Jak leczono COVID-19 u Donalda Trumpa. Co znaczy określenie "syndrom VIP"

Leczenie prezydenta Donalda Trumpa jest dla lekarzy niczym stąpanie po "polu minowym". Jak leczy się VIP-ów? Czy rzeczywiście Trump ma najlepszą opiekę medyczną?

Problem z pacjentami VIP

- "Zespół medyczny Trumpa mierzy się z prawdziwym polem minowym. Pacjent jest świadomy rozgłosu, chorobę traktuje jako osobistą słabość oraz podejrzliwie patrzy na dietę i ćwiczenia fizyczne" - pisze dziennik "The Guardian". Jest więc obawa, że lekarze będą się "za bardzo" starać. Takie nadzwyczajne podejście do pacjenta nosi wśród amerykańskich lekarzy specjalną nazwę. Mówi się o "syndromie VIP-a" lub o pacjentach "pod czerwonym kocem".

Jak leczony jest Donald Trump?

Gdy u prezydenta potwierdzono zakażenie, został przetransportowany do Walter Reed National Military Medical Center jeszcze tego samego dnia. Nie czuł się specjalnie źle, ale uznano, że na wszelki wypadek powinien leżeć w szpitalu, gdzie będzie można poddać go najlepszym procedurom leczniczym. Stan prezydenta był opisywany jako poważny. Sam Trump pojawiał się w tym czasie publicznie i w mediach społecznościowych, na przykład gdy wybrał się samochodem pozdrowić kibiców lub nagrywał swoje wypowiedzi.

Po kilku dniach prezydent opuścił jednak szpital, aby oddać się pod opiekę lekarzom w Białym Domu. W filmie nakręconym już w Waszyngtonie zdjął maskę i zapewniał rodaków, że nie powinni się poddawać i z pewnością pokonają koronawirusa, a ich kraj dysponuje najlepszym sprzętem medycznym i najlepszymi lekarstwami na COVID-19.

Donald Trump był leczony przeciwwirusowym remdesivirem, a także deksametazonem, który ma hamować nadmierną reakcję zapalną organizmu, a ponadto dostał eksperymentalny lek na bazie przeciwciał monoklonalnych opracowany przez firmę Regeneron, który dopiero jest w fazie badań klinicznych. Terapia przeciwciałami monoklonalnymi to jedna z największych nadziei na pokonanie COVID-19. Wszystkie te leki i terapie są zarezerwowane obecnie dla pacjentów w najcięższym stanie lub w stanie zagrażającym życiu.

- Przeciętny Amerykanin nie będzie miał dostępu do koktajlu przeciwciał firmy Regenon, a już na pewno nie w takiej dawce, jaka przyjął Trump, która była trzykrotnie wyższa, niż ta testowana w klinikach - pisze "Guardian" powołując się na wypowiedź dyrektora naukowego firmy George'a Yancopoulosa dla "Science". Jak przyznaje Yancopoulos, wyższa dawka ich leku rzeczywiście jest skuteczniejsza, ale mniejsze dawki oznaczają, że przeciwciała monoklonalne będzie mogło otrzymać więcej osób. Są bowiem kosztowne i trudne w produkcji.

Zarówno remdesivir, jak i eksperymentalne ciała monoklonalne, są obecnie właściwie niedostępne dla przeciętnego Amerykanina. Remdesivir dla Trumpa został zakupiony u dystrybutora, a nie pozyskany z rządowych zapasów. W szpitalu brakowało tego leku od miesięcy, został jednak "zdobyty" tego samego dnia, w którym ogłoszono, że Trump ma koronawirusa.

Czy takie nadzwyczajne traktowanie "pacjenta nr 1" jest jednak dla niego naprawdę korzystne?

Zobacz wideo Donald Trump wrócił do Białego Domu po pobycie w szpitalu

"Syndrom VIP"

Pacjenta, który jest VIP-em, zazwyczaj nie traktuje się jak zwykłego chorego.

Leczysz nadmiernie lub niedostatecznie. Z pewnością nie jest to leczenie zwykłe

- mówi dr Andrés Martin, profesor psychiatrii w Yale School of Medicine’s (New Haven).

Dostęp do przywilejów może - paradoksalnie - pogorszyć sytuację pacjenta, a nawet prowadzić do tego, że lekarze popełnią jakiś błąd medyczny. Przykłady podaje dr Walter Weintraub, profesor psychiatrii na Uniwersytecie Maryland, który jest autorem terminu "syndrom VIP". Ukuł go jeszcze w 1964 roku. Opisał wtedy przypadek króla Anglii Jerzego III oraz króla Bawarii Ludwika II, gdy niewłaściwie leczone lub źle zdiagnozowane zaburzenia psychiczne monarchów doprowadziły do ich przedwczesnej śmierci. Podawane królowi Jerzemu leki tylko rozbudzały obłęd, a nawet mogły być jego przyczyną. Osobisty lekarz króla Bawarii Ludwika II został wraz z nim najprawdopodobniej zamordowany.

- Terminu "syndrom VIP" używano także po śmierci Michaela Jacksona, czy Prince'a oraz kilku innych gwiazd - przypomina "Guardian". Onieśmieleni lekarze byli albo zbyt ostrożni w stosunku do chorej gwiazdy, albo wręcz przeciwnie - nadgorliwi.

Badania opublikowane na łamach "Journal of the American Medical Association Internal Medicine" (JAMA) w 2012 roku pod znamiennym tytułem "The Cost of Satisfaction" ("Cena satysfakcji") wykazują, że leczenie w taki sposób, aby maksymalnie zadowolić ważnych pacjentów, wiąże się nie tylko z większymi wydatkami na lekarstwa, ale i z... wyższą śmiertelnością.

- "Pacjenci często zwracają się o świadczenia, które przynoszą niewielkie korzyści medyczne lub nie przynoszą ich wcale, a lekarze często przychylają się do tych próśb. Niektóre zabiegi lub leki mogą prowadzić do szkód jatrogennych (czyli takich, w których dochodzi do pogorszenia stanu pacjenta w wyniku procedur medycznych) poprzez nadmierne leczenie" - piszą naukowcy z Centrum Medycznego Uniwersytetu Kalifornijskiego w Davis.

Zarzucenie zwykłej praktyki podczas opieki nad pacjentem VIP może zagrozić samemu pacjentowi. Lepiej jest jeśli lekarz powie: "Będę cię leczył tak, jak każdego innego pacjenta"

- napisali lekarze z Cleveland Clinic. Wielu ważnych ludzi mogłoby się z nimi zgodzić. Dla własnego dobra.

Źródła: The Guardian, Journal of Nerwous and Mental Disease, ScienceJAMA,

Więcej o: