Błędne koło niemożności

Doktor Święcicki przypomina sobie pacjenta, który sam zgłosił się po pomoc. Opowiedział lekarzowi o kłopotach ze swoją firmą, długach, w które wpadł, umowach eksportowych, z których nie jest w stanie się wywiązać. Miliardowe sumy do spłacenia fruwały w tym opowiadaniu jak motylki i lekarz pomyślał, że w takiej sytuacji sam zamartwiałby się na śmierć. Nie widział podstawy do leczenia, ale zdecydował zatrzymać człowieka w szpitalu na obserwacji, dać mu możliwość odsapnięcia od ponurej rzeczywistości.
Po kilku dniach skargi biznesmena przestały robić wrażenie, doktor już się oswoił z miliardami i analizując z dystansem wynurzenia pacjenta zauważył w tych skargach symptomy chorobliwe. Zdecydował podjąć terapię. Po trzech tygodniach przyjmowania leków chory w pewnym momencie przetarł ręką oczy i powiedział: - Doktorze, co za bzdury ja tu panu wygadywałem. Co mi się uroiło w tej durnej głowie. Boże, przecież ja mam mnóstwo możliwości wybrnięcia z tego impasu.

Depresja bowiem powoduje, że "trudności jak niebotyczne góry" tkwią w psychice chorego, nie pozwalają mu na podejmowanie prób wybrnięcia z życiowych kłopotów, a spiętrzenie kłopotów pogłębia tylko stan niemożności. Ani lekarz, ani tabletka, ani psychoterapia nie załatwi bezrobotnemu pracy, ale depresja nie pozwala tej pracy szukać. Zamiast jakichkolwiek prób chory stwierdza: jestem do niczego, i obarcza się poczuciem winy, cierpi. Wpada w błędne koło niemożności.

Historia dowodzi, że człowiek jest w stanie znieść nieprawdopodobne obciążenia, ale jeśli dojdzie do zaburzeń emocjonalnych, to nawet najbłahsza scysja potrafi wyzwolić taki stan, w którym pomóc mogą tylko elektrowstrząsy. Jeden z psychiatrów opowiadał o swoich wizytach na oddziałach onkologicznych. Spotykał tam chorych, nieraz ciężko okaleczonych po operacjach ratujących życie. Potrafili snuć plany na przyszłość, podtrzymywać więzi z bliskimi - ale tylko ci, których nie dotknęło rozkładające uczucie depresji.