Wskazywały, kto zabił, zdradzały SS-manów, ratują życie. Od układu ABC do leku na COVID-19

Gdyby żona Renzo Girardiego nie była zazdrosna, epokowe odkrycie pewnego skromnego noblisty nie miałoby tak skutecznej reklamy. "Karierze" grup krwi i związanym z nią rozwojem medycyny znacząco dopomogła bowiem I wojna światowa, ale i paląca konieczność znalezienia odpowiedzi na pytanie: kto zabił?

To już 22. odcinek cyklu: "Pogromcy chorób". Piszemy w nim o pacjentach, bohaterskich lekarzach, pokręconych ścieżkach prowadzących do znalezienia antidotum... Opowiadamy, jak Wilhelm Roentgen odkrył niezwykłe promienie, o chłopcu, który zbierał kości skazańców, by poszerzać wiedzę o anatomii, a także, dlaczego wciąż nie można lekceważyć gruźlicy. Ku pokrzepieniu serc i nauce. Człowiek bywa bezradny wobec natury, ale może więcej, niż zazwyczaj sądzimy. Ludzki upór i praca bywają nagrodzone, a czasem po prostu mamy szczęście lub pomaga nam przypadek.

"Chodziło przy tym o ślady …, a zwłaszcza ślady krwi, które dla każdego były najbardziej bezpośrednim i zdradliwym piętnem zbrodni" [1]

Kto zabił dziewięcioletnią Lucie Berlin? W 1904 r. stan serologii sądowo-lekarskiej był na takim poziomie, że ogromnym sukcesem okazało się jednoznaczne określenie pochodzenia plam krwi na jednym z dowodów rzeczowych. To wystarczyło, by za tę niezwykle okrutną i głośną zbrodnię (porzucone w Sprewie zwłoki dziecka były pozbawione głowy i kończyn, a ślady wskazywały na brutalny gwałt) skazać podejrzanego. [2]

To określenie było możliwe dzięki testowi Uhlenhutha [3], który okazał się w tym czasie przełomowym. Mowa tu o możliwości (wreszcie!) odróżniania krwi ludzkiej i zwierzęcej na podstawie próbek pobranych ze śladów. O bardziej pogłębionej analizie, czyli np. określeniu grupy tej krwi (by dowiedzieć się, czy może należeć do ofiary albo sprawcy) prawie nikt wtedy nawet nie śnił.

"Niedawno zauważyłem i doniosłem, że…"

Prawie, bo Karl Landsteiner nie musiał o nich śnić. Na ich trop wpadł cztery lata wcześniej. -

"Niedawno zauważyłem i doniosłem, że surowica krwi normalnych ludzi jest w stanie zlepiać niekiedy czerwone krwinki innych zdrowych osób"

- napisał w skromnej publikacji "O zjawiskach aglutynacji normalnej krwi ludzkiej" (ukazała się 14 listopada 1901 r. w "Wiener Klinische Wochensrift").

Karl Landsteiner jako pierwszy wykazał istnienie trzech grup krwi, które oznaczył jako A, B, C (późniejsze 0). Czwarta - AB - została odkryta przez jego współpracownikaKarl Landsteiner jako pierwszy wykazał istnienie trzech grup krwi, które oznaczył jako A, B, C (późniejsze 0). Czwarta - AB - została odkryta przez jego współpracownika Fot. VladiMens/Wikimedia Commons/CC BY-SA 4.0

33-letni wtedy Austriak był asystentem w Instytucie Anatomii Patologicznej Uniwersytetu Wiedeńskiego - rzekomo skrytym, nieśmiałym i całkowicie pochłoniętym swoimi badaniami. Miał wykształcenie chemiczne i medyczne, praktykował nawet jako lekarz, ale zniechęcony ograniczonymi możliwościami leczenia wielu chorób postawił na medycynę teoretyczną, w tym bardzo młodą jako dziedzina nauki serologię. [4]

Wiedza o tym, że aglutynacja, czyli zlepianie się erytrocytów (czerwonych krwinek) może doprowadzić do śmierci, nie była wprawdzie nowa nawet na początku XX wieku. Liczne niepowodzenia w przetaczaniu krwi chorym uświadomiły to aż nadto niejednemu lekarzowi, który tego próbował. Na przestrzeni lat pojawił się nawet sygnał, że muszą istnieć różne rodzaje krwi, które nie są ze sobą zgodne (zauważył to m.in. Theodor Billroth - XIX-wieczny austriacki chirurg uznawany za twórcę nowoczesnej chirurgii krtani, przełyku oraz jamy brzusznej), ale badania nad tym zagadnieniem podjął dopiero Landsteiner.

Ze względu na obecność antygenów na powierzchni czerwonych krwinek oraz przeciwciał w osoczu, wyróżnia się cztery grupy. W przypadku grupy A, której próbkę widać na zdjęciu, czerwone krwinki zlepiają się w zetknięciu z surowicą anty-A, czyli taką, którą mają osoby z grupą krwi BZe względu na obecność antygenów na powierzchni czerwonych krwinek oraz przeciwciał w osoczu, wyróżnia się cztery grupy. W przypadku grupy A, której próbkę widać na zdjęciu, czerwone krwinki zlepiają się w zetknięciu z surowicą anty-A, czyli taką, którą mają osoby z grupą krwi B Fot. Wnt/Wikimedia Commons/Domena publiczna

Litery i liczby. Różne odkrycia…

Z sukcesem, który nie przyszedł jednak ani od razu, ani łatwo. Właściwie do dzisiaj nie wiadomo, co kierowało Austriakiem, gdy w 1900 r. zaczął tworzyć mieszanki erytrocytów z surowicami różnych ludzi. Pewnego dnia zdecydował się pobrać kilka próbek krwi - własnej oraz pięciu współpracowników, by na ich podstawie przeprowadzić eksperyment. Okazało się, że w części przypadków dodanie czerwonych krwinek jednej osoby do surowicy krwi (osocza pozbawionego fibrynogenu - białka biorącego udział w końcowym procesie krzepnięcia) drugiej nie miało żadnego specjalnego efektu - tolerowały się. W innych przypadkach natomiast dochodziło do, widocznej już gołym okiem, aglutynacji.

Eksperyment Landsteiner oczywiście powtarzał na krwi kolejnych osób, zawsze dochodząc do tych samych wniosków - że istnieją jakieś specyficzne właściwości krwi, które sprawiają, że krwinki i surowica jednej grupy ludzi się toleruje, a innej nie. Dziś wiemy, że te "właściwości" to kwestia występowania (lub nie) antygenów (specyficznych białek) na powierzchni czerwonych krwinek. Tzw. prawa Landsteinera mówią że:

1. Jeśli krew zawiera antygen określający grupę krwi, to nie zawiera przeciwciał przeciwko temu antygenowi (to dotyczy grup A, B i Rh+. Grupa A ma antygen A na krwinkach i przeciwciała anty-B w osoczu, B odpowiednio antygen B i przeciwciała anty-A).

2. Krew zawiera przeciwciała przeciwko antygenom, które nie występują u danej osoby (to dotyczy grup 0 i Rh-. Grupa 0 nie ma antygenu A czy B, ale zawiera przeciwciała anty-A i anty-B. Grupa AB odwrotnie i stąd właśnie osoby z grupą 0Rh- są uniwersalnymi dawcami, a osoby z grupą ABRh+ uniwersalnymi biorcami).

W sumie austriacki naukowiec wyliczył trzy grupy krwi: najpierw A i B, a następnie C (nazwa 0 - zero - jest późniejsza i wzięła się od niemieckiego słowa null. Używano też określenia O - od również niemieckiego ohne, czyli "bez"). Co z czwartą grupą? Na jej trop już w 1902 r. wpadł m.in. kolega i uczeń Landsteinera, który użyczał mu swojej krwi do eksperymentów. Dr Adriano Sturli, wraz z Alfredem von Decastello, w toku własnych badań odkryli grupę krwi "bez cechy" (dziś powiedzielibyśmy, że nie ma przeciwciał). Określenie AB przyszło później.

