Nie ma miejsca dla starych ludzi

Eliza Dolecka, Małgorzata Skorupa
18.05.2015 11:26
A A A Drukuj
13 stycznia Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy zagrała dla seniorów. Nawet pełny sukces nie rozwiąże problemu. Planowane 15 oddziałów geriatrycznych to kropla w morzu potrzeb. Wielu chorym i rodzinom pozostanie leczenie w uwłaczających godności warunkach

13 stycznia Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy zagrała dla seniorów. Nawet pełny sukces nie rozwiąże problemu. Planowane 15 oddziałów geriatrycznych to kropla w morzu potrzeb. Wielu chorym i rodzinom pozostanie leczenie w uwłaczających godności warunkach (Shutterstock)

Niedołężni, niepotrzebni, generujący ogromne koszty. Nie chcą ich szpitale, domy rodzinne, w zakładach opieki brakuje miejsc. Będzie tylko gorzej, jeśli nie znajdą się pieniądze, a przede wszystkim nie zmieni się nasza mentalność.
Główny Urząd Statystyczny przewiduje, że w 2030 roku prawie 800 tysięcy Polaków przekroczy 85 lat. Według Eurostatu (Europejski Urząd Statystyczny) już w 2020 roku po sześćdziesiątce będzie co czwarty rodak. Starość, według WHO (Światowa Organizacja Zdrowia) wkracza w nasze życie, gdy kończymy 65 lat. Kobieta w Polsce, która ukończyła tyle lat w 2010 roku, ma zazwyczaj przed sobą jeszcze 16,5 roku życia, jej rówieśnik niewiele ponad 12 lat. Ile jednak pozostało im czasu, gdy będą cieszyć się zdrowiem, pozwalającym na w pełni samodzielną egzystencję? Jej zostało może 4,5 roku, jemu jeszcze mniej. Co potem? Rosnąca zależność od otoczenia. Powolna utrata sprawności fizycznej i intelektualnej, a nierzadko godności i szacunku.



Szpital przechowalnią

- Kieruję placówką specjalistyczną, której podstawowym zadaniem jest ratowanie ludzkiego życia. Kiedy nie możemy już nic zrobić dla pacjenta, powinniśmy go wypisać do domu, bądź do zakładu opiekuńczo-leczniczego, właściwego miejsca dla dalszego etapu prowadzenia osoby w ciężkim stanie. Bardzo często to niemożliwe - mówiła nam dyrektor warszawskiego Szpitala Bielańskiego dr med. Dorota Gałczyńska-Zych . - Rodziny robią niemal wszystko, by pobyt szpitalny maksymalnie wydłużyć. Interweniują u ordynatora, u mnie, nie zgłaszają się po chorego w wyznaczonym czasie. Usprawiedliwiają się brakiem czasu, chociaż wiadomo, że to zwykłe wykręty. Na opiekę nad osobą starszą przysługuje 14 dni zwolnienia lekarskiego. To dość czasu, by odebrać kogoś ze szpitala - tłumaczyła, dodając, że długofalowo ma w ten sposób zablokowane kilkanaście łóżek na oddziałach szeroko pojętej interny: na neurologii, gastrologii. Gdyby brać pod uwagę pobyty przedłużone "tylko" o kilka dni, czasem blokada dotyczy nawet 1/3 łóżek.

- Narażamy życie osób, które naprawdę potrzebują pomocy medycznej, a nie mamy dla nich miejsca. Do każdego szpitala przywozi się ludzi na umieranie. Nie mówię o stanach nagłych, kiedy jeszcze można coś zrobić, a o naturalnym gaśnięciu. To więcej niż smutne, że odchodzenie często odbywa się w samotności, w pustej sali, wśród obcych - podreślała dyrektor Gałczyńska-Zych.

Jednak w domu...

Z badań przeprowadzonych dla Unii Europejskiej - w ramach międzynarodowego projektu EUROFAMCARE - w Polsce osobami w wieku podeszłym najczęściej zajmują się ich dzieci. Aż 85 proc. opiekunów decyduje się na wspólne zamieszkiwanie z osobami starszymi. Na opiekę poświęcają najczęściej mniej niż 5 godzin dziennie, a zarazem prawie 1/3 przeznacza na nią 12 godzin dziennie lub więcej.

