Bezbronni czy jednak coś pacjentom pomaga? Leki na COVID-19: jakie preparaty wciąż pozostają w grze?

Nie ma dnia, by nie wracał temat leku na COVID-19. Wciąż pojawiają się doniesienia o nowych pomysłach, badaniach, wątpliwościach. Coraz więcej wskazuje na to, że nie będzie jednego leku dla wszystkich, pomocnego na każdym etapie choroby.

Nie powinno nikogo zaskakiwać, że prawdopodobnie nie będziemy mieć do wyboru jednego, "cudownego" preparatu, nawet jeśli nauczymy się skutecznie walczyć z COVID-19. Zapewne docelowo powstanie co najmniej kilka leków o zróżnicowanym przeznaczeniu. To nie jest w medycynie nowe zjawisko, zwłaszcza gdy walczymy ze słabo zdefiniowanym zagrożeniem.

Jeśli chorujesz na zapalenie ucha czy nadciśnienie tętnicze, choroby doskonale poznane, opisane i opanowane, w dodatku o dość przewidywalnym przebiegu, niewykluczone, że sąsiadka, kolega czy twoja mama w analogicznej sytuacji otrzyma zupełnie inne leki. Dotyczy to nawet sytuacji, gdy zaatakuje was dokładnie ten sam patogen.

W przypadku niemal każdego leku trzeba liczyć się z nieco inną reakcją na leczenie, ze specyficzną odpowiedzią osobniczą, ewentualnymi skutkami ubocznymi terapii, powikłaniami. Trzeba też uwzględnić przeciwwskazania. Każdego dnia mierzą się z tym problemem onkolodzy: ich pacjenci różnie odpowiadają na leczenie, a im gorszy stan pacjenta, tym poważniejsze skutki reakcji odległej od oczekiwanej. Trzeba jednak próbować - by ocalić, kogo się da.

W przypadku COVID-19 spore wątpliwości budzi też odmienna reakcja na takie samo leczenie mieszkańców Europy, Azji czy Afryki, analogicznie jak zmienny odsetek zmarłych i ciężko chorych w różnych krajach w stosunku do liczby zakażeń. Przyczyną mają być mutacje wirusa? To tylko przypadek, zbieg okoliczności, że coś wydaje się pomagać? Czasem mamy jedyne takie "wnioski" płynące z badań naukowych, co było niespotykane wcześniej. Realnie zostajemy z kolejnymi pytaniami i hipotezami. SARS-CoV-2 jest z nami od paru miesięcy. To nadal za mało, żeby coś wiedzieć na pewno.

Nikt oficjalnie wciąż nie ma skutecznego leku na COVID-19. Takiego, który pomaga znakomitej większości pacjentów, niezależnie od przebiegu choroby. Nie wynaleziono substancji, która podana doustnie czy w zastrzyku niszczyłaby skutecznie wirusa. Jeśli nawet już się to gdzieś udało, nie ma na to wciąż niepodważalnych dowodów.

Burza o remdesivir

Są jednak leki, które wydają się znacznie poprawiać stan niektórych chorych. Wciąż nie wykluczono ostatecznie sensu leczenia nimi, podobnie jak nie dowiedziono, że to właśnie one wyraźnie pomogły. Oczywiście są optymistycznie nastrajające wyniki badań co najmniej kilku preparatów, a także obserwacje lekarzy bezpośrednio zajmujących się chorymi na COVID-19, ale jeszcze żaden preparat nie przeszedł całej procedury w sposób nie budzący wątpliwości i nie został powszechnie uznany za skuteczny. Nawet remdesivir, początkowo planowany jako środek wspomagający leczenie chorych z wirusem ebola, który 22 października Amerykańska Agencja ds. Żywności i Leków (FDA) zatwierdziła do stosowania u wymagających hospitalizacji z powodu COVID-19 dorosłych oraz dzieci od 12 lat i ważących co najmniej 40 kilogramów. Wcześniejsze rejestracje były jedynie doraźne (więcej na ten temat).

Skuteczność remdesiviru podważała choćby WHO. Zdaniem wielu ekspertów, Światowa Organizacja Zdrowia wyciągnęła jednak zbyt daleko idące wnioski ze zleconych przez siebie badań i stosowano w nich wadliwą metodologię. Co najważniejsze: nawet badania WHO realnie pokazują, że ten preparat przeciwwirusowy wcale nie jest obojętny dla przebiegu covidu. Remdesivir może bezpośrednio nie obniża śmiertelności, czyli nie pomoże już pacjentom w najgorszym stanie. Wyraźnie skraca jednak czas hospitalizacji i wspomaga leczenie pacjentów jeszcze nie wymagających stosowania respiratora. Pośrednio ratuje więc życie. To kluczowe tam, gdzie epidemia uderza mocno i niespodziewanie i każde zwolnione łóżko jest na wagę złota.

Z obawy o dalszą możliwość leczenia remdesivirem protestuje nie tylko jego producent, ale przede wszystkim lekarze i naukowcy, także Polacy, którzy badali lek. Ich wnioski, odmienne od WHO, mają wkrótce ukazać się w prestiżowym "Lancecie" (więcej na ten temat). Remdesivir to drogi preparat (ok. 10 tysięcy złotych za dawkę). Można sobie wyobrazić, że jacyś politycy chętnie wykorzystają opinię WHO, by uzasadnić utrudniony dostęp do leczenia. Wprawdzie na razie podobno nie grozi to Polakom, ale przecież sytuacja jest zmienna. Minister zdrowia Adam Niedzielski, który potwierdził na początku października, że remdesiviru w Polsce brakuje, zapewnił, że do kraju trafi 80 tysięcy dawek leku. Całość do marca przyszłego roku. Trudno oszacować, czy przy obecnej fali zachorowań to dość.

Co aktualnie w sprawie leku robi WHO? Podejmuje działania typowe podczas pandemii dla tej instytucji. Znowu zmienia zdanie. W piątek zapadła decyzja (i została ogłoszona na oficjalnej konferencji Światowej Organizacji Zdrowia) o ponownym przyjrzeniu się remdesivirowi, a zmiana zaleceń znowu okazuje się niewykluczona.

Od chlorochiny po lek Regeneronu

Wiosną lekiem, który przez pewien czas budził największe emocje i nadzieje, była chlorochina (ewentualnie bardzo podobny preparat - hydroksychlorochina), dostępny w Polsce pod nazwą handlową Arechin.

Entuzjastą preparatu był chociażby Donald Trump, naciskający (nieskutecznie) na FDA, by zarejstrować ten lek przeciwmalaryczny także na COVID-19 (był jedynie czasowo dopuszczony do stosowania w warunkach szczególnych). Chlorochina początkowo zbierała rewelacyjne opinie. Z czasem kolejne analizy wskazywały na ryzyko poważnych powikłań. Wreszcie, obecnie dowiedziono, że najpewniej nie ma wpływu ani na zapobieganie, ani leczenie covidu.

Kiedy jednak wspomniany Donald Trump sam zachorował na covid, nie leczył się chlorochiną, a całą masą różnych środków,w tym remdesivirem. Było tego na tyle dużo, że obecnie trudno powiedzieć, co rzeczywiście mu pomogło (więcej na ten temat).

Prezydent USA upiera się, że pomógł mu preparat osoczopochodny firmy Regeneron, łatwiej dostępny niż osocze ozdrowieńców, które budzi wielkie nadzieje od początku pandemii. Jak dotąd nic ich ostatecznie nie zgasiło, poza trudnościami produkcyjnymi, wysokimi kosztami i ograniczoną wydajnością  - osocze trzeba pobierać i gromadzić od ozdrowieńców. Amerykański preparat wykorzystuje przeciwciała pozyskiwane w wyniku klomowania, więc ma być znacznie tańszy i powszechnie dostępny.

Co z lekiem Biomedu-Lublin?

Chociaż Trump wrócił do formy w ekspresowym tempie, wielu specjalistów uważa, że takie "leczenie" z pominięciem wielu procedur bezpieczeństwa może okazać się dla innych chorych niebezpieczne.

REGN-COV2 firmy Regeneron to koktajl przeciwciał (immunoglobulin) przeciwwirusowych. Wykorzystywane są przeciwciała monoklonalne, powstające w wyniku klonowania i pobierane ze śledziony myszy. Według wielu specjalistów to nie do końca sprawdzona technologia i trudno przewidzieć nie tylko generalną skuteczność preparatu, ale też odroczone skutki uboczne.

Jak to się ma do polskiego leku osoczopochodnego? Immunoglobulina Biomedu Lublin Anty-SARS-CoV-2 jest wytwarzana z osocza ozdrowieńców i zawiera przeciwciała neutralizujące wirusa. Brzmi podobnie? Słusznie, to podobna grupa leków. Są jednak różnice na korzyść polskiego leku. Przede wszystkim naturalna, ludzka immunoglobulina nie powinna wywołać skutków ubocznych. Podbijemy więc świat naszym lekiem? Niestety, może być ciężko.

Zobacz wideo

Firma Regeneron dostała przed kilkoma miesiącami 450 milionów dolarów na rozwój leku covidowego. Biomed dostał od Szpitala w Lublinie jedynie zwrot kosztów za wytworzenie produktu do badań klinicznych, w ramach projektu finansowanego przez Agencję Badań Medycznych. Obecnie nikt już nawet nie zbiera osocza.

Niedługo będzie wiadomo, jaka jest dokładnie skuteczność polskiego leku (trwają badania kliniczne). W praktyce nie ma to jednak większego znaczenia, skoro dawek jest łącznie cztery tysiące, a jeden pacjent potrzebuje trzy dawki leku. To kropla w morzu potrzeb.

Dla odporności, przeciwzapalnie...

Leki, o których jeszcze sporo się mówi, to antybiotyk azytromycyna i witamina D. Te nie miałyby jednak znacząco wpływać na sytuację pacjentów o poważnym przebiegu COVID-19, tylko ewentualnie pomagać zagrożonym ciężkim przebiegiem choroby.

Azytromycyna (nazwa handlowa Sumamed) należy do grupy makrolidów, antybiotyków, które z wciąż niejasnych przyczyn okazały się pomocne w leczeniu infekcji wirusowych, działając silnie przeciwzapalnie. Antybiotyki nie zwalczają wirusów. Makrolidy też nie, a jednak dowiedziono ich skuteczności w różnych infekcjach wirusowych, długo przed pojawieniem się SARS-CoV-2 (więcej na ten temat). Niemal od początku pandemii były testowane jako środki wspomagające leczenie. Na dziś wnioski są takie, że nie pomagają pacjentom już ciężko chorym, nie wpływają na statystyki zgonów. Wciąż jednak nie jest wykluczone, że mogą mieć wpływ na przebieg COVID-19, jeśli zastosuje się je we wczesnej fazie choroby. Właśnie trwają duże badania kliniczne, ktore mają to rozstrzygnąć, ale już teraz wielu lekarzy przepisuje antybiotyki pacjentom z covidem, leczonym w warunkach domowych. Nadkażenia bakteryjne to częsty problem przy wirusowym zapaleniu dróg oddechowych. Zasadniczo podawanie antybiotyku "na wszelki wypadek" nie jest praktykowane, jednak przy tak potężnym zagrożeniu, jakim jest covid, coraz częściej się od tej zasady odstępuje.

Co z witaminą D? Niewątpliwie ma wpływ na nasz układ immunologiczny. W sezonie jesienno-zimowym dość powszechne są niedobory tej witaminy, co wpływa negatywnie na nasz nastrój, samopoczucie, odporność. Podczas pandemii nikt nie ma interesu, by łapać jakiekolwiek infekcje. Ciężkie niedobory powinno diagnozować się z pomocą badań laboratoryjnych i leczyć pod nadzorem specjaisty endokrynologa. To w Polsce, także przed pandemią, było nierealne. Samodzielna suplementacja witaminy D w dawce 2000 jednostek dziennie nikomu nie powinna zaszkodzić.

Więcej na ten temat:

Witamina D a COVID-19

NIELECZENIE w Polsce. Dlaczego uwierzyliśmy, że za zapaść służby zdrowia odpowiada koronawirus? [RAPORT]

COVID-19 w domu

Pół roku temu przygotowaliśmy podobną analizę dostępnych leków (link dla zainteresowanych). To niemal prehistoria. Niewiele się ostało z tamtego czasu. Może poza zaleceniem, że jeśli masz infekcję, która może, ale nie musi być, covidem, trzeba zostać w domu, zbijać gorączkę (paracetamolem czy ibuprofenem), ewentualnie łagodzić inne objawy preparatami dostępnymi bez recepty. W przypadku zakażenia SARS-CoV-2 nie powinny nam zaszkodzić, ale według ekspertów nie przyniosą też, niestety, oczekiwanej ulgi. Nie działa czosnek, syrop z cebuli czy malinowa herbatka. Leki przeciwkaszlowe czy popularne mieszanki, zwykle poprawiające samopoczucie przy infekcjach grypopodobnych, przy tej infekcji także są nieskuteczne. Praktyka pokazała, że jedyny objaw, który udaje się zwalczyć z pomocą leków bez recepty, to gorączka.

Uwaga, przy covidzie czasem następuje czasowa poprawa, a potem objawy wracają nasilone. Chorzy często błędnie interpretują ją jako reakcję na leczenie. Dlatego, jeśli to możliwe, dobrze jest zrobić test i wiedzieć, z czym się walczy. Na dziś to jednak praktycznie niemożliwe, jeśli przebieg covidu nie jest ciężki. Tak czy owak - warto umówić się na teleporadę i poprosić lekarza POZ o skierowanie na badanie, jeśli podejrzewasz zakażenie. Być może w twojej okolicy uda się test przeprowadzić.

To bardzo ważne, żeby pacjent wiedział, czy jest zakażony, jeśli leczy się w warunkach domowych. Musi przecież wiedzieć, jak postępować w razie pogorszenia się samopoczucia. W najgorszej sytuacji jest chory objawowy, bez wyniku testu. Nikt nie chce się nim zająć, nie ma decyzji, gdzie i jak go leczyć

- mówi Aleksander Biesiada, lekarz rodzinny z Krakowa (zdecydowanie więcej na ten temat).

Powszechnym objawem przy cięższym przebiegu COVID-19 jest uporczywy kaszel i duszność, będące sygnałem toczącego się stanu zapalnego w oskrzelach/płucach. Z tym już nie poradzimy sobie sami. Odpowiednie leki wspomagające proces oddychania pacjenta może przepisać lekarz. Zazwyczaj są to glikokortykosteroidy wziewne i leki rozkurczające oskrzela, stosowane choćby przy zaostrzeniu astmy. Najczęściej przy zdiagnozowanym zakażeniu nowym koronawirusem i zaburzeniach oddychania, zalecane jest aplikowanie ich w warunkach szpitalnych. W razie pogorszenia stanu pacjenta można wówczas szybko podłączyć go do respiratora, czyli urządzenia medycznego, wspomagającego lub zastępującego mięśnie niezbędne do oddychania (stąd inna nazwa - sztuczne płuco).

Niestety, coraz częściej coraz trudniej o szpitalne łóżko i z pewnością lepiej wspierać się takimi lekami w domu niż tylko czekać, aż przejdzie.