"Teleduperele i koronka dla leniuchów", czyli jak lekarze stają się ofiarami niewydolnego systemu

NIELECZENIE w Polsce ma być skutkiem pandemii i wykręcania się od roboty medyków? To modna, chociaż więcej niż naciągana teza. COVID-19 uwypuklił problemy, których na co dzień nie chcą widzieć rządzący i osoby rzadko potrzebujące pomocy lekarskiej. System opieki zdrowotnej to od dawna mocno nieświeży trup, którego teraz po prostu nie ma już kto szminkować.

Zapaść opieki psychiatrycznej. Brak endokrynologów. Starzejąca się kadra pediatryczna. Opóźniona diagnostyka i leczenie onkologiczne. Niedobór podstawowych leków. Kilka miesięcy oczekiwania na wizytę u specjalisty... Jak to się stało, że uwierzyliśmy, iż odpowiedzialność za to wszystko ponosi koronawirus? W 2019 roku mieliśmy fantastyczną opiekę zdrowotną, a teraz pozbawiła nas jej pandemia? Nic podobnego. Ponosimy konsekwencje wieloletnich zaniedbań.

Nie czas żałować róż

To nieprawda, że druga fala epidemii, a właściwie zaostrzenie przewlekłego stanu epidemii, była nie do przewidzenia. Eksperci mówili o tym cały czas, narażając się na zarzuty czarnowidztwa, niepotrzebne sianie paniki, nakręcanie spirali strachu i kontekst polityczny.

Zaskakiwać może ewentualnie to, że wystarczyły zaledwie dwa tygodnie wyraźnego wzrostu zachorowań, by system stał się niewydolny, a lekarze z Małopolski zaczęli mówić o "drugiej Lombardii". Raczej liczono się z poważnymi problemami na przełomie roku, w chwili nałożenia się zakażeń koronawirusem i grypą. Na przyjście typowych infekcji sezonowych przecież też jesteśmy zupełnie nieprzygotowani (więcej na ten temat).

To porównanie do wiosennej sytuacji we Włoszech w wymiarze epidemicznym jest zresztą jak najbardziej uzasadnione. W Polsce już 14 października przekroczyliśmy sześć i pół tysiąca odnotowanych zakażeń SARS-CoV-2. Włosi tyle "osiągnęli" w apogeum wiosennej fali - 21 marca. Zmarły jednak tam wówczas 43 osoby. U nas - 116.

Oczywiście w chwili drastycznego wzrostu zakażeń i zgonów trudno sobie wyobrazić, że ochrona zdrowia będzie sprawnie funkcjonować i zajmować się profilaktyką i leczeniem pacjentów, których życie nie jest bezpośrednio zagrożone. Nigdzie na świecie nie udaje się pracować i leczyć normalnie w cieniu pandemii. Amerykanie już przyznają, że co trzecia ofiara SARS-CoV-2 nie była zakażona wirusem, ale straciła życie przez pandemię pośrednio.

> Przejdź do raportu na ten temat.

To się jednak przecież kiedyś skończy i zapewne wówczas znowu posypią się gromy na polskich medyków, że, zajmując się chorymi na COVID-19, zaniedbali innych pacjentów. Tymczasem to wszystko nie tak. Przyjrzyjmy się temu, co działo się w opiece medycznej przez pół roku z koronawirusem. Nie da się wszystkiego wyjaśnić nowym zagrożeniem.

- Łóżek nam nie zabraknie, ale rąk do pracy rzeczywiście już może - przyznają przedstawiciele władzy. Niby dlaczego? Nie wiemy dokładnie, ilu lekarzy i pielęgniarek zakaziło się w Polsce SARS-CoV-2, ale to na pewno nie jest bezpośrednią przyczyną zapaści. Według Naczelnej Izby Lekarskiej już bez pandemii brakowało w Polsce do sprawnego funkcjonowania ok. 68 tysięcy lekarzy. Główny powód? Nieadekwatne do potrzeb limity przyjęć na studia medyczne przez ostatnie dwie dekady. Lekarzy odchodzących na emeryturę nie zastąpili młodzi. Dziś mówi się już o całej luce pokoleniowej.

Czy koronawirus nasilił problem? Ostatnie dane Ministerstwa Zdrowia o zakażeniach medyków pochodzą sprzed paru tygodni. Obecnie rzecznik ministerstwa Wojciech Andrusewicz przyznaje, że takich danych nie ma. Szacuje się jednak, że zakaził się do tej pory jeden procent pracowników opieki zdrowotnej. Wystarczyło do załamania systemu? Tym gorzej dla nas.

Są dobre zmiany...

Nie może za bardzo dziwić, że w kwietniu czy maju w opiece zdrowotnej panował chaos. Byliśmy oszołomieni nową sytuacją i trzeba się było w niej odnaleźć. Od czerwca jednak powoli wszystko zdawało się wracać do normy. Pojawiły się nawet pozytywy.

Dobrze, że się udało, dosłownie rzutem na taśmę przed pandemią, wdrożyć e-recepty, e-zwolnienia, usprawnić systemy informatyczne. Oszczędzają czas lekarza, ułatwiają życie pacjentowi i zasadniczo sprawnie to wszystko funkcjonuje. Mieliśmy wszyscy motywację, żeby się udało. I to już z nami zostanie

- mówi Michał Domaszewski, lekarz rodzinny, znany w sieci jako doktor Michał, aktywny na Instagramie, który niedawno wywołał burzę swoim wpisem o koronasceptykach (więcej na ten temat).

Teleporady w wielu sytuacjach mają sens. Osobisty kontakt z lekarzem nie ma uzasadnienia przy wystawieniu recept czy zwolnień na krótki okres. Zaczęło to funkcjonować u nas tak, jak choćby w Szwecji - lekarze wykazują zaufanie do społeczeństwa

- dodaje Jakub Grabski, lekarz ogólny z przychodni Jutro Medical.

Aleksander Biesiada, lekarz rodzinny i hospicjum domowego (ten sam, który kilka dni temu odpowiedział ostro Jackowi Sasinowi i wywołał lawinę w sieci - więcej na ten temat), zauważa też, że udało się ograniczyć zbędne wizyty w gabinecie:

Zaczął się triage, do tej pory w POZ (podstawowa opieka zdrowotna, przyp. aut.) prawie niespotykany. Trafiają do nas ci, którzy naprawdę potrzebują lekarza.

Niejeden pacjent zdziwił się, jeśli w ostatnim czasie próbował umówić się w ramach NFZ na rezonans, tomografię komputerową czy inne badania diagnostyczne.

Z ciekawości zapytałam w Szpitalu Bielańskim, ile będę czekać na badanie EEG, na które skierował mnie neurolog. Spodziewałam się odpowiedzi, że przyjmą mnie po pandemii, w przyszłym roku czy jakoś tak. Usłyszałam, że we wtorek. Najbliższy wtorek. Wtorek w następnym tygodniu. Trzy razy dopytywałam, bo takich cudów wcześniej nigdy nie było

- mówi pani Halina i przyznaje, że latem udało jej się rekordowo szybko zrobić rezonans odcinka lędźwiowego kręgosłupa.

Może lekarze rzadziej nas oglądają, ale chętniej kierują na badania, a te można zrobić szybko w ramach ubezpieczenia

- dodaje.

Higiena się sprawdza

Rzeczywiście, w Polsce zniesiono limity na badania obrazowe i obecnie można ich wykonać tyle, na ile pozwoli czas, sprzęt i ludzie, którzy go obsługują. Z pracownikami może być krucho, to już wiemy, ale generalnie diagnostyka jest w ogóle możliwa.

Od wiosny moje dzieci nie miały nawet kataru, a wcześniej bez przerwy chorowały, nawet w wakacje. Jak nie ucho, to gardło i tak w kółko. Dystans społeczny odstrasza przecież wszelkie mikroby, nie tylko koronawirusa. Zakażenia szpitalne u pacjentów też rzadsze, bo może nie wypada tego mówić, ale nasi lekarze wcześniej nie myli rąk tak często, jak teraz. I w ogóle wszędzie jest czyściej

- zapewnia pani Beata, która pracuje w jednym z małopolskich szpitali.

Niestety, na tym kończy się generalnie lista dobrych wieści. No chyba że za niezłą uznamy informację, iż wciąż nie ruszył program "naprawy" polskiej psychiatrii dziecięcej. W lutym zapowiedziano uruchomienie 300 ośrodków w całym kraju, ale pandemia opóźniła jego realizację. Zważywszy na to, że w żadnym NIE BĘDZIE lekarza psychiatry, może to i lepiej. Program budzi spore kontrowersje, a także podejrzenia wśród specjalistów, że zatrudniana tam kadra nie będzie w stanie kompetentnie pomagać dzieciom i będą to kolejne zmarnowane pieniądze (wszystko na ten temat).

Kolejki do specjalistów jak były, tak są. Koronawirus zasadniczo tu sytuacji nie zmienił. Tam, gdzie się skróciły, jest to zapewne czasowe i pozorne - ludzie nie chcą się leczyć z obawy przed zakażeniem, osoby niepełnosprawne mają problemy z transportem czy asystą do lekarza. Sprawnie działa jednak wyszukiwarka NFZ i można zdalnie sprawdzić, gdzie najszybciej może być udzielona pomoc. Niestety, nie można się automatycznie za jej pomocą umówić na wizytę. Konieczne jest dzwonienie do placówki znalezionej w wykazie. To jednak bywa mission impossible.

W onkologii bez zmian

Od lutego wielu moich pacjentów skierowanych na planowe zabiegi czeka na wykonanie operacji. Na razie nic w tej kwestii się nie zmienia. Ich stan oczywiście się nie poprawia. Pozostaje nadal czekać

- mówi Michał Domaszewski i dodaje, że teraz sytuacja pacjentów na pewno się nie poprawi.

Oczywiście trudno oczekiwać, że ktokolwiek narazi chorych na zakażenie koronawirusem, trudne do uniknięcia w szpitalu, w stanie obniżonej odporności. Mogłoby się okazać, że udało się naprawić kolano czy biodro, ale pacjent przypłacił to życiem, bo osłabiony po zabiegu organizm nie poradził sobie z covidem.

Co jednak z pacjentami po udarze czy zawale? To nieprawda, że zostawiano ich bez pomocy i opieki. Przesadzone wydają się też opowieści o zaniedbaniach wobec pacjentów onkologicznych. Owszem, było pewne załamanie w okolicy Wielkanocy, ale potem placówki i poradnie pracowały na możliwie pełnych obrotach i nie zajmowały się tylko "starymi" pacjentami. We wrześniu pierwszy raz od początku epidemii koronawirusa liczba wydanych kart diagnostyki i leczenia onkologicznego przekroczyła już nawet wynik z ubiegłego roku. Czy to oznacza, że jest dobrze? W 2019 roku opublikowaliśmy raport o leczeniu onkologicznym w Polsce. Większość opisanych w nim problemów pozostaje aktualna.

Trzeba też pamiętać, że w przypadku tzw. nowotworów kobiecych sprawa jest bardziej złożona i opóźnione leczenie to nie tylko wina systemu, problemów z dostępem do specjalistów, a już na pewno nie pandemii.

Od lat lekarze apelują do kobiet, żeby się badały. Ogromne środki wydawane są na akcje edukacyjne, zaproszenia na mammografię czy cytologię, a efekty bywają mniej niż marne. Kobiety nie przychodzą. Nowotwór szyjki macicy w stadium już wykrywalnym, a wciąż w pełni uleczalnym, może być kilka lat. Według lekarzy pacjentki jednak często nie zgłaszają się na badania, póki objawy nie stają się nie do zniesienia. Wtedy już niewiele można zrobić.

Niewiedza w podstawowych sprawach związanych ze zdrowiem jest powszechna. Trzeba tłumaczyć absolutne podstawy. Programy przesiewowe czy badania okresowe są słabo zorganizowane. Udział w nich zależy od woli i wiedzy pacjentów, a pacjenci nie mają wiedzy. To jakby mnie ktoś nagle kazał inwestować na rynku metali szlachetnych... Mogę się bardzo starać, ale nic o tym nie wiem, więc będę popełniał błędy, pewnie kosztowne. Podobnie z pacjentami. Popełniają błędy dotyczące ich zdrowia

- mówi Aleksander Biesiada.

Zobacz wideo

Przypadek? Nie sądzę...

Dekady zaniedbań w edukacji, organizacji, a przede wszystkim finansowaniu opieki medycznej w Polsce, musiały sprawić, że jeśli cudu nie ma i nie okazaliśmy się jednak cudownie odporni na atak SARS-CoV-2, domek z kart się wali.

Przyda się więc teraz jakiś kozioł ofiarny.

Michał Domaszewski:

- Ciąg zdarzeń i kolejne decyzje w ochronie zdrowia sprawiły, że lekarze POZ zostali obarczeni odpowiedzialnością za systemowe problemy.

  1. Doprowadzono do totalnego chaosu w przepisach dotyczących postępowania z pacjentami, co tydzień wprowadzając nowe zalecenia, rozporządzenia, wytyczne.
  2. Lekarze POZ nie otrzymali wystarczającej ilości środków ochrony osobistej, więc nie mogli być dostępni cały czas dla pacjentów. Od początku epidemii dostaliśmy dwa opakowania rękawiczek, a dyrektorzy placówek jakieś symboliczne kwoty, zupełnie nieadekwatne do potrzeb.
  3. NFZ preferował teleporady ze względu na ograniczone środki ochrony osobistej.
  4. Do społeczeństwa poszedł jednak wyraźny przekaz, że lekarzom nie chce się pracować, a władza jest zaniepokojona niską jakością świadczonych usług, zwłaszcza teleporad.

To w wielu przypadkach absurdalne zarzuty. Michał Domaszewski zapewnia, że rzeczywiście przeprowadził wiele teleporad, ale zawsze, gdy pacjent wymagał kontaktu bezpośredniego, spotykał się z nim osobiście. Bywały tygodnie, że 80 proc. konsultacji było osobistych.

Tak czy owak na efekty nakręcania sfrustrowanych Polaków przeciw medykom nie trzeba było długo czekać. Na forach wielu pacjentów rozpisują się o tym, że teleporada to żadna porada, tylko "teleduperele". "Wiedzą" o tym nieraz bez próbowania. Sporo jest też komentarzy o wymyślonej epidemii, "lenistwie" doktorów czy "dorabianiu się na koronie w prywatnych gabinetach".

Po co to wszystko? Od takich działań sytuacja pacjenta się nie poprawia, ale przynajmniej jego uwadze umykają prawdziwe przyczyny problemów i ich sprawcy. Nie ma prostych sposobów przygotowania kraju do walki z zarazą, ale trudno nie odnieść wrażenia, że u nas nie zrobiono nic, by chronić wszystkich przed koronawirusem i zarazem zadbać o potrzeby pozostałych pacjentów. Dostaliśmy w prezencie kilka miesięcy i ten dar wyrzuciliśmy do śmieci.