Nauczyciele: nie my od walki z epidemią

Przeciwdziałanie epidemiom to zajęcie służby zdrowia, a nie nasze - buntują się nauczyciele, którym rząd przesłał wytyczne, jak zapobiegać grypie A/H1N1 u uczniów. Ich protest poparł rzecznik praw obywatelskich
Nauczyciele powinni: stale monitorować strony internetowe Państwowej Inspekcji Sanitarnej (www.pis.gov.pl), Państwowego Zakładu Higieny (www.pzh.gov.pl), sprawdzać "kanały łączności szkoły z rodzicami i możliwości szybkiego ich powiadamiania", zorganizować serię szkoleń, jak zapobiegać szerzeniu się zakażeń wirusem, prowadzić aktywną politykę zapobiegania zakażeniom "przez dostarczanie materiałów informacyjnych na temat zachowania w szkole, mycia rąk, higieny kaszlu i czyszczenia nosa oraz promować w szkole zachowania zmniejszające prawdopodobieństwo zakażenia", zachęcać do szczepień przeciw grypie, a w przypadku ciężkiego zakażenia odesłać ucznia transportem sanitarnym do szpitala, pozostałym zalecić codzienne pomiary temperatury - to tylko niektóre z obowiązków, jakie nałożyło na nauczycieli Ministerstwo Edukacji razem z krajowym konsultantem ds. epidemiologii. Wszystko, by zapobiegać szerzeniu się wirusa grypy A/H1N1.

Ulotki z zaleceniami postępowania dotarły do szkół. Co te z nimi robią?

Brakuje nam na mydło

- Wrzuciłam te bzdury do kosza. To jest szkoła, a nie NATO. Moim zadaniem jest uczyć i wychowywać, a nie zapobiegać epidemiom. Niech epidemiom zapobiega ten, kto bierze za to pieniądze - mówi dyrektorka podstawówki nr 58, Teodozja Maliszewska. I dodaje: - Do szkół wróciły wszy! Sanepid powinien zająć się tym, a nie zapobieganiem wirusowi, który w całym kraju dotknął kilkunastu osób, a u wszystkich przebieg choroby był łagodny.

W Szkole Podstawowej nr 1 w Krakowie nauczyciel poprosił rodzica-lekarza o zorganizowanie szkolenia. Tłumaczył, że sam nie czuje się kompetentny.

W podstawówce nr 26 ulotka o zapobieganiu wirusowi grypy zawisła na tablicy informacyjnej tak, aby każdy rodzic mógł ją przeczytać. Nauczyciele mają też rozmawiać o grypie z uczniami na lekcjach wychowawczych. Ale dyrektorowi podstawówki, Tomaszowi Malickiemu, też cała akcja nie jest w smak: - Każą mi zorganizować serię szkoleń dla nauczycieli na temat wirusa, a ja się pytam za co, kiedy brakuje nam na mydło i papier toaletowy - mówi.

Tymczasem w ulotce znajduje się też informacja, że nauczyciele powinni "zadbać o ciągły dostęp do środków higienicznych w toaletach". Malicki nie kryje, że kupuje je za pieniądze od rodziców. - Robi tak większość szkół. A w tych, które tego nie robią, mydła nie ma w toaletach już w połowie października - twierdzi.

Destrukcja szkolnej medycyny

Nauczycieli popiera rzecznik praw obywatelskich, Janusz Kochanowski. W swoim stanowisku przesłanym do Ministerstwa Edukacji pisze o wydanych szkołom zaleceniach, że to "próba przerzucenia wyłącznej odpowiedzialności za bezpieczeństwo zdrowotne uczniów, na samych uczniów, ich rodziców i nauczycieli". Tymczasem przeciwdziałanie epidemiom to głównie zajęcie służby zdrowia i służb sanitarnych państwa".

- Ta ulotka pokazuje destrukcję medycyny szkolnej. W trosce o zdrowie uczniów nauczyciele zostali bez partnera: szkolnych pielęgniarek, które przecież za to, by dbać o zdrowie dzieci, są przez rząd opłacane - ocenia prof. Janusz Szymborski, pełnomocnik rzecznika ds. rodziny.

Podkreśla, że wiele zaleceń, które dostali nauczyciele, jest nie do wykonania. - To absurd, że mają oni ocenić stan dziecka i , jeśli jest ciężki, wysłać je karetką do szpitala. To, czy stan jest ciężki, czy nie, może ocenić tylko doświadczony lekarz pediatra, a nie pedagog! - podkreśla.

Co na to resort edukacji? - Stanowisko rzecznika jeszcze do nas nie dotarło. Czekamy na nie. Do tego czasu wstrzymujemy się od komentowania sprawy - informuje rzecznik MEN Grzegorz Żurawski.

Sprawy nie skomentowało też, choć nam obiecało, Ministerstwo Zdrowia.

Więcej o: