Samo przyszło, to i samo pójdzie... Hiszpankę bagatelizowano przez wiele miesięcy

Wiosenna fala nie spowodowała zbyt wielu zgonów. Armagedon zaczął się dopiero we wrześniu. Najprawdopodobniej ofiar śmiertelnych było już kilkadziesiąt milionów, gdy świat zaczął się zajmować problemem na serio i szukać sprawcy pandemii.

Przedstawiamy 24. odcinek cyklu: "Pogromcy chorób". Piszemy w nim o pacjentach, bohaterskich lekarzach, pokręconych ścieżkach prowadzących do znalezienia antidotum... Opowiadamy, jak Wilhelm Roentgen odkrył niezwykłe promienie, o chłopcu, który zbierał kości skazańców, by poszerzać wiedzę o anatomii, a także, dlaczego wciąż nie można lekceważyć gruźlicy. Ku pokrzepieniu serc i nauce. Człowiek bywa bezradny wobec natury, ale może więcej, niż zazwyczaj sądzimy. Ludzki upór i praca bywają nagrodzone, a czasem po prostu mamy szczęście lub pomaga nam przypadek.

Zabójca do nosa

Na początku światowej pandemii grypy z 1918 r. naukowcy sądzili, że tę chorobę wywołuje bakteria, tzw. pałeczka Pfeiffera, chociaż u ofiar hiszpanki praktycznie jej nie wykrywano. Rozpoczęto więc poszukiwania prawdziwego winnego - zakończone odkryciem wirusa grypy.

Grypa hiszpanka zdążyła już pozbawić życia kilkadziesiąt milionów ofiar na świecie, gdy w 1919 roku 52 japońskich lekarzy i pielęgniarek zdecydowało się przystąpić do śmiertelnie niebezpiecznego eksperymentu. Profesor Takahiko Yamanouchi chciał ustalić ponad wszelką wątpliwość, co powoduje chorobę, która w ciągu kilku miesięcy spustoszyła niemal wszystkie kontynenty, przynosząc pomór większy niż Wielka Wojna.

Japoński naukowiec do nosów i gardeł ochotników wkroplił wydzielinę od zakażonych osób. Jednej grupie podano ją bezpośrednio, drugiej przez filtr, który zatrzymywał bakterie. Zachorowali wszyscy! W ten sposób potwierdzono, że:

  1. grypa przenosi się drogą kropelkową,
  2. powodują ją zarazki znacznie mniejsze od bakterii, jak to je wówczas określano - "przesączalne".

Kilkanaście lat później, bazując na tym odkryciu, Brytyjczycy wyizolowali odwiecznego wroga ludzkości - wirusa grypy.

Zobacz wideo

Ten sam wróg, tylko trochę inny

Wcześniej nie było nawet pewności, że hiszpanka jest grypą, czyli tą samą chorobą, którą świat zna co najmniej od starożytności. Jej sezonowość i regularne towarzyszenie ludzkości to wnioski współczesnej medycyny, chociaż w źródłach historycznych można natrafić na pewne ślady. O pierwszej epidemii grypy w 412 r. p.n.e. najpewniej pisał już Hipokrates, który w swoim "Corpus Hippocraticum" nazywał ją "kaszlem z Perinthos".

W 1580 roku przez świat przetoczyła się pierwsza oficjalna fala grypy. Przyszła z Rosji, spustoszyła Europę, by dokończyć dzieła w Afryce. W samym Rzymie zmarło osiem tysięcy ludzi, a wiele europejskich wsi i miasteczek przestało istnieć. Wtedy jeszcze wierzono, że grypę powodują specyficzne układy planet i od ich wpływu nazwano ją influenzą (od wł. influenza - wpływ). Czasem używano spolszczonej nazwy influenzy – "napływka" lub określenia "nieżyt rosyjski". Wierzono bowiem, że zaraza lęgnie się na równinach nad jeziorami Ładoga i Onega.

Boleść nagła całego ciała, przeszywająca do szpiku kości, z osłabieniem takim, że ani się podnieść z łoża, ani nawet pomyśleć o tym, i febry trzęsące, odbierające resztkę chęci do jadła, oto jaka choroba wzięła mnie w posiadanie. Jedyna pociecha, że i wielu innych się z nią zmaga, bo krąży po mieście i do każdego domu prawie zagląda, nie przebierając w wieku, płci czy stanie

- tak przed dwustu laty opisywał owe cierpienia jeden z chorych.

Im bardziej ludzkość stawała się mobilna, co wiązało się przede wszystkim z rozwojem kolei żelaznej, tym epidemii było więcej. Obecna polska nazwa "grypa" pochodzi od niemieckiego grippen  (łapać, chwytać), a choroba zyskała ją, gdy uświadomiono sobie, jak bardzo jest zaraźliwa.

Zupełnie zapomniana dziś epidemia z lat 1889-1890 pochłonęła milion ofiar. Pamiątką po niej jest popularna wówczas parafraza utworu "Do melancholii" Juliusza Słowackiego:

O influenzo, Nimfo, skąd Ty rodem? Czyś Ty chorobą jest epidemiczną? Co Ci się stało? Co Ci jest powodem? że tak w grodzie samym, jako też i w okolicy, marnujesz mężów, dzieci i kobiety?

To jednak nie pałeczka

W 1892 r. niemiecki bakteriolog Richard Pfeiffer wyhodował z krwi i śliny chorych na grypę Gram-ujemną bakterię. Zaczęto ją uważać za przyczynę grypy i nazwano pałeczką Pfeiffera (obecnie Haemophilus influenzae). Ale ta teoria nie utrzymała się długo. Obaliła ją właśnie – tragiczna w skutkach - światowa pandemia hiszpanki.

Naukowcy podejrzewają, że nim hiszpanka zebrała śmiertelne żniwo, mogła krążyć po świecie kilka lat, mutując i nabierając zjadliwości. Pierwsze ostrzeżenie o "nieznanej chorobie" wystosował do stanowych władz Loring Miner, amerykański lekarz z małego miasteczka. Jednego dnia zachorowało osiemnastu jego pacjentów, z czego troje zmarło. A wszystko młodzi, zdrowi ludzie! Ponieważ jego pismo jest pierwszym oficjalnym doniesieniem w sprawie hiszpanki, za jej ojczyznę zwykło się uważać Stany Zjednoczone.

Z takim samym prawdopodobieństwem mogła ona jednak pochodzić z Europy. Brytyjski wirusolog, John Oxford, odnotował wybuch epidemii grypy w 1916 roku, w bazie armii brytyjskiej na południu Francji.

Prawdopodobnym źródłem zarazy jest też Azja. Na łamach New York Times w tym samym czasie opisywano „dziwną epidemię przypominającą grypę” w Kantonie. Choć do dziś nie ustalono, która z tych hipotez jest prawdziwa, wiadomo jedno: hiszpanka z całą pewnością nie pochodzi z Hiszpanii. Choroba pojawiła się tam stosunkowo późno, ale że kraj ten znajdował się poza teatrem Wielkiej Wojny, o jej ekspansji mówiono i pisano swobodnie:

Epidemia grypy wciąż wzrasta. Wszystkie biura telegraficzne, z wyjątkiem centrali, są zamknięte z powodu braku personelu. Właściciele zamknęli teatry. Zachorowało ponad 200 lekarzy. Stan króla się poprawia

donosił korespondent z Madrytu 1 czerwca 1918 r.

I tylko dlatego świat ochrzcił tę chorobę hiszpanką.

Choć na początkowym etapie była ona bardzo zakaźna, pierwsza fala pandemii, ta z wiosny 1918 roku, nie pochłonęła zbyt wielu ofiar. Może dlatego Hiszpanie pisali o niej "modna choroba z Neapolu" i było mnóstwo gryposceptyków.

Dopiero druga fala, która rozpoczęła się we wrześniu 1918 roku, odznaczała się niezwykle wysoką śmiertelnością, znacznie większą także niż fala trzecia - w 1919 r. Osoby, które zachorowały w pierwszym rzucie, mogły się uważać za szczęściarzy, bo wykazywały odporność w następnych falach zachorowań. Pandemia trwała niemal dwa lata, hiszpanka dotarła praktycznie wszędzie. Zachorowań nie odnotowano jedynie na kilku odległych wyspach, prawdopodobnie też w głębi Azji. Australia, dzięki wprowadzeniu szczelnej blokady, ustrzegła się zawleczenia grypy aż do 1919 roku, kiedy nie atakowała ona już z takim impetem. W Europie największe ogniska choroby występowały na froncie i w obozach wojskowych, skąd choroba z łatwością przenosiła się na ludność cywilną.

A może to nie grypa?

Właściwie od początku pandemii w 1918 roku lekarze zadawali sobie pytanie, czy rzeczywiście świat dziesiątkuje grypa czy inna śmiertelna choroba.

Sposób przenoszenia się był był typowy dla "zwykłej" grypy - drogą kropelkową, przez kontakt z wydzielinami osoby zakażonej.

Pierwsze objawy - jak silne bóle głowy i mięśni - także.

Potem jednak rozwijały się te mniej typowe: przede wszystkim zapalenie i obrzęk płuc, nieraz w odmianie krwotocznej, zabijającej w ciągu kilku godzin.

Śmierć następowała de facto przez uduszenie. Przy wielkim obrzęku płuc, całe ciało nagle robiło się szare. Zgon następował nawet kilka godzin po zarażeniu.

Zdarzało się, że ludzie umierali na ulicy, bo... nie zdążyli do domu.

Dlatego zamiast grypą hiszpanką, nazywana była też błyskawiczna gorączką, purpurową śmiercią czy gorączką zwalającą z nóg (knock-me-down-fever).

Śmiertelność tamtej grypy jest po tylu latach trudna jest do oceny. Zazwyczaj szacuje się ją jednak na 5-10 proc., czasem mniej, bo ostateczna, olbrzymia liczba zgonów często jest skutkiem epidemii o relatywnie niskiej śmiertelności (szczegółowe objaśnienie tego mechanizmu tutaj).

Nawet ci, którzy mieli dostęp do najlepszej opieki medycznej, często z hiszpanką przegrywali. Ocenia się, że podczas drugiej, najgorszej fali, 1/3 chorych hospitalizowanych umierała. W przypadku "zwykłej" grypy mówi się o śmiertelności na poziomie 1 proc. Zgony na COVID-19 w Niemczech wśród hospitalizowanych dotyczą 1/5 pacjentów. Niestety, w krajach, które radzą sobie gorzej z pandemią, te statystyki są bliższe hiszpance.

Nietypowy był tzw. odwrócony profil wiekowy ofiar napływki. Zwykle grypa, jak i większość chorób zakaźnych, zabija przede wszystkim najsłabszych. Hiszpanka osób powyżej 65. roku życia prawie nie atakowała. Chorowali i umierali ci w sile wieku (20-40 lat). Pozostaje jednak pytanie, czy rzeczywiście wtedy byli najsilniejsi. Grypa zaatakowała w czasie wojny. Uderzyła w wojaków i pozostawione samym sobie kobiety, przepracowane, przemęczone, przejmujące męskie obowiązki. W tym czasie jednak życie emeryta i jego forma mogły być godne pozazdroszczenia. Zresztą, na początku pandemii z Chin napływały informacje, że SARS-CoV-19 atakuje głównie młodych mężczyzn (pisaliśmy o tym kilka miesięcy temu). Może raczej jest tak, że zabójcze patogeny biorą, co jest w ich zasięgu i ma osłabiony układ odpornościowy? Wykorzystują też duże skupiska, czyli armie czy chińskie miasta.

Z grypą przegrali: poeta Guillaume Apollinaire, Egon Schiele, socjolog Max Weber czy córka Zygmunta Freuda, Zofia.

Hiszpanka dopadła też Walta Disneya, Edwarda Muncha, wspomnianego już króla Hiszpanii Alfonsa XIII, Franklina Roosevelta oraz Woodrowa Wilsona. Im udało się pokonać zarazę, własnymi siłami. Leczenie stosowano tylko objawowe: chininę z wódką, z kamforą lub olejem rycynowym oraz aspirynę, która prawdopodobnie przynosiła więcej szkody niż pożytku (sprzyjając krwotokom wewnętrznym).

Trudno powiedzieć, że świat wygrał z hiszpanką, a my możemy wskazać konkretnego pogromcę pandemii. Ta sama się w końcu wypaliła.

Siła trzech genów

Wirusa grypy po raz pierwszy udało się zobaczyć 20 lat później, w 1939 r., gdy odkryto mikroskop elektronowy. Ale nie był to już patogen hiszpanki, bo ten, tak jak nagle się pojawił, tak i zniknął.

I między innymi dlatego na rozwiązanie zagadki najtragiczniejszej grypowej pandemii trzeba było czekać prawie sto lat. Dopiero na początku naszego stulecia okazało się, że materiał genetyczny "sprawcy" przetrwał w przechowywanych w chłodniach tkankach płucnych dwóch amerykańskich żołnierzy zmarłych na grypę 26 września 1918 r. Udało się także znaleźć fragmenty martwego od lat wirusa w zwłokach pochowanych w wiecznej zmarzlinie Innuitów na Alasce. Dzięki temu możliwe było odczytanie pełnego kodu genetycznego oraz laboratoryjne odtworzenie wirusa hiszpanki.

Dokonano tego w amerykańskim rządowym laboratorium, z zachowaniem najwyższych standardów bezpieczeństwa, a i tak wzbudziło to wiele kontrowersji. Testowany na zwierzętach laboratoryjnych odtworzony patogen okazał się równie zabójczy jak przed stuleciem. Wyjaśniło się, że ludzkość złapała go od ptaków. I że dla nietypowego przebiegu hiszpanki kluczowe były trzy geny o nazwach PA, PB1 i PB2, które powodowały, że choroba - zamiast atakować górne drogi oddechowe - przerzucała się niżej, na płuca. Potem znaleziono jeszcze pięć kolejnych specyficznych fragmentów. W genomie nie udało się jednak znaleźć odpowiedzi na pytanie - dlaczego hiszpanka zabijała ludzi młodych i w średnim wieku.

Naukowcy z University of Wisconsin-Madison w USA, prowadzący badania na zakażonych makakach, doszli do wniosku, że winny nie był sam wirus, a układ odpornościowy chorych. Jego reakcja była tak silna, że powodowała tzw. burzę cytokin, która niszczyła płuca chorego. Umierali przede wszystkim ci, którzy mieli układ odpornościowy najsilniej działający. Amerykański wirusolog Jeffrey Taufenberger ponoć skwitował to słowami, że hiszpanka to "masowy, nigdy nieosądzony morderca".