Według deklaracji respondentów powodem sprawowania opieki domowej, samodzielnej, a nie zewnętrznej, profesjonalnej, są przede wszystkim "więzy uczuciowe", czyli miłość i przywiązanie (47,5 proc.), "poczucie obowiązku" (22 proc.) oraz "osobiste poczucie zobowiązania wobec osoby starszej jako członka rodziny" (21,1 proc.). Zaledwie dwa procent badanych przyznało, że "nie było innej alternatywy", lub że "koszt opieki profesjonalnej był zbyt wysoki" (0,2 proc.).

Na pytanie dotyczące ewentualnego umieszczenia osoby starszej w domu pomocy społecznej 86,9 proc. opiekunów odpowiedziało, że nie są gotowe, aby rozważyć umieszczenie osoby starszej w takim miejscu, niezależnie od rozwoju wypadków. Niespełna 12 proc. ankietowanych bierze taką możliwość pod uwagę przy wyraźnym pogorszeniu się stanu zdrowia podopiecznego.

Można zatem sądzić, że problem jest marginalny? Niestety, deklaracje wyraźnie odbiegają od rzeczywistości. Aż 70 proc. osób przewlekle chorych umiera w szpitalu, w samotności, a wcześniejsza "opieka" domowa jest na skandalicznym poziomie.

Michał A. Kornatowski, specjalista geriatra, prezes House Domowa Opieka, zwrócił uwagę, że dylematy moralne w zderzeniu z rzeczywistością nabierają zupełnie innego wymiaru.

- Wielokrotnie widywałem w domach rodzinnych starych ludzi leżących na zwykłej wersalce i przywiązywanych sznurami, żeby z niej nie spadli. Upadek z nieodpowiedniego łóżka to częsta przyczyna urazów starszych ludzi. Tymczasem łóżka nawet nie trzeba kupować. Można je wypożyczyć, o czym wiele osób nie ma pojęcia. Brakuje też świadomości, że odpowiedni materac, podkłady czy nawet kosmetyki mogą znacząco ułatwić opiekę, zapobiec odleżynom. Opieki zresztą nie warto prowadzić w pełni samodzielnie, zwłaszcza, gdy chory wymaga jej już właściwie przez całą dobę. Nawet jeśli w rodzinie znajdzie się ktoś gotów na takie poświęcenie, opiekun rezygnujący z pracy zawodowej, własnego życia, nawet wyjścia do kina, nie mówiąc już o wyjeździe na wakacje, jest narażony na poważne konsekwencje zdrowotne, psychiczne. Grozi mu zespół wypalenia, który ciężko się leczy. Tymczasem można skorzystać z pomocy pielęgniarki środowiskowej, wolontariusza. Informacji powinien udzielić lekarz pierwszego kontaktu. Na zatrudnienie opiekunki zwykle stać średnio zarabiającego Polaka" - przekonywał dr Kornatowski.

Pielęgniarka dla bogaczy

Pani Anna ma doświadczenia, które przeczą obu powyższym stwierdzeniom: można liczyć na pomoc lekarza rejonowego, a koszty legalnej opieki są umiarkowane. Przez kilka lat zajmowała się w domu bliskimi osobami, była też zmuszona na jakiś czas zostawić je w jednym z warszawskich szpitali, chociaż tego nie chciała.

- Decyzję o umieszczeniu mamy w szpitalu podjął lekarz pogotowia. Twierdził, że bez specjalistycznego sprzętu nie będzie mogła w ogóle oddychać. Ciocię do szpitala również zawiozła karetka - z podejrzeniem wylewu, czyli potrzebowała natychmiastowej pomocy. Po kilku godzinach spędzonych na korytarzu SOR-u (Szpitalny Oddział Ratunkowy) tę diagnozę potwierdził szpitalny lekarz. Trudno mi powiedzieć, jak na wyraźne, trwałe pogorszenie stanu cioci wpłynęło to oczekiwanie na konkretne leczenie. Nie zmienia to faktu, że musiała zostać w szpitalu na ponad dwa miesiące.

Chociaż teoretycznie opieka nad pacjentem jest bezpłatna, pani Anna twierdzi, że przetrwała ten czas tylko dzięki nietypowej dla przeciętnego Polaka swobodzie finansowej.

- Codziennie wraz z mężem spędzaliśmy przy mamie i cioci kilka godzin. Przywoziliśmy dla nich własne pampersy, ręczniki, koszule, środki czystości. Opłacaliśmy pielęgniarkę, oficjalnie, 350 złotych za dyżur. Szpital wystawiał rachunek. Musieliśmy to robić, ponieważ uprzedzono nas, że standardowo osoba leżąca, niesprawna może liczyć na zmianę pampersa raz na osiem godzin, nie zostanie też umyta. Taka opieka ekskluzywna nie gwarantowała jednak poszanowania dla chorego. Pamiętam, jaki przeżyłam szok, gdy okazało się, że mama ma przywiązaną rękę - jedyną część ciała, którą jeszcze mogła poruszać. Ponoć usuwała sobie maseczkę z twarzy. Prywatna pielęgniarka nie gwarantowała, że maska zostanie ponownie założona - opowiada pani Anna.

Kiedy było to możliwe, pani Anna zabrała do domu najpierw mamę, potem ciocię. Mama była w stanie kompletnej nieprzytomności, stąd szpital zalecał przeniesienie do ośrodka opieki paliatywnej.

- Muszę przyznać, że słysząc, iż zamierzamy opiekować się w domu osobą w tak ciężkim stanie, lekarze wykazali się zawodową troską i przekonywali, że mimo szlachetnych chęci, możemy zadaniu zwyczajnie nie podołać. Do domu nie dostaliśmy żadnych instrukcji, podpowiedzi jak postępować. Inna rzecz, że się tego nie domagaliśmy, bo było jasne, że pielęgniarki, które legalnie zatrudniliśmy, będą wiedziały, co robić. To one poinformowały nas, że mamy prawo do wizyt domowych lekarza rodzinnego, a także, że w domu powinna zjawić się pielęgniarka środowiskowa, by ocenić warunki życiowe pacjenta i przeprowadzić rutynowe badania. Dzwoniłam wielokrotnie do przychodni. Państwowy lekarz nigdy nie znalazł dla nas czasu, pielęgniarki również. Możliwe, że zabrakło mi determinacji, może gdybym dzwoniła kilkanaście razy na dobę, to może wreszcie ktoś by się pofatygował... Nie miałam siły. Woleliśmy zapłacić i za to - wspomina pani Anna.

Sama opieka pielęgniarska kosztowała panią Annę ok. 12 tysięcy złotych miesięcznie (100 zł za 3-4 godziny dziennie). Fakt, obie bliskie osoby wymagały specjalistycznej opieki, wykwalifikowanych pielęgniarek.

Często można te koszty znacznie obniżyć. Pielęgniarki z Ukrainy zamieszkujące legalnie z osobą chorą gotowe są pracować za ok. 2 tysiące miesięcznie. Na tym jednak nie kończą się wydatki rodziny.

Szpital za darmo

Realnie jednak nie trzeba się rujnować finansowo. Jeśli chorego uda się podrzucić do szpitala, rzeczywiście nie trzeba ponosić żadnych kosztów, a jeszcze należne świadczenia zostają w rodzinie.

- Jest teoretycznie przepis, który mówi o tym, że jak zakończyliśmy leczenie, to mamy prawo pobierać pieniądze za pobyt pacjenta w szpitalu. Pytanie podstawowe: jak to wyegzekwować? Kto dobrowolnie zapłaci 500 złotych za dobę, bo to w rzeczywistości takie koszty? Dochodzenie praw w sądach też jest niewykonalne - mówiła dyrektor Zych.

Przekonywała również, że do jej szpitala nie trzeba niczego przynosić, wystarczająca jest także opieka, zgodnie z normami NFZ.

- Wiele osób nie potrafi zrozumieć, że podstawowa opieka medyczna nie może przypominać tej znanej z amerykańskich filmów. Pielęgniarka, lekarz, salowa nie są na każde skinienie. Kochająca rodzina chciałby, żeby co chwilę ktoś zajrzał, uśmiechnął się, zagadał. Tymczasem to niemożliwe. Mamy pampersy, czyste koszule, środki do pielęgnacji, jednak nie te z najwyższej półki. Jeśli ktoś chciałby, żeby mama mogła być myta ulubionym mydełkiem, może je przynieść - zaznaczała dyrektor Gałczyńska-Zych.

Skąd zatem krążące pogłoski o wymuszaniu na rodzinach zakupów na rzecz szpitali? Zdaniem pani dyrektor może to być efekt zwykłych kłopotów z komunikacją.

Babko, posuńcie się!

Osoba, która trafia do polskiego szpitala, niezależnie od tego, w jakim charakterze, może dosłownie przeżyć szok, słysząc, w jaki sposób "rozmawia się" z chorymi.

Pani Beata (lat 52) w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku rozpoczęła pracę w jednym ze szpitali powiatowych w Małopolsce. Gdy usłyszała po raz pierwszy, jak siostra oddziałowa mówi do pacjentki: "Babko, posuńcie się", nie chciała wierzyć własnym uszom. - Dopiero z czasem odkryłam, że to regionalizm. Byłam przyjezdną, nie wiedziałam, że w górach tak się mówi i do sąsiadki, i do teściowej - wspomina pani Beata i zarazem zapewnia, że to się zmienia.

Małgorzata Durka, pielęgniarka z wieloletnim doświadczeniem, doktorant I Wydziału Lekarskiego WUM, dyrektor ds. koordynacji w House Domowa Opieka, o ile gotowa jest zgodzić się z faktem, że przedmiotowe podejście do pacjenta powoli, ale jednak, zanika, o tyle nie sądzi, że to problem regionalny. Jej zdaniem dotyczy całego kraju.

- Osoby znacznie starsze często traktowane są jak dzieci, które od nowa muszą uczyć się żyć. Takie zachowania można zauważyć w opiece nad pacjentem seniorem, zarówno w placówce służby zdrowia, jak i w opiece domowej. Używanie zdrobnień w rozmowie ze starszymi dorosłymi oraz zwracanie się do podopiecznego w trzeciej osobie czy w liczbie mnogiej, na przykład: "podnosimy rączkę do góry, zakładamy pidżamkę, otwieramy buzię, teraz umyjemy ząbki" są codziennością. W szkołach dla opiekunów i uniwersytetach medycznych nie uczą takich sformułowań. Wręcz przeciwnie: kładziony jest nacisk, by do pacjenta zwracać się bezpośrednio, najlepiej po nazwisku, bez używania zdrobnień, czyli: - Pani Durka, proszę podnieść rękę do góry, Pani Durka, proszę otworzyć usta, Pani Durka, proszę połknąć lek przeciwbólowy, i tak dalej. Najczęściej opiekun osoby starszej, lekarz, pielęgniarka czy rehabilitant, zapytani wprost, dlaczego zwracają się do dorosłego podopiecznego jak do dziecka, nie potrafią udzielić jednoznacznej odpowiedzi - podkreślała Małgorzata Durka. Jej zdaniem ten niczym nieuzasadniony obyczaj to nie tylko braki w edukacji, ale i naśladowanie starszych kolegów, brak refleksji, empatii, kultury, uleganie tradycji.

Zarazem jednak pani Beata dodaje, że czasem mówienie do pacjenta w szpitalu po imieniu ma sens i nie narusza godności.

- Jeśli chory przebywa z nami wiele miesięcy, staje się członkiem szpitalnej wspólnoty. Jeśli mówi do mnie: "pani Beatko", świat się nie zawali, gdy odpowiem mu: "panie Staszku", muszę mieć jednak absolutną pewność, że sobie tego życzy. Nie ma znaczenia, gdzie zaprzyjaźniamy się z innymi ludźmi. Nie możemy jednak w ramach źle pojmowanej życzliwości, traktować starszych bez szacunku.

Pani Irena (67 lat) od lat choruje na raka. Nie jest niedołężną staruszką, a jednak w "łapach służby zdrowia", czuła się czasem, jak "półgłówek". - Moim zdaniem to odbieranie zdolności intelektualnych człowiekowi w polskim szpitalu nie dotyczy osób w podeszłym wieku, a generalnie słabszych, niedołężnych fizycznie.

- Kiedy przychodzę o własnych siłach na wizytę kontrolną, czuję się traktowana po partnersku, lekarz próbuje wytłumaczyć mi wszystko starannie. Jeśli towarzyszy mi córka, przemawia do niej, jakbym nie istniała. Mam wrażenie, że kiedy zaraz po operacji jeździłam na wózku, bo byłam za słaba by utrzymać się na nogach, właściwie zostałam pozbawiona tożsamości. Inna rzecz, że bardziej serio traktują mnie w Centrum Onkologii w Warszawie, niż w rejonowym szpitalu... Nie, to chyba w ogóle nie jest kwestia miejsca. Tylko kwestia ludzi - twierdziła pani Irena.

Szczególne potrzeby nie do zaspokojenia

O ile nieuzasadnionym nadużyciem jest zakładanie, że osoby starsze są zdziecinniałe i można je traktować inaczej niż "normalnych" pacjentów, o tyle jest faktem, że problemy zdrowotne osób w podeszłym wieku są specyficzne i zasługują na szczególne podejście.

Jak podkreślał Michał Kornatowski, geriatra, lekarz jego specjalności rozważa problemy związane z chorobami somatycznymi i psychicznymi, ale także ma "spojrzenie" psychologa, interesuje się rehabilitacją chorego i jego funkcjonowaniem w życiu społecznym. Równie istotną kwestią jest znajomość odrębności farmakoterapii.

W Polsce jest dziesięciokrotnie za mało geriatrów w porównaniu do średniej Unii Europejskiej. Z około 200 polskich geriatrów tylko 70 pracuje zgodnie ze specjalizacją.

W naszym kraju funkcjonuje zaledwie 500 łóżek geriatrycznych i tylko tam można robić specjalizację, więc np. w województwie mazowieckim nie prowadzi się specjalizacji geriatrycznych z powodu braku ośrodków geriatrycznych. Czy zatem może dziwić fakt, że pacjenci geriatryczni trafiają na oddziały ratunkowe?

- Nie dziwi i dziwić nie może - przekonywała Justyna Ślak, ortopeda z jednego ze śląskich szpitali - geriatrów nie ma i trzeba sobie z tym radzić. Większość schorzeń i dolegliwości wynika niestety z upływa czasu. By jednak możliwe było rozpoznanie i właściwe leczenie, konieczna jest najczęściej diagnostyka dodatkowa. Wiek pacjenta nie ma znaczenia. Niestety, dla większości z nas, starość nie jest komfortowa, jednak to nie determinuje braku leczenia i diagnostyki. Sugerowanie, że tak mogłoby być, to jakiś kosmos".

Słowa pani doktor potwierdza zarówno pani Anna, jak i Beata. Pani Anna miała wręcz wrażenie, że w zakresie diagnostyki i wykorzystywanej technologii medycznej robiono nawet więcej, niż trzeba, nigdzie w Europie nie byłoby zapewne lepiej. Brakowało "tylko" empatii.

Pani Beata przyznaje, że czasem zdumiewa ją walka o zdrowie osoby w podeszłym wieku, nawet po dziewięćdziesiątce. Zauważyła, że na ortopedii dla niektórych lekarzy to wręcz kwestia honoru, by "oszukać czas". Mam wrażenie - mówi pani Beata - że nie chodzi tylko o ulżenie i pomoc starszej osobie, ale i jej krewnym. Od tego, jak długo ich bliski będzie w miarę sprawny, zależy i jakość ich życia.

Zanim trafią do szpitala...

Z badań CBOS wynika, że Polacy w zdecydowanej większości uważają, iż ludzie starzy są potrzebni społeczeństwu. Aż 97 proc. ankietowanych twierdzi, że mogą zająć się wnukami, których rodzice intensywnie pracują. 95 proc. uznało także (można było zaznaczyć kilka odpowiedzi), że przydatne jest doświadczenie i wiedza osób starszych, a 90 proc. oczekuje ze strony rodziców, nawet w podeszłym wieku, pomocy finansowej. Trudno więc nie zauważyć postawy roszczeniowej młodszych wobec starszych.

- Najpierw przywiązuje się mamę jak najmocniej do siebie, bo może pomóc przy wnuczkach, a kiedy dzieci odrosną lub sama jest już niesprawna i potrzebuje pomocy, bezwzględnie się ją odtrąca. To straszne i niestety częste - zauważała dyrektor Dorota Zych i dodaje, że na starych ludzi w Polsce nie ma pomysłu.

Brak odpowiedniego wsparcia socjalnego to poważna przeszkoda, ale nie mniejszą są kwestie kulturowe, tradycja. I brak pomysłu ludzi starych na samych siebie. Żeby chciało się żyć.

- Przeciętny polski emeryt nie pójdzie do osiedlowego klubu seniora, nie zapisze się do Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Woli spędzać życie w kolejce do lekarza, narzekając oczywiście, że jest tak długa. Obserwuję to codziennie w przyszpitalnej przychodni. Chociaż są zapisy na konkretne godziny, nikomu niepotrzebni emeryci, szukający towarzystwa, przychodzą pod drzwi, nim otworzymy poradnie, a potem przesiadują aż do ich zamknięcia - zauważała dyrektor Zych.

A tymczasem w przychodni....

