Nie bój się chemii

Wypadanie włosów i potworne mdłości - to dwie rzeczy, których obawiają się chorzy na raka, rozpoczynając terapię. Czy każdy musi wyłysieć i słaniać się na nogach po dawce chemio - czy radioterapii? Rozmowa z dr. n. med. Januszem Mederem, prezesem Polskiej Unii Onkologii

Margit Kossobudzka: Panicznie boimy się takiej diagnozy. Niby wiemy, że w dzisiejszych czasach rak to nie wyrok, że wcześnie wykryty jest bardzo często uleczalny, że skutecznie można z nim walczyć. Ale i tak myśl o nim paraliżuje. Również dlatego, że leczenie antynowotworowe kojarzy nam się z gehenną. Nie wiadomo, co gorsze - rak czy chemioterapia. Uporczywe wymioty, włosy wychodzące garściami, totalne wyniszczenie organizmu - czy rzeczywiście każdy chory musi nastawić się na taki koszmar?

Dr Janusz Meder: Nie. To, jak dany pacjent zareaguje na leczenie (czy to chemio-, czy radioterapię) zależy od kilku czynników. Po pierwsze, od tego, jaki program terapeutyczny trzeba będzie u niego zastosować (są mniej i bardziej inwazyjne, m.in. w zależności od typu raka, zaawansowania choroby itd.).

Po drugie, odpowiedź organizmu to sprawa indywidualna. Są osoby, które dobrze tolerują leczenie. Są takie, które znoszą to gorzej, ale i tutaj medycyna się rozwinęła. Leki wspomagające terapię są tak samo ważne w leczeniu jak sama terapia. I mogą znacznie poprawić komfort pacjenta.

Czy tę walkę można wygrać, nie leżąc na deskach z powodu wycieńczenia i mdłości?

Z rakiem? Oczywiście. To prawda, że musi się ona toczyć ostro, ale z zachowaniem równowagi sił. Z jednej strony skuteczne leczenie ma zabić atakujące nas komórki rakowe. Z drugiej - nie możemy doprowadzić do sytuacji, gdy chory nie będzie miał sił na zmaganie się z chorobą. Na szczęście dysponujemy coraz większą gamą leków, które pomagają nam chronić organizm pacjenta.

Macie cudowne leki przeciwko wypadaniu włosów po chemii?

- Nie, ale dobrze, że zaczynamy od włosów, bo tu sprawa jest prostsza. Po pierwsze, nie każdy program chemioterapeutyczny powoduje wyłysienie. Możliwe, że ten problem w ogóle nas nie dotknie. Lekarze zazwyczaj są w stanie to ocenić przed leczeniem. Jeśli jednak powiedzą, że włosy zaczną wypadać, trzeba od razu sobie założyć, że to tylko niedogodność okresowa. To minie.

Kiedy?

- Po kilku-kilkunastu miesiącach, gdy skończymy leczenie. Co więcej, wielu pacjentów uważa, że gdy włosy już odrosną, są mocniejsze niż te przed rozpoczęciem leczenia.

To, co mogę doradzić, to jak najszybsza wizyta u fryzjera. Po prostu zetnijmy włosy na krótko. Unikniemy w ten sposób sytuacji, gdy podczas czesania w garści zostaje nam wielki pukiel.

To wygląda dość dramatycznie...i źle wpływa na pacjentów. Namacalny dowód choroby. Choć patrząc z drugiej strony, także dowód leczenia. Ale po co niepotrzebnie się stresować? Teraz można dostać naprawdę świetne peruki, nawet tu u nas w Instytucie jest specjalny zakład. Radzę od razu kupić dwie. Są oddychające, można je myć, jak naturalne włosy. A po udanym leczeniu, gdy włosy nam odrosną, można je wyrzucić.

Demonstracyjnie?

- Można i tak. Symbolicznie pozbywając się choroby.

Nie można jakoś tych włosów ochronić?

- Kiedyś istniała metoda tzw. lodowego czepka. Zakładało się go na głowę podczas chemioterapii. Zimno powodowało obkurczenie naczyń krwionośnych na głowie, co miało zapobiegać dostawaniu się leku do mieszków włosowych, a tym samym niszczeniu włosów i ich wypadaniu. Kłopot w tym, że - jak później wykazano - pojedyncze komórki rakowe potrafiły w tych mieszkach ukryć się i przetrwać! I następował nawrót choroby. Warto o tym przypomnieć, bo temat czepków czasami powraca. Trzeba wtedy uzmysłowić pacjentowi, że wiąże się to z ryzykiem nieudanego leczenia. To zazwyczaj zamyka sprawę.

W sieci można znaleźć dobre rady i specyfiki mające zapobiec wypadaniu włosów po chemii. Są coś warte?

- Nie stosujcie ich! Ani żadnych innych środków "wspomagających" leczenie. O każdym specyfiku trzeba poinformować lekarza, bo niektóre środki mogą wchodzić w reakcję z cytostatykami, osłabiając ich działanie lub potęgując skutki uboczne. To bardzo ważne.

Mdłości i wymioty też są problemem przejściowym. Z czasem miną?

- Tak, ale w międzyczasie mogą doprowadzić pacjenta do takiego wyczerpania i odwodnienia, że trzeba będzie przerwać leczenie. To dopiero jest dramat. Na szczęście, takie sytuacje to już zazwyczaj prehistoria.

Jak odległa?

- Sięgająca 20-30 lat wstecz. Wtedy problem wymiotów był naprawdę poważny. Nie zawsze umieliśmy go opanować. Potem, gdy pojawiły się pierwsze leki przeciwwymiotne nowej generacji, dostaliśmy trochę na "wypróbowanie" od zachodnich firm. Pamiętam, że każdą tabletkę dzieliliśmy na pół, żeby starczyło dla większej liczby pacjentów. A i tak rezultaty były rewelacyjne. W mojej ocenie to był prawdziwy przeskok epokowy.

Postęp wciąż się dokonuje?

- Oczywiście. Od kilku lat są na rynku leki osłabiające nudności, a nawet je likwidujące.

I pacjent dostaje je w ramach leczenia?

- Każdy oddział onkologii musi zapewniać leki wspomagające leczenie, także środki przeciwwymiotne. Naprawdę mamy duże doświadczenie i wiemy, która chemia może wywoływać takie dolegliwości. Leki podajemy profilaktycznie - ZANIM jeszcze pacjent zacznie odczuwać skutki uboczne terapii.

Trzeba też powiedzieć o jednej ważnej rzeczy. To, w jaki sposób pacjent zareaguje na kroplówki z chemią, jest sprawą indywidualną. Nasze wyobrażenie, że każdy musi spędzać godziny zgięty w pół nad miską, są przesadzone. Jedni wymiotują, inni nie. Wiem, że to dla pacjentów trudne, ale proszę, nie nastawiajcie się od razu na najgorsze.

Są leki wspomagające z górnej półki, za które trzeba zapłacić?

- Jasne, że nie każdy najnowszy specyfik jest w naszym zasięgu, ale jeśli pacjent bardzo chce spróbować leku nieobjętego refundacją, może porozmawiać z lekarzem prowadzącym i poprosić o receptę. Jednak zakładanie, że dobre leki można dostać w szpitalu tylko za dodatkowe pieniądze, jest nieprawdą. To już nie te czasy. Te środki, które mamy, są naprawdę skuteczne.

A czy nie jest tak, że czasami przegrywamy z mdłościami jeszcze na samą myśl o nich?

- Niewątpliwie, w ich odczuwaniu ogromne znacznie ma psychika. Pacjenci "wiedzą", bo gdzieś przeczytali albo im ktoś powiedział, że - dajmy na to - po czerwonej kroplówce będą kłopoty. Nastawiają się na nie i one przychodzą. Trudno wytłumaczyć, że wcale tak nie musi być, bo to sprawa indywidualna. Z psychiką się nie wygra, ale warto sobie uzmysłowić, że ciało w ten sposób czasami nas oszukuje.

Czy można sobie jakoś pomóc naturalnymi metodami?

- Nie bierzmy niczego na własną rękę.

Ziółka?

- No właśnie. Ze środków naturalnych, co do których onkolodzy nie mają zazwyczaj zastrzeżeń, można polecić imbir, w tabletkach lub surowy. Niektórym naprawdę bardzo pomaga. Może jednak działać drażniąco na śluzówki.

Widzę, że macie [Instytut Onkologii w Warszawie] zespół wsparcia psychoonkologicznego. Na windzie wisi ulotka o zapisach na spotkania.

- Chorobom towarzyszą emocje. Pomoc psychoonkologów jest nie do przecenienia. Kilkanaście lat temu, kiedy postulowano, że w skład zespołu zajmującego się chorym powinien wchodzić psycholog, trochę się z tego podśmiewano. W moim odczuciu taka osoba jest niezbędna.

Czy rozwój nowoczesnych terapii celowanych nie powinien wreszcie zakończyć ery mdłości i skutków ubocznych leczenia?

- To nie takie proste. Terapie celowane, czyli w założeniu bardziej precyzyjne w zwalczaniu raka, też nie są wolne od działań niepożądanych. Poza tym wciąż są one tylko wspomaganiem dla klasycznej chemio - czy radioterapii. Na razie nie wyobrażam sobie leczenia raka z zastosowaniem tylko metod celowanych.

Kiedy mówi pan o leczeniu wspomagającym, mam wrażenie, że jest niemal ważniejsze od samego leczenia.

- Kiedyś prowadziłem zajęcia ze studentami. Powiedziałem im, że na jednej szali kładę chemioterapię, i spytałem, ile trzeba położyć na drugiej szali, by leczenie było udane. Odpowiedź brzmi: Tyle samo. Musi być równowaga między jednym i drugim. Organizm pacjenta leczonego na raka trzeba chronić na wielu poziomach. Chemioterapia i radioterapia powodują też anemię, osłabienie. Tu ważne jest osłanianie układu krwiotwórczego - podawanie odpowiednich środków, np. czynników wzrostu pobudzających białe krwinki. Przetacza się też płytki krwi. Stan pacjenta musi być stale monitorowany, bo chorzy bardzo się denerwują, gdy trzeba przesuwać terapię z powodu złych wyników badania krwi.

Pacjent narażony jest także na różne infekcje grzybowe i bakteryjne, bo jego układ odpornościowy jest osłabiony. Tu też trzeba trzymać rękę na pulsie i podawać odpowiednie leki osłonowe.

Cała onkologia w tej chwili jest nastawiona nie tylko na poprawę skuteczności leczenia, ale też na zwiększenie jego komfortu. W walce o wygranie z rakiem przetrwanie terapii w możliwie dobrej formie może okazać się kluczem do sukcesu.