DPS-y jak więzienia. Ministerstwo Rodziny i Polityki Społecznej: Sytuacja w placówkach jest stabilna

COVID-19. Kto słucha rządzących i rozgląda się po ulicach, może odnieść wrażenie, że pandemii w zasadzie to już nie ma. A w DPS-ach? Od kwietnia śladowa odwilż w obostrzeniach, ale samowolka trwa w najlepsze. Co dom, to inne zasady. Nieraz absurdalne i nieadekwatne do sytuacji. Nadzorujące placówki Ministerstwo Rodziny i Polityki Społecznej problemu nie widzi tak długo, póki "mieszkańcom zapewniane jest bezpieczeństwo", rozumiane jako ochrona przed koronawirusem.

W styczniu pisaliśmy o nadużyciach wobec pensjonariuszy domów opieki w Polsce. O zakazie spotkań, wyjść, wspólnych posiłków, odwiedzin i zarządzeniach zupełnie nieadekwatnych do aktualnej sytuacji pandemicznej:

Spodziewaliśmy się ostrej reakcji ze strony bliskich i decydentów. Nic z tego. To nie jest gorący temat. Odezwały się zaledwie trzy osoby. Wszystkie potwierdziły nasze ustalenia dotyczące nagminnego ograniczania wolności pensjonariuszy. Zaledwie jedna złożyła oficjalną skargę. Wszystkie chcą pozostać anonimowe.

Zobacz wideo

Uwolnić babcię!

- Ze względu na dobro babci, wolałabym zachować anonimowość - pisze do nas pani Edyta*, wnuczka podopiecznej jednego z DPS-ów w Małopolsce, która jest zaniepokojona brakiem należytej opieki medycznej w placówce.

- Babcia nie może sama wyjść do lekarza, z nami także. Lekarz zjawia się w DPS-ie raz w tygodniu, ma zwykle tylko godzinę na skontrolowanie ponad 400 osób. Gdy ktoś tylko gorzej się poczuje, jest na siłę wypychany do szpitala, bo na miejscu nie ma nawet możliwości podania kroplówki. To z założenia ośrodek dla zdrowych ludzi, więc dlaczego nie mogą normalnie funkcjonować? Nawet latem, kiedy zakażeń było niewiele, zakaz odwiedzin obowiązywał. Musiałam spotykać się z babcią na ulicy - całe szczęście jest osobą sprawną fizycznie - relacjonuje pani Edyta i dodaje, że obowiązujące zasady są nieprzewidywalne i trudne do zaakceptowania:

- W grudniu 2020 roku mieszkańcy dostawali przepustki na święta Bożego Narodzenia i mogli spędzić nie tylko Wigilię, ale i pozostałe dni z rodziną. W 2021 roku przepustki były reglamentowane. Zezwalano na wyjście tylko na parę godzin i tylko jednego dnia. Odbywało się to na zasadzie "łaski" i trzeba było naprawdę dużego zaparcia, aby to pozwolenie zdobyć.

Babcia pani Kasi z Wrocławia w ogóle nie mogła spędzić świąt poza ośrodkiem. Zrozpaczona wnuczka miała plan zorganizowania protestu pod placówką, by wreszcie kimś wstrząsnąć.

Chciałam zrobić transparent z napisem: "Uwolnić babcię". Matka mi nie pozwoliła, bo to brak szacunku tak przyrównać człowieka do orki. A nie jest brakiem szacunku trzymać ludzi jak w więzieniu bez wyroku?

Zakładnicy norm

Panie Edyta i Katarzyna nie zdecydowały się na formalne zgłoszenie zastrzeżeń wobec placówek, w których przebywają ich babcie. Generalnie formalnych skarg na DPS-y czy ZOL-e (zakłady opiekuńczo-lecznicze) jest niewiele, chociaż powszechne jest przekonanie o fatalnych warunkach panujących w wielu z nich. Skąd zatem ta zmowa milczenia? Dlaczego pensjonariusze i ich bliscy godzą się choćby na:

  • rozmowy przez osłonę z pleksi,
  • odbieranie pensjonariuszom telefonów i rozmowy tylko w obecności personelu,
  • przeglądanie zawartości paczek,
  • zakaz odwiedzin po godzinie 15. ("bo potem mieszkańcy są kładzeni spać"),
  • spotkania do 60 minut,
  • ścisłe harmonogramy wizyt,
  • i inne systemy nakazów i zakazów, które trudno uzasadnić zakażeniami wirusowymi?

Mieszkańcy domów opieki to osoby niejednokrotnie bezbronne, niesamodzielne. Ich krewni, uwikłani w polskie normy i tradycję, bywają obciążeni poczuciem winy. Nie mogą sobie wybaczyć, że nie sprawują bezpośredniej opieki nad matką czy dziadkiem. Owszem, bywa i tak, że zupełnie się nie interesują bliskim i jego losem. Zdarza się też, że są z pensjonariuszem skonfliktowani, bo ten traktuje pobyt w ośrodku jako niesprawiedliwość. Czy to jednak odbiera prawo do oceny jakości opieki w DPS-ie czy panujących tam warunków? Z pewnością nie. Zdają sobie z tego sprawę pracownicy, którym jednak obecna sytuacja odpowiada. W zdecydowanej większości są zadowoleni z tego, że nikt im się teraz po ośrodkach nie plącze i na ręce nie patrzy. A co z celami nadrzędnymi, jak integrowanie rodzin i dobrostan seniora? Przy przeładowaniu placówek, brakach personelu i przeciążeniu obowiązkami, nietrudno o nich zapomnieć.

Jak naprawdę teraz wygląda opieka i codzienność domów seniora, możemy tylko spekulować, bo od ponad dwóch lat stanowią niemal twierdze dla zewnętrznego świata. Do końca marca w wielu placówkach odwiedzin nie było wcale. Obecnie niby są, ale po zapisach, a miejsc i terminów brakuje. Jedne domy proponują spotkania tylko osobom zaszczepionym (dwiema lub trzema dawkami) przeciw COVID-19. Inne tylko w wyznaczonym pomieszczeniu lub wprowadzają ograniczenia liczby osób, z którymi senior może się spotkać (np. jedna w pokoju, dwie w zbiorczej sali). Nie ma w tym wszystkim większej logiki i nie odpowiada zasadom obowiązującym innych obywateli. Tym bardziej dziwi w DPS-ach, które nawet nie podlegają Ministerstwu Zdrowia, tylko Ministerstwu Rodziny i Polityki Społecznej oraz wojewodom, bo z założenia nie zajmują się tylko osobami poważnie chorymi. Nie ma prawnych podstaw, by osoby, które mają pełnię praw publicznych, były traktowane w ten sposób.

W ministerstwie nie widzą problemu

Gdy od naszej publikacji o ograniczeniach wolności w DPS-ach minęło kilka tygodni, a tematu nie podjęły żadne instytucje państwowe, sami uderzyliśmy do Ministerstwa Rodziny i Polityki Społecznej. Prowadzona w marcu korespondencja wybitnie dowodziła, że w tym temacie to się raczej nie dogadamy.

- Odnosząc się do kwestii obecnej sytuacji w domach pomocy społecznej, należy wyjaśnić, że sytuacja w tych placówkach obecnie jest stabilna. Wpływ na powyższe miał przede wszystkich sprawnie i szybko przeprowadzony proces szczepień. W wyniku współpracy Ministerstwa Rodziny i Polityki Społecznej z Ministerstwem Zdrowia mieszkańcy oraz pracownicy domów pomocy społecznej zostali zaszczepieni przeciw COVID-19 jako grupy priorytetowe, przed akcją szczepienia populacyjnego Polaków - donosiła Dagmara Wilk z wydziału prasowego MRiPS. Rzecz w tym, że artykuł pokazuje dobitnie, że osoby odpowiedzialne za DPS-y od dwóch lat są tak skupione na koronawirusie, że zupełnie zapomniały o innych potrzebach mieszkańców. Informacja o rekordowym tempie szczepień zatem nie uspokaja i nie jest na temat.

Pani Dagmara Wilk pozwoliła sobie jednak stwierdzić, że "nieprawdziwa jest teza o rzekomym całkowitym "zamknięciu" domów pomocy społecznej i uniemożliwianiu kontaktów mieszkańców z osobami bliskimi, jak również uniemożliwianiu aktywności mieszkańców poza terenem placówek. Resort rodziny monitorował i nadal monitoruje sytuację w domach pomocy społecznej." Podkreśliła jednak, że za sposób organizacji i funkcjonowania domów odpowiadają lokalne samorządy.

Nie mówiliśmy o "całkowitym zamknięciu", bo pozornie w wielu domach jakaś forma spotkań obowiązywała. Są i takie, które konsekwentnie mówią rodzinom: "zapraszamy". Mówiliśmy o braku kontroli, niejasnych zasadach, utrudnieniach nieadekwatnych do sytuacji pandemicznej, możliwych nadużyciach, Oczywiście natychmiast zainteresowały nas wyniki monitoringu w domach pomocy społecznej, które dawały nadzieję na wiarygodne rozpoznanie w sytuacji pensjonariuszy i realną ocenę skali problemu. Niestety, kolejny list z ministerstwa rozwiał wątpliwości. Monitoring owszem był, ale dotyczył przede wszystkim sytuacji pandemicznej, a nie praw człowieka. Urzędnicy wydali też rekomendacje, by co do zasady umożliwiać pensjonariuszom kontakt z bliskimi. I na rekomendacjach się skończyło.

Ponowienie prośby o ewentualny raport pozostało już bez odpowiedzi, a teza o "nieprawdziwości naszej tezy" upadła.

DPS to nie ZOL

Czy jest szansa na normalizację sytuacji w domach opieki i powrót do zrozumiałych zasad funkcjonowania? Trudno powiedzieć. Nawet jeśli koronawirus całkiem zniknie (a raczej nie zniknie), pewnie tam, gdzie zasady pandemiczne uznano za wygodne, coś się wymyśli. Już teraz w jednym z domów zakaz odwiedzin tłumaczono sezonową grypą.

Trzeci z listów do redakcji dotyczył braku możliwości kontaktu z matką od pół roku. Tym razem mogliśmy interweniować**, bo kobieta uwięziona w domu opieki przebywa nie w DPS-ie, tylko w ZOL-u, czyli zakładzie opiekuńczo-leczniczym. Różnice między takimi placówkami dotyczą szczegółów, niejednokrotnie niezauważalnych dla podopiecznych i ich rodzin. ZOL, podobnie jak ZPO (zakład pielęgnacyjno-opiekuńczy), podlega Ministerstwu Zdrowia. Według oficjalnych założeń, pacjenci przebywają w takim ośrodku, aż wrócą do zdrowia. Ponieważ są to osoby przewlekle chore i niepełnosprawne, niejednokrotnie pozostają w nim do końca życia. DPS-y, zgodnie z ogólnymi założeniami, to placówki przeznaczone dla osób wymagających całodobowej opieki z powodu wieku, choroby lub niepełnosprawności, niemogących samodzielnie funkcjonować w codziennym życiu. Różnice intuicyjne, ale DPS-y podlegają Ministerstwu Rodziny i Polityki Społecznej. Do ZOL-u może wkroczyć Rzecznik Praw Pacjenta. Do DPS-u już nie. Skutkiem jest chaos, w wyniku którego bliscy podopiecznego nawet nie wiedzą, gdzie składać skargi i szukać pomocy. Na pewno nie da się powołać jednej instytucji nadzorującej takie zakłady? Pewnie się da, ale rozłożona odpowiedzialność to mniejsza odpowiedzialność.

* Imiona rozmówczyń i niektóre szczegóły spraw, pozwalające na identyfikację, zostały zmienione.

** Po zakończeniu kontroli w ZOL-u przez Rzecznika Praw Pacjenta przekażemy szczegóły całej sprawy. Możliwe są nadużycia wykraczające poza złą wolę czy niedopatrzenie, dlatego musimy poczekać na oficjalny raport.

Więcej o: