego stopniowo docierały. I pomogą mu powoli budować swoją samoocenę i ocenę rzeczywistości.
Badania mówią o tym, że odrzucenie osoby chorej albo nadopiekuńczość mogą przedłużać depresję.
To może być dosłownie opuszczenie. Zapewne skłonne do takiej reakcji będą osoby, które bagatelizują chorobę i postrzegają ją jako przejściowy... kaprys, jakąś ułomność charakteru. 'Jesteś smutny, nie chce ci się zmienić, to ja odchodzę'. Ale to mogą też być wielokrotnie powtarzane komunikaty typu: 'Mam już ciebie dosyć', 'Wkurzasz mnie'. Jest oczywiste, że w stosunku do osoby chorej może się pojawić i złość, i żal, i bezsilność. Ale tutaj szczególnie warto uważać na to, jak te uczucia komunikujemy. Takie bezpośrednie wyrzucanie złości tylko wzmaga poczucie winy u chorych na depresję, może pogorszyć ich samopoczucie. A przecież można powiedzieć inaczej: 'Słuchaj, dzisiaj zostanie w domu z tobą twoja mama albo przyjaciel, a ja wyjdę, bo muszę się trochę rozluźnić'. Brzmi to już zupełnie inaczej.
Chodzi o to, żeby rozważnie tej pomocy udzielać. Być blisko, wspierać, ale jednocześnie dawać przestrzeń do działania osobie chorej. Jeśli jest to głęboki epizod depresji i chory ledwo wstaje z łóżka, to jest jasne, że nie możemy wymagać od niego, że nagle wstanie, posprząta pokój i ugotuje, ale można spróbować zaprowadzić go do łazienki, żeby chociaż samodzielnie umył sobie twarz albo zęby. To już jest jakiś postęp. Jeśli poczuje się lepiej, można powoli powierzać mu proste domowe obowiązki i czynności. Przejęcie wszelkiej aktywności za osobę chorą sprawi, że choroba będzie trwała dłużej. To jest też niedobre dla osoby, która się opiekuje chorym - bo zabiera jej całą energię. Całe skoncentrowanie swojej uwagi na chorym bliskim może też szkodzić pozostałym członkom rodziny.
Tak, bo będą czuć się odrzuceni, nieważni, niepotrzebni.
Najlepiej by było, gdyby chorą osobą nie zajmował się tylko jeden członek rodziny. To musi być kilka osób, żeby mogły się wymieniać i wzajemnie się wspierać. Ważne jest, żeby mieć swoje życie: przyjaciół, pracę, swoje sprawy, czas dla siebie. To pozwala przenieść uwagę gdzie indziej i zregenerować siły. Ma to sens ze względu na nas samych, ale także na osobę chorą. Przy takim sposobie funkcjonowania jesteśmy w stanie jej pomagać.
Jeżeli osoba jest w bardzo ciężkim stanie, to dostanie od lekarza skierowanie do szpitala. Radziłabym również w takiej sytuacji skorzystać z pomocy psychoterapeuty, który pomoże uporać się z trudnymi uczuciami, które się pojawiają, ze zmęczeniem, zniechęceniem, złością. Ponazywać je wszystkie i przeżyć. O tych uczuciach trzeba mówić, jeśli nie z terapeutą, to z przyjaciółmi, z bliskimi. Jeśli zostaną one zamknięte w nas samych, będą bardzo szkodzić osobie pomagającej i ją osłabiać. W ostatecznym rozrachunku mogą prowadzić nawet do depresji. Szczególnie niewypowiedziana złość może być toksyczna. Można też zwrócić się do pracownika socjalnego z ośrodka pomocy społecznej, który udzieli informacji na temat form pomocy, którą możemy otrzymać, na przykład podpowiedzieć, czy w powiecie, w którym mieszkamy, istnieje zespół wolontariuszy opiekujący się osobami chorymi. Można poszukać grupy wsparcia dla rodziny chorych na depresję. Jest ich na szczęście coraz więcej. Zapytajmy o taką pomoc w poradni zdrowia psychicznego lub w prywatnych przychodniach.
Chodzi o zwyczajną obecność. To nie znaczy wcale 'stawać na głowie', 'rezygnować z własnego życia', 'być non stop obok'. To znaczy, że osoba chora wie, że się nią interesujemy i że jest dla nas ważna. Jesteśmy, próbujemy rozmawiać - czasem się udaje, czasem nie. Czytamy jej książkę. Mówimy o tym, co się dzieje w naszym życiu. Robimy obiad - zje albo nie, ale ten obiad jest zrobiony. Wsparciem jest na pewno zauważenie, że coś się dzieje niepokojącego, zasugerowanie pomocy też jest wsparciem. Możemy zaproponować, że pójdziemy razem do lekarza, poczekamy w przychodni, kupimy leki.
Trzeba powtarzać próby nakłania do leczenia. Pomimo odmowy, a nawet złości. Ale też należy uważać, jak się formułuje te zachęty. Inaczej zabrzmi: 'Musisz się leczyć!', 'Jesteś chory!', a inaczej: 'Martwię się o ciebie. Zauważyłam, że ostatnio jesteś bardziej smutna, ciężko jest ci wstać. Nie cieszy to, co cię do tej pory cieszyło. Może warto się zorientować, co takiego się dzieje? Wiesz, może być tak, że rzeczywiście nic ci nie jest, ale sprawdźmy to. Chodźmy na jedną wizytę i zobaczymy, co powie specjalista'. Jeśli weźmiemy pod uwagę uczucia tej drugiej osoby i jej stan, to może jest szansa, że w końcu nas usłyszy.
Jeśli osoba chora zagraża sobie lub otoczeniu, to zgodnie z prawem możemy bez jej zgody zawieźć ją do szpitala.
Mówi np., że chce popełnić samobójstwo. Skrajnie o siebie nie dba. Nie je. Nie wychodzi z łóżka. Jest wycieńczona fizycznie.
Zachowuje się agresywnie w stosunku do bliskich, grozi. Wtedy możemy wezwać karetkę. Często jest tak, że osoba chora, będąc już w szpitalu, decyduje się na podjęcie leczenia.
Jeśli chore jest dziecko, to rodzice są włączani w terapię. Uczestniczą w spotkaniach. Niemniej jednak, jeśli dziecko zgłasza potrzebę powiedzenia czegoś terapeucie w tajemnicy, to poza nielicznymi sytuacjami ma on obowiązek zatrzymania tej informacji dla siebie. Jeżeli w wyniku przeprowadzonej diagnozy okazuje się, że czynnikiem wpływającym na nastrój dziecka jest sytuacja w rodzinie, psychoterapeuta rozmawia z jej członkami na ten temat. Badania mówią, że w rodzinach dzieci chorych na depresję zazwyczaj coś się dzieje, np. jest konflikt albo przemoc, albo nadużywanie alkoholu, albo nadmierne oczekiwania wobec dziecka. Osoba dorosła ma prawo do pełnej dyskrecji. Powie nam o tym, co się dzieje w jej procesie leczenia, tyle, ile będzie chciała. Możemy kontaktować się z lekarzem osoby chorej, jeśli pojawią się jakieś niepokojące sygnały: chory odmawia brania lekarstw, mówi o samobójstwie. Jednak nie udzieli nam on informacji na temat chorego bez jego zgody.
Możemy spróbować. Poza terapią, którą polecam dla takich osób, bardzo przydatna jest 'biblioterapia'. Teraz wychodzi mnóstwo dobrych, rzetelnych książek na temat depresji napisanych przez psychologów, psychiatrów. Także te, które są specjalnie skierowane do rodzin. Zwykle zbudowane są na zasadzie pytań i odpowiedzi. Warto z nich korzystać, bo zrozumienie tej choroby to klucz do tego, żeby nauczyć się z nią żyć.
Myślę, że może to być samobójstwo chorego. Wtedy pojawia się wiele uczuć, które wiążą się z przeżywaniem żałoby po bliskim. Mimo że bardzo cierpimy, uczucia, które wtedy się pojawiają, służą temu, byśmy mogli wrócić do normalnego życia. W pierwszym momencie zazwyczaj jest szok. Wydaje nam się niemożliwe, że to naprawdę się wydarzyło. Potem to do nas zaczyna docierać i pojawiają się pytania. Szukamy powodów, analizujemy różne sytuacje z przeszłości. Często nie udaje się znaleźć na nie odpowiedzi. Może pojawić się poczucie winy: mogliśmy temu zapobiec...
Zwykle nie. Jeśli ktoś naprawdę widzi tylko takie wyjście, to w końcu skutecznie samobójstwo popełnia. Nawet jeśli nie wiem jak byśmy go pilnowali. Może pojawić się również gniew: 'Jak mogłeś mi to zrobić...', lub złość na lekarza - źle leczył, to dlatego. Kiedy pojawia się żal, może to być sygnał, że jesteśmy na dobrej drodze do zamknięcia przeżywania żałoby. Bardzo dużo wtedy płaczemy, tęsknimy, jesteśmy świadomi, że nie cofniemy czasu. Rozmawianie na ten temat i jawne wyrażanie żalu pomaga poczuć ulgę. Częściej pojawiają się w głowie pozytywne wspomnienia związane z tą osobą, aż w końcu - spokój.
Taka żałoba może trwać nawet dwa lata. Jeśli trwa dłużej, to jest sygnał, że warto udać się do psychoterapeuty, który pomoże zakończyć ten proces. Nie wzbraniajmy się jednak przed skorzystaniem z pomocy, jeśli czujemy się naprawdę źle, a minął krótszy czas od śmierci członka rodziny. Być może jest coś, co stoi na przeszkodzie, żeby się pożegnać.
Być może jest tak, że nie po raz pierwszy doznajemy bolesnej straty. Może już raz ktoś bliski nam umarł albo nas opuścił i w tamtym okresie nie przeżyliśmy żałoby do końca. Może być też tak, że ta osoba, która teraz odeszła, była 'sensem' naszego życia. To znaczy: my jej przypisaliśmy taką moc. A jeżeli umiera sens naszego życia, to rzeczywiście nie wiadomo, co robić dalej. Trzeba tego nowego sensu poszukać.
Mogą być bardziej podatne na depresję. Mogą bać się odrzucenia w relacjach z innymi ludźmi, być bardziej lękowe. Jednak nie ma reguł. Ważna jest świadomość, na czym polega choroba, gdzie szukać pomocy. Z pewnością z domu, gdzie depresja była leczona, wynoszą jeszcze jedną bardzo ważną informację: depresja jest chorobą, którą można wyleczyć.
Osoby depresyjne są często niezwykle wymagające wobec siebie. Mówiąc potocznie, są perfekcjonistami. Uważają, że muszą robić wszystko najlepiej, a jeśli tego nie zrobią, to oznacza, że są beznadziejne i do niczego się nie nadają. Dawanie sobie prawa do popełniania błędów, akceptacja tego, że jesteśmy po prostu ludźmi, to jedna z propozycji profilaktyki depresji.