Trąd mógłby jeszcze długo się panoszyć, ale trafił na silniejszego przeciwnika. O zarazie, którą zdusiły choroby współistniejące

Wydawało się, że epidemia trądu w Europie może nie mieć końca, ale potem przyszła dżuma i zabiła trędowatych... Szczęśliwie, dziś mamy skuteczne, cywilizowane metody rozprawiania się z powodującymi go prątkami. Wciąż jednak, co roku, zapadają na niego tysiące ludzi na całym świecie.

Prezentujemy 19. odcinek cyklu: "Pogromcy chorób". Piszemy w nim o pacjentach, bohaterskich lekarzach, pokręconych ścieżkach prowadzących do znalezienia antidotum... Opowiadamy, jak Wilhelm Roentgen odkrył niezwykłe promienie, o chłopcu, który zbierał kości skazańców, by poszerzać wiedzę o anatomii, a także dlaczego wciąż nie można lekceważyć gruźlicy. Ku pokrzepieniu serc i nauce. Człowiek bywa bezradny wobec natury, ale może więcej, niż zazwyczaj sądzimy. Ludzki upór i praca bywają nagrodzone, a czasem po prostu mamy szczęście lub pomaga nam przypadek.

Gorzej niż kiła

Trudno sobie wyobrazić chorobę bardziej stygmatyzującą niż trąd. Nieprzypadkowo niewinna Stefcia Rudecka, bohaterka najsłynniejszego polskiego melodramatu, niegodna według arystokratycznego otoczenia małżeństwa z hrabią Waldemarem Michorowskim, zostaje okrzyknięta "trędowatą". W pochodzącej z początku XX wieku powieści Heleny Mniszkówny panna Rudecka nie choruje na trąd, chociaż społeczne napiętnowanie doprowadza ją do śmierci.

Bycie "trędowatym" należało interpretować jako doświadczanie odrzucenia, wyrzucenia poza wspólnotę, napiętnowanie. Trędowaty nie powinien był liczyć na współczucie ze strony bliźniego.

Jak to się stało, że bakteryjne zakażenie, spowodowane przez prątki Mycobacterium leprae (stąd inna nazwa - lepra), przenoszone głównie drogą kropelkową (czasem przez kontakt z zakażoną skórą, bądź wydzielinami chorego), przez wieki uznawano bardziej za powód do szykan i kary niż pomocy i zrozumienia? Jak to możliwe, że chorzy, których ciało było dosłownie pożerane przez chorobę, zostawali bez opieki, a ich próby ucieczki z izolatoriów karano śmiercią, najczęściej przez powieszenie?

Takie czasy? Ludzkość regularnie nękały różne zarazy, a jednak to trędowatych, konsekwentnie, traktowano wyjątkowo parszywie. Nawet syfilis, który w wielu przypadkach był skutkiem nieakceptowalnego wówczas stylu życia (choroba przenoszona drogą płciową), w niektórych środowiskach bywał powodem do dumy. Początkowo, gdy nie znano przyczyny, ta wyrozumiałość była nawet zrozumiała, zwłaszcza, że do Polski kiłę miała przywlec z Rzymu kobieta wyjątkowo bogobojna. Potem jednak także, zwłaszcza mężczyźni, kiłą się chwalili, bo miała być dowodem licznych podbojów miłosnych. Oczywiście ta wyrozumiałość nie dotyczyła pań, nawet zakażonych przez niewiernego małżonka.

Więcej na ten temat

Tak czy owak - trędowaci, niezależnie od płci, spotykali się najczęściej z wyjątkową bezdusznością. Wyrok wydano na nich już w Starym Testamencie.

Zobacz wideo

Bóg się gniewa

Od zakażenia bakterią do wystąpienia objawów może upłynąć kilka lat, u dzieci zwykle parę miesięcy. Na skórze twarzy i tułowia pojawiają się charakterystyczne owrzodzenia - nietypowe, bo suche i szorstkie, odbarwione (na zaatakowanej powierzchni jest mniej pigmentu), trudno gojące się, przechodzące w zgrubienia. Widoczne zmiany to nie wszystko - w ich obrębie chory nie czuje dotyku, cierpienia czy bólu.

To dobrze, że nie boli? Zaburzenia neurologiczne i owrzodzenia prowadzą do nawracających infekcji uogólnionych i niepełnosprawności - paraliżu i utraty części kończyn, najczęściej palców rąk i nóg. Lekarze mówią, że gdyby chory czuł ból rozkładającego się ciała, najprawdopodobniej wpadłby w obłęd.

Trędowaty człowiek, z braku kończyn, nie może już przecież pracować na polu. Z trudnością gotuje sobie ryż w garnku czy wypierze odzież. Zmaga się z częstymi infekcjami, które powoli wyniszczają jego ciało. Wielu trędowatych ma popalone ręce. Gotując ryż na ogniu nie czuli, że zbliżyli za blisko rękę. Nie czują też, kiedy ranią sobie stopy. Dlatego nawet najbiedniejsi walczą, by mieć obuwie – nawet takie ze starych opon. Bez nich zwiększa się ryzyko okaleczenia, ropienia ran i w końcu samoistnych amputacji. Nieleczony trąd to uszkodzenia nerwów i oczu, deformacja ciała, owrzodzenia i blizny. Ponadto zajęte są narządy wewnętrzne i kościec

- wyjaśniają uczestnicy misji Madagaskar 2019, którzy pomagają współczesnym trędowatym. Tam, gdzie jest bieda i brak dostępu do antybiotyków, niewiele zmieniło się przez wieki.

Trąd wydaje się być stary jak ludzkość. Wzmianki o chorobie znaleziono w pismach indyjskich i egipskich, datowanych na ok. 1500 lat p.n.e. W 2009 roku w zachodnich Indiach odkryto szkielet sprzed czterech tysięcy lat.

W Księdze Kapłańskiej Starego Testamentu rozstrzygnięto sprawę diagnozy i "leczenia".

Jeżeli ukaże się na kimś trąd, przyprowadzą go do kapłana. Kiedy kapłan obejrzy go i stwierdzi, że na skórze jego jest białe nabrzmienie, porośnięte białym włosem, i żywe mięso na tym nabrzmieniu, to znaczy, że na skórze ciała jego jest trąd zastarzały. Kapłan uzna go za nieczystego. (...)
Dalej powiedział Pan do Mojżesza i Aarona: Trędowaty, który podlega tej chorobie, będzie miał rozerwane szaty, włosy w nieładzie, brodę zasłoniętą i będzie wołać: ”Nieczysty, nieczysty!

Jak w Księdze zalecono, tak bliźnim czyniono przez wieki.

Król się lituje (nad sobą)

Skoro trędowaci zostali przez Stwórcę ukarani za grzechy, zdrowa większość grzebała ich za życia.

Ludziom, u których zauważono oznaki choroby, urządzano nawet symboliczne pogrzeby. Ceremonię poprzedzała msza za zmarłych, po której wszyscy wychodzili na przykościelny cmentarz. Ksiądz wprowadzał trędowatego do świeżo wykopanego grobu i posypywał mu głowę ziemią.

Więcej na ten temat:

Potem chorych umieszczano w leprozoriach, specyficznych szpitalach jednoimiennych. Nikt nikogo nie próbował tam nawet leczyć. Realnie to były więzienia, w których czekało się tylko na śmierć.

Przy bramie leprozorium stała szubienica, sposób na skrócenie oczekiwania. Osoba uznana za chorą nie mogła wstąpić w związek małżeński i kontaktować się z rodziną. Krzyczenie: "nieczysty" nie było obowiązkowe. Wystarczyło mieć cały czas na szyi dzwonek, kołatkę lub inny przedmiot wydający dźwięk, by ostrzegał o zbliżaniu się trędowatego. Należało nosić wyłącznie ubrania i używać sztućców wydanych w izolatorium.

W 1120 roku Rycerski i Szpitalniczy Zakon świętego Łazarza z Jerozolimy, początkowo stanowiący odłam joannitów, usamodzielnił się i zaczął specjalizować w opiece nad trędowatymi, nieco bardziej nowoczesnej i humanitarnej. Stało się tak, gdy rektor szpitala joannitów Boyand Roger zachorował na trąd. Został wówczas mianowany pierwszym mistrzem nowego zakonu.

Los trędowatych jeszcze się poprawił w czasach króla jerozolimskiego Baldwina IV (1161-1185). Ten miał zaledwie dziewięć lat, gdy zachorował, a jednak siedem lat później objął tron i był ponoć niezłym władcą. Przyzwoite traktowanie (chociaż władca stale nosił maskę), zdrowa dieta i opieka sprawiły, że przez lata pozostawał w dość dobrej formie. Niestety, w 1183 roku zachorował na febrę. Wprawdzie ją pokonał, ale to przypieczętowało jego los, bo przyczyniło się do wzmożonego ataku trądu, który ostatecznie zabił wciąż bardzo młodego króla. 

Trędowatych oddano w ręce misjonarzy, ludzi gotowych poświęcić życie dla innych. Społeczeństwa pozostały raczej ślepe na ich los przez kolejne stulecia, co najwyżej wspierając chorych jałmużną. Dopiero w 1957 roku zamknięto leprozorium na greckiej wyspie Spinalonga. "Piekło, z którego nie dało się wyjść żywym" do dziś jest niezamieszkane, chociaż chętnie odwiedzane przez turystów.

Odrzucenie jest wciąż dominującym źródłem cierpienia zarażonych. Trudno, niestety, się mu dziwić. Chociaż choroba w zasadzie nie jest wysoce zaraźliwa (atakuje dopiero wyraźnie osłabiony układ immunologiczny), jeszcze w latach 80. ubiegłego wieku trądem zakażały się co roku miliony ludzi. Dla wielu nie było ratunku, bo nawet wynalezienie skutecznych leków nie mogło wygrać z biedą i brakiem dostępu do opieki medycznej.

Matka Trędowatych z Poznania

Na terenach polskich trąd pojawił się w drugiej połowie XIII wieku. W leprozoriach w Krakowie, Sandomierzu i Lwowie zajmowali się chorymi rycerze ze wspomnianego Zakonu św. Łazarza, ale nie tylko. Podobno pacjentów odwiedzała też święta Kinga (1234-1292), córka węgierskiego króla Beli IV i żona Bolesława Wstydliwego. Zarówno księżna, jak i rycerze, byli jednak jedynie pomocnikami lokalnych anonimowych bohaterów.

Trąd, chociaż wyniszczający w każdym wymiarze, nie zabijał szybko. W przeciwieństwie do dżumy, która falami atakowała Polskę i Europę od XIV do XVIII wieku. W zderzeniu z nią chory na trąd był bez szans. Rozprawiała się z trędowatymi szybciej niż febra z Baldwinem Trędowatym. I tak, po kolejnym ataku dżumy, problem trądu został na naszym kontynencie praktycznie rozwiązany.

Kiedy wreszcie uporaliśmy się z dżumą, trąd wrócił do Europy w XIX wieku, chociaż już na mniejszą skalę. Opiekę nad chorymi, w tym wsparcie duchowe, jako pierwsi organizowali pochodzący z Belgii misjonarz Damian de Vuster i polski jezuita Jan Beyzym. Nie bali się mieszkać z trędowatymi, budowali prawdziwe szpitale. Z czasem, na kontynentach bardziej dotkniętych chorobą, wykorzystywano ich koncepcje. Sam de Vuster pracował (i umarł) na Hawajach, Beyzym - na Madagaskarze.

W XX wieku Matką Trędowatych okrzyknięto pochodzącą z Poznania polską lekarkę Wandę Błeńską (1911-2014). W latach 1951-1994 pracowała ona w ośrodku leczenia trądu w Bulubie nad jeziorem Wiktorii w Ugandzie. Gdy została lekarzem naczelnym, niewielką placówkę prowadzoną przez franciszkanki z Irlandii rozbudowała i zamieniła w nowoczesne centrum lecznicze i szkoleniowe. W jej szpitalu było miejsce dla dorosłych, oddział dziecięcy, niezależne domy dla trędowatych, a przede wszystkim, na ile to było możliwe, normalne życie.

Pierwszy dość skuteczny lek na trąd pojawił się na rynku w latach 40. ubiegłego wieku. Pełna kuracja kosztowała kilkanaście dolarów. Podstawowe antybiotyki służące do leczenia trądu są obecnie bezpłatnie zapewniane przez Światową Organizację Zdrowia. Stosuje się kurację skojarzoną z użyciem kilku antybiotyków i wspomagająco leków sterydowych. Prątki trądu ulegały bowiem mutacjom i w przypadku terapii z wykorzystaniem jednego leku problem dość często wracał. W zależności od ilości żywych prątków w organizmie chorego, leczenie trądu trwa od pół roku do nawet dwóch lat.

Świat bez trądu? Taki jest cel WHO. Trzeba wierzyć, że wreszcie z pomocą uda się dotrzeć do potrzebujących chorych na tyle szybko, by nie doświadczyli trwałego kalectwa. Dzięki antybiotykom palce już przecież nie odrosną, chociaż rany się zagoją. Oby problem rozwiązała współczesna medycyna, a nie, jak w przeszłości, pandemia i choroby współistniejące. Można sobie bowiem wyobrazić, że trędowaci znowu mogą być bez szans, jeśli dopadnie ich nowy koronawirus.