COVID-19: Zanikające przeciwciała - to nie powód do zmartwienia. Mamy jeszcze inne linie obrony

Mimo że poziom przeciwciał rzeczywiście spada w miarę upływu czasu, to jednak po około trzech miesiącach stabilizuje się na pewnym poziomie. Jest to poziom wystarczający, aby można było mówić, że powstała odporność - przekonują naukowcy. W dodatku mamy do dyspozycji "drugą linię obrony".

Niedawno opublikowane wyniki dużych badań przeprowadzonych w Wielkiej Brytanii (testami serologicznymi objęto 365 tysięcy osób) pokazują, że w miarę upływu czasu od infekcji COVID-19 stężenie przeciwciał spada. W ciągu trzech miesięcy poziom wykrywalnych we krwi przeciwciał, sprawdzany przy pomocy prostego testu, spadł o niemal jedną czwartą. Najszybciej przeciwciała zanikały u osób, które przeszły infekcję COVID-19 bezobjawowo oraz u starszych ludzi powyżej 75 roku życia.

- Ale to wcale nie oznacza, że automatycznie spadła nasza odporność - mówią eksperci. Przeciwciała są tylko jednym z kilku rodzajów odpowiedzi immunologicznej na infekcję.

Scott Hensley, immunolog z Uniwersytetu Pensylwanii wyjaśnia, że zmniejszający się poziom przeciwciał po infekcji jest rzeczą normalną i świadczy o zdrowej reakcji immunologicznej organizmu. Mamy jeszcze inne komórki odpornościowe, zwane komórkami pamięci, które są istotne dla zapobiegania przyszłym zakażeniom. Komórki te przechowują pamięć o patogenie i inicjują natychmiastową produkcję przeciwciał, gdy tylko ponownie natkną się na wroga. Wyspecjalizowanych komórek pamięci nie da się wykryć przy pomocy prostych testów serologicznych.

- Zatem zmniejszający się poziom przeciwciał w surowicy krwi nie oznacza jeszcze, że organizm nie jest chroniony przed infekcją. Brytyjskie badania nie oznaczają także, że szczepionka będzie nieskuteczna, jak obawiają się niektórzy komentatorzy - uspokajają eksperci cytowani przez dziennik "New York Times".

- Jeszcze nie mamy odpowiedniej perspektywy, aby wiedzieć na pewno, czy przejście COVID-19 pozostawia, czy nie pozostawia silnej odporności i na jak długo. Zatem nie wiemy z całą pewnością, czy ponowne zakażenie się grozi nam po kilku miesiącach, czy po roku - podkreślają naukowcy.

Wielu ekspertów jednak nadal zachowuje optymizm, szczególnie jeśli chodzi o skuteczność opracowywanych szczepionek, opartych o indukowaną odporność.

- Szczepionka nie musi naśladować ani odzwierciedlać naturalnej infekcji - tłumaczy Shane Crotty, wirusolog z Instytutu Immunologii La Jolla (USA). - Ponadto przeciwciała to tylko jeden z kilku mechanizmów, którymi dysponuje zaatakowany organizm.

Zobacz wideo Borys: Po drugiej fali może przyjść trzecia i czwarta. Musimy mierzyć pomoc biorąc pod uwagę możliwości finansów publicznych

Kilka linii obrony

Najłatwiej jest nam mierzyć poziom przeciwciał w osoczu krwi, bo mamy to tego dość proste narzędzia. Ale to nie jest jedyny wskaźnik dowodzący, że organizm się broni przed chorobotwórczym drobnoustrojem.

Wyniki testów serologicznych na obecność przeciwciał nie przesądzają o istnieniu lub nieistnieniu odporności. Gdy pojawia się patogen, organizm zaczyna wytwarzać całą masę przeciwciał, które podejmują walkę, a gdy ona się skończy, te powoli zanikają. - To normalny proces, mający "czysto praktyczne powody".  Nasz układ limfatyczny ma ograniczoną ilość miejsca - tłumaczy dr Hensley.

Ponadto mniejszy poziom przeciwciał trudno jest wykryć zwykłym testem, który w najlepszym przypadku ma czułość oscylującą wokół 85 procent, testy laboratoryjne są znacznie dokładniejsze. I jeżeli mieliśmy łagodną infekcję i organizm wyprodukował niewiele przeciwciał, po pewnym czasie ich poziom może być na tyle niski, że zwykły test nic nie wykaże.

Wyniki kilku ostatnio opublikowanych badań wskazują, że poziom przeciwciał po zakażeniu się koronawirusem początkowo rzeczywiście spada, ale potem utrzymuje się na stałym poziomie przez co najmniej cztery do siedmiu miesięcy (badania prowadził m.in. Uniwersytet Lizboński, a wyniki opublikowało czasopismo "European Journal of Immnunology").

Układ immunologiczny podczas infekcji buduje również drugą linię obrony, a mianowicie zapamiętuje specyfikę danego patogena i przechowuje pamięć o nim w specjalnych komórkach uśpionych w szpiku kostnym lub "pojedynczo" patrolujących organizm. Gdy taka komórka ponownie natknie się na znanego sobie i zapamiętanego wroga, wie już, jak z nim walczyć i natychmiast inicjuje produkcję odpowiednich przeciwciał.

Oczywiście zdarzają się osoby, których układ immunologiczny nie działa prawidłowo i nie produkuje przeciwciał, ale takie sytuacje nie są częste. Ponadto nie wszystkie rodzaje patogenów są zapamiętywane przez układ odpornościowy. Wygląda jednak na to, że w przypadku nowego koronawirusa mamy podstawy do optymizmu. Nawet te osoby, które nie wytworzyły przeciwciał (lub miały ich tak mało, że nie wykazały tego testy), są w pewnym stopniu chronione dzięki komórkom pamięci immunologicznej.

Jak przekonują naukowcy, w zdecydowanej większości u osób zakażonych koronawirusem znajdziemy w organizmie komórki B i T pamięci. Świadczą o tym osiągnięcia kilku laboratoriów. Naukowcom pracującym na Uniwersytecie Arizony oraz na Uniwersytecie w Waszyngtonie udało się wyizolować, a następnie przebadać, takie właśnie komórki krążące w krwi osób, które przeszły COVID-19.

Komórki pamięci immunologicznej stanowią więc dodatkową ochronę, w dodatku zwykle okazują się długowieczne.

Jest mało prawdopodobne, aby komórki T zapobiegały infekcji, ale mogą przynajmniej zapobiec poważnej chorobie poprzez złagodzenie ataku ze strony patogenów

- mówi dr Crotty.

- A szczepionki mogą wywołać znacznie silniejszą reakcję immunologiczną niż naturalna infekcja. Mamy na to wiele przykładów, jak choćby szczepionka przeciw wirusowi brodawczaka ludzkiego, która inicjuje produkcję bardzo skutecznych przeciwciał - podkreśla ekspert.

Źródła: New York Times, Imperial College London,European Journal of Immunology