… jeden "polski" porządek

Landsteiner był pierwszy, ale na początku XX wieku różni naukowcy zajmowali się badaniami grup krwi (układów grupowych krwi) i różnie je nazywali: grupa 0 bywała określana i jako C, i jako IV albo I. Porządek - naglący i konieczny, by transfuzje krwi znów nie stały się śmiertelnie niebezpieczne, tym razem z powodu chaosu w równolegle funkcjonujących określeniach - zaprowadził w nazewnictwie grup razem z Emilem von Dungernem Ludwik Hirszfeld. Polski lekarz i naukowiec o wielu zasługach [5] w 1910 r. wprowadził, powszechnie obowiązujący od 1928 r., układ grupowy AB, który zawiera cztery grupy: A, B, AB i 0.

Prof. Ludwik Hirszfeld (w środku)Prof. Ludwik Hirszfeld (w środku) Prof. Ludwik Hirszfeld (w środku). ARCHIWUM

W toku prac nad grupami krwi Hirszfeld odkrył reguły dziedziczenia grup krwi - wiedza na ten temat okazała się nad wyraz pożądana na salach sądowych w sprawach o sporne ojcostwo. Jego zasługą jest też odkrycie przyczyn konfliktu serologicznego (choroby hemolitycznej noworodka występującej najczęściej, gdy u matki występuje grupa Rh-, a u dziecka Rh+), za co w 1950 r. otrzymał nominację do Nagrody Nobla z dziedziny medycyny. Oprócz tego Ludwik Hirszfeld opracował - arcyważne, bo nadal to zabieg obarczony dużym ryzykiem - zasady przetaczania krwi, a także oznaczył czynnik Rh.

Landsteiner po raz drugi: na warsztacie małpy

Odkrywcami tego najważniejszego obok AB0 układu grupowego krwi pozostają jednak Karl Landsteiner i Alexander Wiener. Spore zasługi w poszerzeniu wiedzy na ten temat mają też badacze Philip Levine i Rufus Stetson oraz, nieświadomie, acz znacząco, makaki królewskie (rezusy). Sprawa z układem Rh (rhesus) nazywanym tak właśnie z powodu małp, u których po raz pierwszy stwierdzono krwinki Rh+, jest dość skomplikowana i opiera się na istnieniu 49 antygenów (tyle przynajmniej dotąd odkryto). To substancje, które wywołują odpowiedź odpornościową przeciw sobie, czyli immunogenność

Z tych 49 antygenów najważniejszych jest pięć: D, C, c, E oraz e. Najbardziej immunogenny jest antygen D. Jeśli występuje na czerwonych krwinkach - a występuje u około 80 procent ludzkości - mowa o osobach z grupą Rh+. U pozostałych 20 procent (głównie w Europie, a najrzadziej w Afryce i Azji) chodzi o Rh-. Co ciekawe, na erytrocytach około jednego procenta populacji występuje nieprawidłowy antygen D (tzw. słaby antygen D). Takie osoby są równocześnie dawcą Rh+ i biorcą Rh-.

Jeden z dwóch najważniejszych układów grupowych krwi swoją nazwę zawdzięcza makakom królewskim, na których odkrywcy układu Rh przeprowadzali eksperymentyJeden z dwóch najważniejszych układów grupowych krwi swoją nazwę zawdzięcza makakom królewskim, na których odkrywcy układu Rh przeprowadzali eksperymenty Fot. Domena publiczna/Pxhere.com

Blutgruppentätowierung. Jak grupy krwi zdradzały SS-manów

Oznaczanie grup krwi tak, jak zaproponował to Ludwik Hirszfeld, szybko się upowszechniło. Na różne sposoby. A, B, AB lub 0 [6] wytatuowane czarnym tuszem na lewym ramieniu w okolicach pachy po II wojnie światowej było traktowane jako jeden z dowodów, które zdradzały SS-manów. Członkom Waffen-SS tatuowano grupy krwi ze względów praktycznych - gdyby nieprzytomni oraz bez dokumentów dostali się do szpitala i potrzebowali natychmiastowego przetoczenia krwi.

Dziś tatuaż z grupą krwi należy do najpopularniejszych wzorów noszonych przez ludzi na całym świecie (niekoniecznie w tym samym stylu i miejscu, co u SS-manów). Oczywiście nie ma to już praktycznego sensu. Jeśli nie ma możliwości potwierdzenia grupy krwi pacjenta w jego oficjalnej medycznej dokumentacji, przed transfuzją zawsze wykonuje się badanie służące określeniu grupy krwi. [7]

Jednemu medal, drugiemu Nobla

Ostatecznie z zasługą wyszczególnienia czterech grup krwi (a nie trzech, jak Landsteiner) najpowszechniej kojarzony jest dziś Jan Janský. Ten czeski serolog i psychiatra w 1907 r. opublikował pracę, w której zawarł klasyfikację krwi właśnie na cztery grupy, które ponumerował: I, II, III i IV. Dziś zasłużeni krwiodawcy z Czech i Słowacji dostają Janského plaketa, czyli medal z wizerunkiem Janský’ego.

Karl Landsteiner po 30 latach od pierwszych eksperymentów doczekał się natomiast Nagrody Nobla z dziedziny fizjologii lub medycyny - właśnie za "odkrycie ludzkich grup krwi". To odkrycie nie tylko zrewolucjonizowało medycynę, m.in. drastycznie zwiększając bezpieczeństwo transfuzji krwi i jej składników. Okazało się bardzo pomocne tam, gdzie często na ratowanie życia było już za późno. Ale nie na sprawiedliwość.

Plamy były z krwi. Czyjej?

W zdobyciu uznania oraz zaufania dla odkrycia Landsteinera, a także szerokim wykorzystaniu go w praktyce niewątpliwie pomogła I wojna światowa, której ofiary nazbyt licznie i często potrzebowały ratującej życie transfuzji. Swoje zrobił też jednak młody i zaangażowany Włoch. Uzdolniony językowo i z otwartym na nowości w nauce umysłem, w krótkim czasie Leone Lattes przeczytał wszystko, do czego udało mu się dotrzeć na temat grup krwi. Okazja do wykorzystania tej wiedzy nadarzyła się w 1915 r., kiedy w Instytucie Medycyny Sądowej uniwersytetu w Turynie zjawił się robotnik z listem polecającym i paczką. W liście znajomy Lattesa polecał jego uwadze sprawę Renzo Girardiego. W paczce była lniana koszula z wyraźnymi brunatnoczerwonymi plamami w dolnej części.

Plamy były z krwi. Czyjej? To właśnie miał ustalić Lattes - za wszelką cenę, bo zazdrosna żona Girardiego uznała, że krew na odświętnej koszuli to sprawka kochanki męża i nie dawała mu już żyć. 28-letni Leone podjął się wyjaśnienia tej zagadki, której rozwiązanie okazało się nad wyraz prozaiczne - nieprzesadnie higieniczny, a na dodatek cierpiący na krwiomocz Renzo pobrudził koszulę nieświadomie sam, gdy był w toalecie.

'Wyczytanie' grupy krwi z plam przez pewien czas było ważnym dowodem przeciwko sprawcy przestępstwa. Niepodważalne zasługi na tym polu ma Leone Lattes'Wyczytanie' grupy krwi z plam przez pewien czas było ważnym dowodem przeciwko sprawcy przestępstwa. Niepodważalne zasługi na tym polu ma Leone Lattes Fot. Ser Amantio di Nicolao/Wikimedia Commons/CC BY-SA 4.0

Błaha wydawałoby się sprawa miała jednak doniosłe znaczenie dla nauki - przede wszystkim kryminalistyki. Lattes wyszedł przed szereg, wykorzystując wiedzę o grupach krwi zdobytą dzięki odkryciu Karla Landsteinera i nadał jej rozgłos. Przynajmniej w Europie, bo w USA "ten serologiczny biznes" musiał czekać na uznanie dużo dłużej - do lat 40. i to mimo tego, że sam Landsteiner przeniósł się tam już w 1923 r., by dalej prowadzić swoje badania (w 1927 r. odkrył nawet kolejne grupy krwi: M, N i P. Do dziś nauka zna niespełna 40 układów grupowych krwi, jednak najważniejsze pozostają AB0 i Rh).

Zasługą Włocha jest też opracowanie metody określania grup krwi bazującej na próbkach pobranych ze śladów. Metoda Lattesa była wykorzystywana później przez innych specjalistów, przede wszystkim w przypadkach zabójstw. Jedną z głośniejszych spraw, w których odegrała ważną rolę i rozpowszechniła szerzej wiedzę o znaczeniu grup krwi tak wśród śledczych, jak i zwykłych obywateli, było zabójstwo 19-letniego Helmuta Daube. To o tyle interesujące, że w całej sprawie jedynym, czego nie spartaczono, były właśnie badania krwawych plam, ale z powodu nieudolności śledczych nawet to nie pomogło skazać - dość oczywistego - podejrzanego. [8] 

Dziś specjaliści mają już oczywiście o wiele więcej narzędzi, sposobów i możliwości do badań śladów na miejscu zbrodni (choćby innych śladów pochodzenia biologicznego - np. spermy czy śliny, z których można uzyskać materiał genetyczny). Jednak osiągnięcia Leone Lattesa na stałe wpisały się do historii serologii sądowo-lekarskiej oraz kryminalistyki i niewątpliwie popchnęły ją naprzód. Nie ma się też co łudzić, że to artykuły z fachowych czasopism uświadamiały społeczeństwo w kwestii m.in. grup krwi. Zaistnienie wiedzy na ten temat w szerszej świadomości to zasługa medialnych doniesień (bywało, że z błędami) o głośnych zbrodniach i metodach ich rozwiązywania.

Pełna zagrożeń ostateczność

Oczywiście badania nad grupami krwi i serologia w ogóle od początku XX wieku przeszły do dzisiaj długą drogę, na której kolejne kroki stawiało wielu naukowców. Jedni oddawali się swoim poszukiwaniom w służbie sprawiedliwości (jak Lattes), inni dążyli do wykorzystania tej wiedzy dla ratowania zdrowia i życia (jak Janský i Hirszfeld).

Trudno nie pojmować wagi odkrycia istnienia i zrozumienia istoty konfliktu serologicznego. Bez wiedzy o grupach krwi jej skuteczne przetaczanie byłoby niemożliwe, a ofiary urazów (ran odniesionych w walce lub wypadkach), pacjenci potrzebujący transplantacji narządów lub innych zabiegów (np. wymagających przecięcia kości), chorzy na hemofilię (genetyczną chorobę wpływającą na krzepliwość krwi), anemię czy białaczkę mogliby nie przeżyć.

Ciekawostka: O ile w przypadku przeszczepu narządów grupa krwi dawcy organu i jego biorcy muszą się bezwzględnie zgadzać, przy transplantacji szpiku kostnego nie ma to już takiego znaczenia. Istotniejsza jest zgodność tkankowa HLA (genetyczna). [9] Co więcej, grupa krwi biorcy po takim zabiegu może się zmienić, jeśli dawca krwiotwórczych komórek macierzystych ma inną (wtedy zmienia się właśnie na taką, którą ma dawca).

Transfuzje, przeprowadzane już od czasów starożytnych mimo wysokiej śmiertelności spowodowanej zarówno niezgodnością przetaczanej krwi, jak i zakażeniami oraz problemem wysokiej krzepliwości krwi (który opanowało dopiero odkrycie kwasu cytrynowego), wciąż należą do niebezpiecznych zabiegów. Dlatego traktuje się je jako ostateczność. A jeśli jest taka możliwość (np. w przypadku zaplanowanych operacji chirurgicznych) wykonuje się transfuzję autologiczną, czyli biorca jest jednocześnie dawcą i przetacza mu się wcześniej pobraną krew lub jej składniki. Transfuzja homologiczna bazuje na krwi zgromadzonej w bankach krwi.

Na przestrzeni lat została też opracowana metoda przetaczania krwi ze zwłok - pionierami tego zabiegu byli Rosjanie, zwłaszcza chirurg Siergiej Judin, który z powodzeniem przeprowadził go po raz pierwszy już 23 marca 1930 r. Ostatecznie ten rodzaj transfuzji nie był i nie jest powszechnie stosowany, jednak eksperymenty i badania Judina okazały się bardzo przydatne do opracowania bezpiecznych metod gromadzenia, konserwowania oraz przechowywania krwi.

Krew do transfuzjiKrew do transfuzji Vladimir Mucibabic / 123RF

Bezkrwawe operacje elektrycznym nożem

Medycyna wciąż szuka sposobów na to, by zastąpić transuzję innymi, bezpieczniejszymi rozwiązaniami. Jednym z nich jest tzw. bezkrwawa chirurgia, która wymaga konkretnych przygotowań, stąd sprawdza się w przypadku planowanych operacji. Kilka tygodni przed nią (jeśli to konieczne, bo chory ma zbyt niski poziom hemoglobiny) pacjentowi podaje się kwas foliowy, witaminę B12 i żelazo, by organizm sam "nadrobił straty". Stosuje się też erytropoetynę, czyli lek, który pobudza szpik kostny do wytwarzania erytrocytów.

Podczas samego zabiegu stosuje się rozmaite środki - od leków obniżających ciśnienie (by spowolnić krążenie), przez ogrzewające maty i odpowiednie ułożenie pacjenta na stole operacyjnym, po wykorzystywanie specjalnych narzędzi (np. skalpela hemostatycznego lub noża elektrycznego, który od razu "przypala" i zamyka naczynia krwionośne) oraz technik operowania. - Ważne jest, by operować fizjologicznie, czyli robić cięcia między mięśniami. Mięśnie są bardzo silnie ukrwione i gdy się je przetnie, zwiększa się krwawienie - wyjaśniał dr Paweł Łęgosz, zastępca Ordynatora-Kierownika Kliniki Ortopedii i Traumatologii Narządu Ruchu Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego w rozmowie z Agnieszką Pochrzęst-Motyczyńską.

Łatwo nie jest, ale uniknięcie transfuzji krwi to czasem konieczność - np. w przypadku świadków Jehowy, ale też starszych osób i pacjentów w złym stanie.

"Proste i logiczne, musi zadziałać"

Krew i jej składniki - np. osocze - są też przedmiotem badań, które mają na celu opracowanie lekarstw albo stanowią lek sam w sobie. Tu bez wiedzy o grupach krwi (i oczywiście nie tylko) także ani rusz.

"Gorący" przykład: o tym, że bezpośrednie przetaczanie osocza (a dokładniej zawartych w nim przeciwciał - immunoglobulin) ozdrowieńców może wyleczyć chorych na COVID-19, światowe i polskie media donosiły już w kwietniu. Nie jest to nowy sposób leczenia, jednak niezmiennie ma sporo ograniczeń. W przypadku terapii antycovidowej każdy chory potrzebuje dwóch dawców, oczywiście zgodność tkankowa to mus, do tego właściwie każda dawka ma nieco inny skład i stężenie.

Osocze ozdrowieńców, którzy zwalczyli wirusa SARS-CoV-2Osocze ozdrowieńców, którzy zwalczyli wirusa SARS-CoV-2 pirke/Shutterstock.com

Tymczasem lek osoczopochodny, nad którym pracują w polskiej wytwórni surowic i szczepionek Biomed Lublin, jest tych ograniczeń pozbawiony. Materiał pobrany od 280 dawców ma wystarczyć na stworzenie 3000 dawek dla 1000 chorych i nie ma konieczności zachowania zgodności tkankowej. Do tego konkretny skład i stężenie przeciwciał w leku pozwoli na precyzyjne określenie jego skuteczności czy ewentualne modyfikacje. No i może być podawany w wygodnej formie zastrzyku.

Doniesienia o lekarstwie na COVID-19 opracowywanym w Polsce pozostają jednymi z najbardziej optymistycznych, jakie pojawiły się podczas pandemii. Pokładana w nim nadzieja naprawdę nie jest bezpodstawna - działanie leków osoczopochodnych jest bardzo proste, bezpieczne i wręcz naturalne, do tego uniwersalne (zakłada się, że można tym sposobem leczyć większość chorób zapalnych, już leczy się niektóre nowotwory) i z minimalnym ryzykiem skutków ubocznych.

- Nie trzeba tworzyć całkowicie nowej substancji, żeby wyleczyć chorobę. Wykorzystujesz naturę. Zbierasz osocze od ludzi, którzy mają lepszą odporność i potem tę odporność "przeszczepiasz" słabszym jednostkom. Proste i logiczne, musi zadziałać - mówił Jakub Grabski, lekarz ogólny w rozmowie z Elizą Dolecką.

Jeśli testy kliniczne się powiodą, Biomed Lublin planuje rozpocząć leczenie zastrzykami w lutym 2021 roku, ale - jeśli np. nastąpi taka konieczność przez poważne zaostrzenie sytuacji epidemicznej - niewykluczone jest wdrożenie terapii wcześniej. Prezes spółki Marcin Piróg 15 września informował, że prace nad lekiem idą zgodnie z planem. Pozostaje więc - z realną nadzieją - cierpliwie czekać.

***

PRZYPISY:

[1] Cytat pochodzi z książki autorstwa Jurgena Thorwalda pt. "Godzina detektywów", wydawnictwo Znak, Kraków 2010, s. 49.

[2] 23 grudnia 1904 r. berliński sąd skazał za tę zbrodnię na 15 lat więzienia Theodora Bergera, mieszkającego w tym samym, co ofiara domu przy Ackerstrasse 130 w Berlinie. Mężczyzna trudniący się sutenerstwem miał zwabić Lucie do mieszkania konkubiny, prostytutki Johanny Liebetruth, zgwałcić dziecko, udusić je i poćwiartować zwłoki, a następnie - w wiklinowym koszu należącym do Johanny - przetransportować paczki z fragmentami ciała dziewczynki do rzeki Sprewy, gdzie zostały odnalezione. Kosz, a konkretniej zaschnięte ślady krwi na nim oraz włókna pochodzące z ubrania Lucie, stały się dowodem, który przekonał ławę przysięgłych do uznania Bergera za winnego.

[3] Test opracowany w 1900-1901 r. przez niemieckiego bakteriologa i immunologa, profesora Paula Uhlenhutha. Bazuje na odkryciu "przeciwdziałania" surowic różnych zwierząt i ludzi na białka pochodzące od innych gatunków. Zanim powstał test Uhlenhutha, wielu sprawców wymykało się wymiarowi sprawiedliwości, twierdząc, że krew na ubraniu czy miejscu zbrodni jest zwierzęca lub na odwrót - kłusownicy zarzekali się, że są poplamieni własną krwią, najczęściej z nosa.

[4] W 1890 roku Niemiec Emil von Behring odkrył, że w surowicy zwierząt, którym wstrzykuje się niewielkie ilości toksyny błonicznej, wytwarzają się przeciwciała skierowane właśnie przeciwko błonicy, pomocne w leczeniu tej choroby u ludzi. To zapoczątkowało wytwarzanie różnych surowic leczniczych na całym świecie, a równocześnie dało podstawę do powstania nowej dziedziny nauki - serologii. Emil von Behring jest uznawany za twórcę immunologii, której serologia jest częścią (skupia się na interakcjach między antygenami i przeciwciałami). To też pierwszy laureat nagrody Nobla w dziedzinie fizjologii lub medycyny.

[5] Życiorys Ludwika Hirszfelda jest niezwykle bogaty. Sam wielce zasłużony dla świata nauki i Polski badacz ujął go w autobiografii pt. "Historia jednego życia".

[6] Czynnik rhesus, odkryty w 1937 r., pomijano ze względu na ograniczoną wtedy wiedzę dotyczącą jego znaczenia.

[7] O zasadach i przebiegu transfuzji krwi więcej można przeczytać tutaj.

[8] Helmut Daube zginął w nocy z 22 na 23 marca 1928 r. przed domem rodziców w niemieckim Gladbeck. Zabójca, stojąc od tyłu, poderżnął mu gardło. Pracujący przy sprawie śledczy zawiedli na tak wielu poziomach, że trudno wszystkie wymienić: nie zabezpieczyli śladów, nie zauważyli wielu rzeczy, nie przyłożyli się do przesłuchań podejrzanego, który od początku był jeden i nie potrafili odpowiednio wykorzystać zdobytych informacji. Ostatecznie więc - mimo narzędzia zbrodni znalezionego w ogrodzie domu podejrzanego, śladów krwi na jego ubraniu i butach oraz obciążających zeznań każdego, kto go znał - szkolny kolega i zarazem dręczyciel Helmuta, Karl Hussmann, nie został skazany za tę zbrodnię. Całe śledztwo szczegółowo opisał Jurgen Thorwald w głośnej książce "Godzina detektywów".  

[9] Więcej na ten temat (bardzo przystępnym językiem) można przeczytać np. na stronie DKMS.