Przychodnia przyszpitalna Szpitala Bielańskiego znajduje się niedaleko gabinetu dyrektor Zych. Jakby na potwierdzenie jej słów przy rejestracji kłębi się tłum. Dominują osoby starsze. Wiele wydaje się być jeszcze dość krzepkich: awanturują się, wypominają płacone "darmozjadom" pieniądze, opowiadają historię swojego życia... Postawę na "nie" najłatwiej zaobserwować. Nawet w momencie uruchomienia dodatkowego okienka (liczba oczekujących do rejestracji przekroczyła 100 osób), pojawiają się głosy niezadowolenia. Nowe okienko rozładowuje bowiem sytuację, ale "niesprawiedliwie" (nie wyświetlają się przy nim jak przy pozostałych numerki, więc niekoniecznie obsługiwani są ci, którzy przyszli pierwsi). Argument, że to i tak przyspieszy obsługę, nie przekonuje.

Właściwie można pójść do dowolnego szpitala i zaobserwować podobne sceny, chociaż pacjenci w danej kolejce będą przekonywać, że właśnie "tu jest najgorzej".

Inny warszawski szpital, ten sam dzień, także przewaga starszych osób.

Pan Ryszard, 67 lat (wygląda na więcej), czeka na kardiologa, jest po dwóch zawałach. Twierdzi, że wiele z tej wizyty nie wyniesie:

- Lekarz człowieka nie wysłucha. Narzeka, że mało zarabia, ale za taką pracę, więcej się nie należy. Głowę spuści, w komputer wsadzi i takie jego zachowanie. Trudno wyciągnąć jakąś informację. A z młodymi lekarzami szczególnie jest ciężka rozmowa. Ponad pół roku temu poszedłem do lekarza, żeby czegoś się dowiedzieć, bo z ciśnieniem nie mogę sobie poradzić. Biorę proszki na nadciśnienie i nie do końca wiem, jak je stosować. Mam napisane: rano, po południu i wieczorem. Ale jakbym tak brał, to już bym prawdopodobnie nogi wyciągnął. Lekarza nie interesowało to w ogóle. Telefonami się bawił, nawet tego nie ukrywał - twierdzi pan Ryszard.

Pani Zofia, 70 lat, chociaż chodzi do tego samego lekarza, nie rozumie problemów pana Ryszarda. Czasem ma trudności ze zrozumieniem tego, co mówi lekarz, bo po prostu niedosłyszy. Nie zamierza jednak za to winić lekarzy.

Trochę elastyczności

Praca ze starszymi ludźmi nie jest łatwa. Ci bardziej sprawni bywają uciążliwi, ci w gorszym stanie raczej nie rokują na poprawę, powoli gasną i szanse na sukces w pracy są w zasadzie żadne.

Jak wyjaśniała Beata Melaniuk, psycholog, psychoterapeutka poznawczo-behawioralna, trudno o entuzjazm, gdy wiadomo, że podopieczny może już być tylko w gorszym stanie. Na dużych oddziałach internistycznych codziennie umiera kilka osób. Rotacje wśród pracowników między oddziałami przestają pomagać, bo starszych osób przybywa i właściwie trudno znaleźć oddział w szpitalu dla dorosłych, gdzie problemu nie ma.

Nie jesteśmy przygotowani mentalnie na kontakt ze starością, ale i ze służbą zdrowia.

Według dyrektor Zych zaledwie co piąty pacjent oddziału ratunkowego rzeczywiście powinien tu trafić. Długie kolejki po pomoc to nie tylko kwestia niewydolności systemu, zmęczenia lekarzy. To przede wszystkim brak szacunku wobec pracowników służby zdrowia, ale i innych pacjentów.

Ktoś, kto przyjeżdża na SOR po receptę na lek antykoncepcyjny lub żeby wypłukać ucho, powinien mieć świadomość, że właśnie być może skazuje ciężko chorego pacjenta nie tylko na oczekiwanie w długiej kolejce, kontakt ze zdenerwowanym, zmęczonym lekarzem, ale i na śmierć.

Każdy, kto pozwala bliskiej osobie umierać w samotności, musi mieć świadomość, że starzejemy się wszyscy i być może za kilkadziesiąt lat i jego spotka to samo.

Zobacz także
  • Nie ma miejsca dla starych ludzi bevor 26.07.15, 12:59

    Ważny artykuł. Wypowiedzi lekarzy poniżej poziomu ... trudno określić normę. Opiekowałam się swoimi rodzicami, aż do przysłowiowego trzymania za rękę w ostatnich chwilach... A kontakt z »

Co uważasz za najważniejsze w trosce o skórę?