Nie każdy smutek to depresja

Osoby, które widzą świat w czarnych kolorach są bardziej podatne na smutek czy depresję.

Marta Dvooák: Czy wiecznie smutnego człowieka można podejrzewać o depresję?

Anna Bielańska, psycholog: Oczywiście nie każdego. Z medycznego punktu widzenia depresja jest ciężką chorobą wymagającą leczenia. My natomiast często nazywamy tak zwykłą chandrę czy przelotne przygnębienie.

Taka przesada jest szkodliwa?

- Niekoniecznie, bo wprawdzie może nadużywamy słowa depresja, ale z drugiej strony łatwiej, niż choćby 15 lat temu, otwieramy się przed innymi, przyznajemy, że jesteśmy smutni, mamy problem, nie radzimy sobie z rzeczywistością. A to pomaga, bo ze smutkiem nikt sobie sam nie poradzi.

Co najczęściej jest przyczyną smutku, melancholii? Nie można chyba wszystkiego zrzucić na jesienną szarówkę, krótkie dni, zimno i brak światła?

- Oczywiście, że nie, choć te czynniki mogą smutek potęgować lub go wyzwalać. Zazwyczaj przyczyną przygnębienia jest utrata kogoś bliskiego, śmierć w rodzinie, rozpad związku, no i stres, poczucie bezsensu życia. Właśnie z tym najczęściej borykają się młodzi, nieraz świetnie wykształceni ludzie, którzy po studiach przez długi czas nie mogą znaleźć pracy. Niemożność rozpoczęcia samodzielnego, dorosłego życia, niepewna sytuacja materialna powodują apatię, zniechęcenie, spadek poczucia własnej wartości. Osoby między 18. a 25. rokiem życia to najliczniejsza grupa moich pacjentów.

Kto częściej ulega przygnębieniu? Kobiety czy mężczyźni? Subtelni wrażliwcy czy ci, którzy są przebojowi i pozornie radzą sobie ze wszystkim?

- Nie da się tego uogólnić. Każdy bowiem ma indywidualną zdolność radzenia sobie ze stresem. Może bardziej podatne na smutek czy na depresję są osoby, które widzą świat w ciemnych barwach. Łatwiej je zranić niż tych, którzy są przebojowi i pogodnie zapatrują się na życie. Chociaż jeśli zawsze patrzą na świat z uśmiechem, niezależnie od tego, ile ich to kosztuje, w pewnym momencie też mogą się załamać. Po prostu musimy nauczyć się chronić swoją wrażliwość, nauczyć się zachowywać dystans do niektórych wydarzeń.

Nie rozczulać się zbyt łatwo?

- Nie o to chodzi. Najlepiej być silnym i wrażliwym jednocześnie. Radzić sobie z rzeczywistością, ale też umieć zrozumieć innych, zjednywać ich sobie. Bo bez pomocy, partnera, rodziny czy przyjaciół ze smutkiem sobie nie poradzimy.

Co Pani poradziłaby komuś, kogo właśnie ogarnia jesienna melancholia i stracił chęć do życia?

- Przede wszystkim nie siedzieć w domu, tylko wyjść do ludzi niezależnie od tego, jak bardzo nam się nie chce. Umówmy się na kawę, wybierzmy się w góry z przyjaciółmi, idźmy do kina z chłopakiem czy dziewczyną, pomóżmy mamie w porządkach i rozmawiajmy, rozmawiajmy. Nie bójmy się przyznać, że czujemy się podle, że życie wcale nie wydaje nam się piękne. Po takiej rozmowie na pewno dostrzeżemy jakieś jego dobre strony. Bardzo pomaga tez ruch, choć niekoniecznie może fitness, bo jego celem jest osiągnięcie doskonałej sylwetki, wymarzonego wizerunku, co dla osób o słabszym poczuciu wartości może być nieco deprymujące. Ważniejsze jest tu świeże powietrze i nieco adrenaliny.

Pomogą nam zioła? Zwiększona dawka światła?

- Oczywiście, choć to kuracje pomocnicze. Zawsze jednak lepiej sięgnąć po zioła niż po leki antydepresyjne, mimo że trzeba je dłużej zażywać. Leki to ostateczność. Jeśli jednak rozmowy z przyjaciółmi nie pomogą, jeśli przez kilka tygodni nie jesteśmy w stanie normalnie funkcjonować, normalnie żyć, jesteśmy podenerwowani, zdekoncentrowani, cierpimy na bezsenność, jeśli rzeczywistość wymyka nam się spod kontroli, pojawiają się myśli o samobójstwie, to nie wstydźmy się poprosić o pomoc psychologa czy psychiatrę. Im szybciej, tym lepiej.

Więcej o: