Epidemia koronawirusa poza Chinami dopiero przed nami - sądzą niektórzy eksperci

Nadal nie wiadomo, jaka jest rzeczywista skala epidemii w Chinach. W tej chwili zgłaszane są bowiem nowe przypadki choroby, diagnozowane już przy pomocy tomografii komputerowej, a nie testów laboratoryjnych. Liczba przypadków gwałtownie wzrosła dosłownie w jeden dzień. Niektórzy eksperci martwią się, że to dopiero czubek góry lodowej. WHO natomiast stwierdza, że jest jeszcze za wcześnie, by powiedzieć czy to dopiero początek, szczyt, czy też początek końca epidemii.

Na Forum Badań i Innowacji COVID-19 w Genewie, które odbyło się w dniach 11-12 lutego, główny doradca chińskiego rządu przekonywał w swoim wystąpieniu, że epidemia nowego koronawirusa sięga teraz w Chinach szczytu i jego zdaniem powinna zostać opanowana do kwietnia. Stwierdził, że swoją prognozę opiera na modelowaniu matematycznym, a także na analizie ostatnich wydarzeń oraz na procedurach zapobiegawczych, wprowadzonych przez chiński rząd.

Nie wszyscy jednak zgodzili się z jego zdaniem. Dale Fisher, przewodniczący Global Outbreak Alert & Response Network (Globalna Sieć Ostrzeżeń i Reakcji na Epidemie koordynowana przez WHO), powiedział, że jego zdaniem ten scenariusz czasowy mógłby się sprawdzić pod warunkiem, gdyby epidemia koronawirusa zatrzymała się w Wuhan. Ale tak się nie stało. Wirus rozprzestrzenił się na inne regiony kraju i świata. W Singapurze jesteśmy dopiero na początku epidemii - stwierdził Dale Fisher. Do tej pory w tym regionie zgłoszono 50 przypadków. To oprócz Hongkongu oraz Tajlandii to największa liczba zakażeń. "Jestem jednak całkiem pewny, że w końcu każdy kraj będzie miał ten problem" - powiedział Dale Fisher reporterowi Reutersa.

Jednocześnie ekspert zaapelował, aby nie ulegać nadmiernej panice. Najbardziej narażone na zachorowanie i ciężki przebieg choroby są osoby starsze oraz o obniżonej odporności, w tym chore na cukrzycę.

W czwartek, 13 lutego, zgłoszonych zostało już ponad 60 360 przypadków na świecie, w tym 59 823 w Chinach. Zmarło 1367 osób, czyli o 254 więcej niż poprzedniego dnia. Gwałtowny skok zgłaszanych przez Chiny przypadków choroby to rezultat nowej metody diagnozowania choroby COVID-19. Jak poinformowali chińscy urzędnicy ds. zdrowia, teraz zaczęli używać tomografii komputerowej, która ujawnia infekcję płuc szybciej, niż stosowane wcześniej testy RNA. Ich opracowanie zajmowało kilka dni. Dzięki szybkiej diagnozie można wcześniej odizolować zakażoną osobę i zapobiec rozprzestrzenianiu przez nią wirusa.

Ta nowa metoda diagnozowania zakażeń wirusem COVID-19 może tłumaczyć gwałtowny wzrost liczby chorych - uważają eksperci. Przypuszcza się także, że zgony mogą dotyczyć także osób, które nie zostały zdiagnozowane lub czekały jeszcze na wyniki laboratoryjnych badań. Powodem zmiany metody diagnozowania chorym może być ponadto brak dostatecznej ilości zestawów do testów w epicentrum epidemii, czyli w prowincji Hubei - uważają komentatorzy.

Źródło: Reuters

Więcej o: