Życie bez mydła

26.01.2011 01:00

Rysunek Patryk Mogilnicki

Mam przed oczami te małe rączki dotykające w reklamach muszli klozetowej. A prawda jest taka, że na desce od sedesu jest mniej bakterii niż tej do krojenia warzyw czy mięsa - rozmowa z dr. Wojciechem Feleszką, pediatrą
Czy warto się myć?

Ale ma pani pytania...

Pytam, bo coraz więcej Amerykanów żyje bez mydła.

Warto, ale z drugiej strony nie mam wątpliwości, że Amerykanom ograniczenie środków myjących, a przede wszystkim antybakteryjnych, bardzo się przyda. Jeśli bowiem w każdym sklepie w USA przy wejściu stoją chusteczki jednorazowe nasączone płynem bakteriobójczym, którym przeciera się rączkę wózka, w siedzibach koncernów - dozowniki na alkohol do rąk, jeśli każdy ma zawsze pod ręką swój osobisty płyn niszczący bakterie na rękach, to zakrawa to na paranoję.



Właścicielka domu, który wynajmowaliśmy, mieszkając w USA, zostawiła nam - jak mówiła - 'trochę' chemii gospodarczej. Starczyło na trzy lata.

No właśnie. Nadużywanie antybakteryjnych mydeł, a także płynów do mycia podłóg, blatów i toalet może powodować nie tylko wysuszenie i podrażnienie skóry, ale także zaburza równowagę w środowisku naturalnym. Chcemy czy nie, żyjemy w świecie pełnym bakterii - dobrych i złych. Takie płyny niszczą je wszystkie, jak leci. Ponadto skóra chora to często skóra, w której brakuje naturalnych składników tłuszczowych, bo nadużywane środki antybakteryjne skutecznie je wymywają. Pierwszą poradą, jaką daje lekarz alergikowi z egzemą, jest właśnie częste natłuszczanie i nawilżanie skóry. Zaczynamy powoli się przekonywać, że obecność niektórych bakterii na naszym ciele jest rzeczą bardzo pożądaną. Istnieją już dane sugerujące, że mydła bakteriobójcze niszczą bytujące na skórze pożyteczne bakterie saprofityczne utleniające amoniak (tzw. AOB). Z amoniaku znajdującego się w pocie produkują one tlenek azotu, a ten jest jedną z kluczowych cząsteczek o działaniu immunoregulacyjnym. Innymi słowy, silne mydła powodują brak tlenku azotu - i dalej - rozbuchany ponad miarę układ odpornościowy.

Znaczy lepiej się jednak nie myć.

Też nie. Dzieci, których rodzice przecierają skórę pod pieluszką tylko chusteczką jednorazową, zamiast po prostu umyć im pupę, niejednokrotnie zaczynają chorować na pieluszkowe zapalenie skóry nazywane przez niektórych odparzeniem. Dla nich jedyna rada to zwykła woda i mydło! Wniosek? Myć się trzeba, ale nie przesadnie. Nieoczekiwanie na przykład ręce personelu medycznego, często korzystającego z silnych antybakteryjnych detergentów, z czasem ulegają kolonizacji szkodliwymi szczepami bakterii. A więc nadmierne używanie silnych mydeł może przynieść wręcz odwrotny skutek. A poza tym immunolodzy częściej zastanawiają się, czy za dużo higieny nie jest szkodliwe, gdyż kontakt z bakteriami jest warunkiem koniecznym zdrowego funkcjonowania naszej odporności.

Rodzice pytają mnie, czy dziecko może jeść coś z podłogi. I zawsze odpowiadam: w domu - tak, na dworcu - nie. Choć znam dzieci, które jadły piasek z piaskownicy, ssały niedopałki albo lizały chodniki - i żyją. Nadal ta prawda wydaje się zaskakująca, ale dzieci wychowywane na wsi, gdzie mają stały kontakt ze zwierzętami i ich odchodami, a więc bakteriami odzwierzęcymi, są statystycznie zdrowsze i mniej alergiczne niż miejskie. Może więc trochę bakterii nie zaszkodzi?

Tyle że reklamy ciągle nas nimi straszą. Ostatnio producent detergentów do prania zaprosił dziennikarzy na konferencję prasową do... toalety. Nad muszlą klozetową specjaliści pochylali się nad doniosłym problemem.

Tak, sam mam przed oczami te małe rączki dotykające w reklamach muszli klozetowej. Tymczasem mikrobiolodzy udowodnili, że na desce od sedesu jest mniej bakterii niż na desce do krojenia warzyw czy mięsa. Nie dajmy się zwariować. Wiele z mikroorganizmów, z którymi teraz trwa zacięta walka i technologiczny 'wyścig zbrojeń', to nasi sprzymierzeńcy. Dlaczego? Bo współistnieją one z gatunkiem homo sapiens od paleolitu. 2,5 mln lat przed naszą erą w każdym mililitrze wody i gramie gleby żyły miliony bakterii. Proszę sobie wyobrazić ówczesnych ludzi - żyjących w małych grupkach, zbierających i zjadających z głodu to, co znaleźli: korzonki, jagódki, padłą zwierzynę. To wszystko popijali wodą, do której spływały nieczystości.

Wszystko mi już łazi w brzuchu

Właśnie. Przed zagrożeniami wynikającymi z takiego trybu życia chronił sprawny układ odpornościowy, który wykształcił się u ssaków i ludzi przez miliony lat ewolucji. Wiele drobnoustrojów, takich jak prątki środowiskowe, probiotyczne pałeczki jelitowe, robaki, wirusy zapalenia wątroby i inne, mieszkało głównie w naszych jelitach, często w stosunkowo niegroźnym stanie nosicielstwa. Stan ten trwał przez dziesiątki tysięcy lat, aż rewolucja higieniczna przełomu XIX i XX wieku i coraz powszechniejsze używanie antybiotyków spowodowały całkowitą eliminację tych drobnoustrojów z naszego otoczenia.

Skutek łatwo przewidzieć. Wprawdzie cieszymy się coraz lepszą jakością życia, ale prowadzi to do poważnych zaburzeń układu odpornościowego - nie tylko alergii, ale także cukrzycy i prawdopodobnie innych chorób autoimmunizacyjnych. Teraz jednak nie mamy już wyjścia. Myć się trzeba.

Jak często?

Szybki prysznic raz dziennie z użyciem łagodnego środka myjącego to podstawa. Mycie włosów - niekoniecznie codziennie. Może być nawet raz w tygodniu, jeśli nie przetłuszczają się za bardzo, a my nie prowadzimy aktywnego trybu życia. Żadna skrajność nie wychodzi człowiekowi na zdrowie. Najczęściej musimy myć ręce. Myć, a nie płukać. Dłonie należy zmoczyć, a potem przez 20 sekund nacierać dokładnie mydłem, by usunąć brud pomiędzy palcami, pod paznokciami i pod biżuterią czy zegarkiem - bo te miejsca to raj dla bakterii. Ręce trzeba myć przed jedzeniem i po każdym wyjściu z toalety.

Pan musi częściej.

Zdecydowanie. Z badań amerykańskich wynika, że dziennie w USA umiera ok. 250 osób tylko dlatego, że lekarz czy pielęgniarka mieli nieumyte ręce. Dlatego w większości szpitali mikrobiolodzy okresowo pobierają posiewy ze skóry dłoni z miejsc trudno dostępnych - jak fałdy między palcami - żeby ocenić, czy ręce personelu medycznego są prawidłowo myte. CDC (Centers of Disease Control and Prevention) obecnie zaleca mycie rąk przed wejściem do sali chorych i podczas jej opuszczania. Co do Ameryki i tych, którzy unikają wody i mydła - mycie rąk przed jedzeniem i przed wyjściem z toalety to konieczność, najlepiej jednak, żeby nie było to mydło antybakteryjne.

Nie ma też przekonujących dowodów naukowych na to, że dezodorant powoduje jakikolwiek uszczerbek na zdrowiu. Za to istnieją przekonujące dowody, iż brak elementarnej higieny może być przyczyną poważnych problemów medycznych na skalę światową. To znaczy?

Złe warunku sanitarne i brak dostępu do czystej wody oraz kanalizacji w połączeniu z lekkomyślnym stosowaniem antybiotyków na skalę masową jest przyczyną powstawania bardzo zaawansowanych szczepów bakterii opornych na najnowsze generacje antybiotyków! Wszystkie szlaki prowadzą do Indii, gdzie opisano pierwsze z tych bakterii. Historia sięga połowy lat 90., kiedy to w Indiach odkryto bakterie oporne na nowoczesne antybiotyki będące pochodną penicyliny. Gen odpowiedzialny za tę oporność błyskawicznie przeskoczył na powszechne pałeczki jelitowe i obecnie wykrywa się go już w 70-90 proc. jelit Hindusów.

Jest się czego bać?

Polska ma na szczęście bardzo nowoczesny system nadzoru epidemiologicznego, zgodny z zaleceniami WHO, który zapobiega przenikaniu superopornych szczepów ze szpitali do społeczności i w drugą stronę. A nie mają go np. Indie, skąd turyści stale przywożą 'pasażerów na gapę', czyli bardzo oporne drobnoustroje rozprzestrzeniające się drogą jelitową. Czy wie pani, że siedmiu na ośmiu Szwedów powracających z egzotycznych podróży przywozi w swoich jelitach bakterie produkujące enzymy rozkładające wiele antybiotyków (tzw. ESBL)? Jeszcze 10 lat temu martwiliśmy się szybkim narastaniem oporności wśród bakterii takich jak gronkowce czy enterokoki. Obecnie pojawiają się szczepy Gram-ujemne, u których oporność narasta dużo szybciej, i wygląda na to, że programy rozwoju i wytwarzania nowych leków zostaną wyprzedzone przez sprytne bakterie w ciągu 10-20 lat.

Jak to się przekłada na praktykę?

Np. kilka tygodni temu leczyłem kilkuletnią dziewczynkę chorą na ciężkie zapalenie płuc. Otrzymywała kolejne coraz nowsze generacje antybiotyków przeznaczone do zastosowania w takim zapaleniu - z mizernym efektem. Płuco nie chciało się wyleczyć. Zaczęły się pojawiać duże ogniska martwicy. Dziecku groziło usunięcie płuca. Wreszcie sięgnęliśmy po najsilniejszy z antybiotyków, sprowadzony na zamówienie, i dopiero on zabił te bakterie. Ale co by było, gdyby nie zadziałał?

Tragedia.

No właśnie. Nie tylko w przemyśle czy rolnictwie nadużywa się antybiotyków i płynów bakteriobójczych. Czy zdajemy sobie sprawę, że szorując się kilka razy dziennie mydłem antybakteryjnym, niszczymy pewien ekosystem? Czy biorąc antybiotyk na własną rękę, mamy świadomość, że pomagamy bakteriom w uzyskaniu oporności? Czy łykając połowę zamiast całej serii leku, wiemy, że dzięki temu bakterie niewybite przezeń do końca znajdą sposób, żeby się na niego uodpornić? Czy wyrzucając antybiotyk do kosza czy zlewu, zamiast oddać go do apteki, myślimy o tym, że to nie koniec jego niszczącego działania? Wreszcie - czy jesteśmy gotowi na nadejście ery bez antybiotyków, w której żaden z nich nie działa, bo są bakterie oporne na wszystko? Przez wynalezienie preparatów antybakteryjnych i przede wszystkim antybiotyków stajemy się dziś ofiarami własnego sukcesu.

Skomentuj:
Życie bez mydła
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX