Zbędne kilogramy? To nasz problem z przeszłości

Dlaczego to, co naprawdę lubimy, jest niemoralne, nielegalne lub... tuczące? Wszyscy wiemy, że łatwo jest przytyć, a trudno schudnąć. A jak już się schudnie, ile wysiłku kosztuje utrzymanie się w formie. W naszym nowym cyklu szukamy odpowiedzi na te pytania
Uwaga: Tekst przeznaczony wyłącznie dla czytelników dorosłych. Przeczytaj, wytnij, zapamiętaj i spal. Albo schowaj głęboko, by nie dostał się w ręce młodzieży. Samo czytanie o jedzeniu może być przyczyną zaburzeń odżywiania i samooceny u nastolatek. Artykuły o diecie są pod tym względem groźniejsze niż oglądanie zdjęć wychudzonych modelek i aktorek.

Pierwsza laureatka Miss World z 1951 roku była apetyczną, ważącą blisko 75 kg Szwedką. Dziś korony spoczywają na głowach piękności o co najmniej 20 kilo lżejszych i dużo wyższych. Ale im bardziej podobają nam się smukłe sylwetki, tym bardziej - średnio - odstajemy od ideału. Statystyki Światowej Organizacji Zdrowia podają, że w 2005 roku połowa dorosłych Polaków i niemal 45 proc. Polek miało nadwagę. W USA nadwaga dotknęła ponad 70 proc. dorosłych, w efekcie czego sprowadzonym z Wielkiej Brytanii do Nowego Jorku taksówkom trzeba było wzmocnić podwozia stalową płytą.

Jakie są przyczyny tej epidemii? Niewątpliwie w dużym stopniu jesteśmy ofiarami dobrobytu. W dawnych, złych czasach tłuszcz pod skórą był kapitałem gromadzonym na wypadek głodu. Każdy kilogram zmagazynowanej tkanki tłuszczowej to ok. 7000 kcal, które pozwalają przetrwać trzy-cztery dni.

Dieta? Dziękuję! Wolę pochodzić

Dziś żywności w każdym sklepie mamy pod dostatkiem, nawet na przednówku. W naszych ciepłych domach nie tracimy jak przed wiekami dodatkowej energii na podnoszenie temperatury ciała. Nie ratuje nas nawet religijna tradycja - kto (z ręką na sercu!) traktuje post literalnie i nie dojada, choćby przez czterdzieści dni w roku? Dziś nasza biologia zwraca się przeciwko nam.

Wbrew rozpowszechnionemu przekonaniu nieprawdą jest bowiem, jakoby szczupli mieli "znakomitą przemianę materii", a grubi "słaby metabolizm". Przez trzydzieści lat wytężonych badań nie udało się zauważyć żadnych metabolicznych różnic u szczupłych i pulchnych. Co więcej - otyli spalają więcej kalorii, bo potrzebują więcej energii, by utrzymać przy życiu potężniejsze ciała i by móc je poruszać. Trudno też podejrzewać, żeby wszyscy oni bez wyjątku obdarzeni byli wyjątkowo słabą wolą.

Winna jest historia naszego gatunku - oponki to wyrównywanie szans rodem z plejstocenu. Dobór naturalny promował tych, którzy potrafili jeść najwięcej i najszybciej (kiedy było co jeść), zgromadzić jak najobfitszą tkankę tłuszczową, a także zużywać jak najmniej energii (gdy pożywienia brakowało). Tysiące lat takiego genetycznego treningu sprawiły, że część z nas na restrykcyjne ograniczenie ilości dostarczanych kalorii reaguje ograniczeniem wydatkowania energii. Stąd bierze się nieskuteczność większości diet.

Co więc robić?

Hasło "jedz mniej" działa tylko w połączeniu z radą "ruszaj się więcej", bo natura predysponowała nas do dużo aktywniejszego trybu życia. Nasi przodkowie z neolitu pochłaniali więcej kalorii niż my i jadali bardziej nieregularnie. To, co dziś najbardziej nam szkodzi, to nie nadmiar jedzenia, ale brak ruchu.

Herbatnik? Dziękuję! Jestem abstynentką

Jak na złość ewolucja zadbała też o to, by najbardziej smakowały nam rzeczy, od których najszybciej się tyje. Obecny w mózgu neuropeptyd galanina wzmaga apetyt na tłuszcz i alkohol, a neuropeptyd Y - na słodkie. Perfidna matka natura sprawiła też, że alkohol i tłuszcz podnoszą poziom galaniny, która wzmaga na nie apetyt. Podobnie rzecz ma się z cukrem - pofolgowanie sobie i skuszenie się na ciastko wywołuje pragnienie sięgnięcia po następne.

Po posiłku wzrasta poziom serotoniny, neuroprzekaźnika, który działa niczym prozac - zapewnia zdrowy sen i chroni przed depresją, odpręża, relaksuje i poprawia humor. Ale na tym nie koniec. W wyniku podrażnienia kubków smakowych odbierających smak słodki wzmaga się wydzielanie endorfin, które wyzwalają uczucie szczęścia i zadowolenia. W procesie trawienia kazeiny (sernika) zawartej m.in. w - tak, oczywiście - serniku, a także w mleku i wyrobach mlecznych powstają w mózgu substancje podobne do morfiny. Biologicznie mają na celu przywiązanie dziecka do matki, ale w wieku dorosłym stają się raczej środkiem, który przywiązuje nas do... deski serów pożeranych wieczorem z kieliszkiem czerwonego wina. Nie ma żadnej przesady w stwierdzeniu, że od jedzenia można się uzależnić...

Stałe nadużywanie rozkoszy stołu rozregulowuje mechanizm odczuwania przyjemności z nasycenia. Normalnie odbywa się to tak, że pod wpływem wysycenia tłuszczem komórki tłuszczowe produkują leptynę. Hormon ten, docierając do mózgu, hamuje apetyt, sprawia, że czujemy się najedzeni. Niestety, ustawiczne folgowanie sobie przy stole może "znieczulić" receptory leptyny. Z czasem przestają one reagować i do wywołania sytości potrzeba coraz więcej tłustego pożywienia. Warto o tym pamiętać i wstawać od stołu, zanim najemy się do syta.

Osobny problem to słodycze.

- Pragnienie zjedzenia czegoś słodkiego rzadko sprowadza się do przyjmowania samego tylko cukru - twierdzi Adam Drewnowski, dietetyk z Uniwersytetu w Waszyngtonie. - Obiektem naszego pożądania stają się najczęściej słodycze, które są mieszaniną cukru i tłuszczów - lody, ciastka czy inne desery.

Drewnowski zauważył, że podawanie patologicznym miłośnikom słodyczy naloksenu - preparatu stosowanego np. przy przedawkowaniu heroiny i morfiny - znosi apetyt na czekoladę.

Rada? Jeśli zauważasz, że po otwarciu paczki nie jesteś w stanie poprzestać na jednym herbatniku - odstaw słodycze definitywnie, tak jak uzależnieni od alkoholu nie pozwalają sobie nawet na jeden kieliszek wina.

BMI lub BMW, wybór należy do ciebie

Połakomiwszy się wieczorem na wielką porcję lodów z adwokatem, wiemy, że ta chwila przyjemności i co najmniej 700 dodatkowych kalorii odbija się nam w biodrach. Niektórym może nawet przemknie myśl o zdrowiu: cholesterolu, miażdżycy, nadciśnieniu i kłopotach z poziomem cukru. Nieliczni zdają sobie sprawę, że otyłość aż dwukrotnie podnosi ryzyko utraty wzroku, grozi rozwojem dny moczanowej, choroby zwyrodnieniowej stawów, stłuszczeniem wątroby i zaburzeniami potencji. Ale... czy myślicie także, że pobłażanie sobie może wpędzić was w kłopoty finansowe?

Na Zachodzie ludzie z poważną nadwagą płacą dwu-, czterokrotnie wyższe składki na ubezpieczenie zdrowotne. W Polsce leczenie otyłości i jej powikłań pochłania - uwaga! - ponad jedną piątą wszystkich wydatków na ochronę zdrowia. Nadwaga jest wyraźnie "droższa" nawet od palenia papierosów. Palenie pociąga za sobą wzrost średnich kosztów opieki medycznej o 21 proc. i lekarstw o 28 proc., dodatkowe kilogramy zwiększają koszty leczenia o 36 proc., a lekarstw o 77 proc!

Mało tego, z prac Jaya Zagorskiego, ekonomisty z Ohio, wynika, że nadwaga jest czynnikiem ryzyka materialnych problemów. 15 (i więcej) zbędnych kilogramów przekłada się na kłopoty ze znalezieniem pracy, niższe wynagrodzenie, dłuższe oczekiwanie na awans i niższe premie. Statystycznie wzrost BMI o 1 punkt (czym jest wskaźnik BMI - znajdziesz w ramce obok) to 1 tys. dolarów mniej zgromadzonego majątku. Otyłym trudniej jest zyskać akceptację grupy i dostać się na szczyty towarzyskich powiązań. Mają zaniżoną samoocenę, nie wierzą we własne siły, a i przez innych postrzegani są często jako mniej wydajni, a nawet mniej sprawni intelektualnie.

Zagorski przekonuje jednak, powołując się na swoje badania, że wystarczy schudnąć, by odmieniła się fortuna - ci, którzy zeszli z poziomu BMI 27,5 (średni wskaźnik dla nadwagi) do 21,7 (średnia dla normalnej wagi), odnotowali wzrost majątku o ponad 4 tys. dol.

Jedz drożej!

Bez wątpienia działa tu jednak również zależność w drugą stronę - tyją biedni z powodu oszczędzania na jedzeniu. Tanie, masowo produkowane produkty spożywcze są zwykle wysokokaloryczne i niezdrowe. Ukochanymi dziećmi przemysłu spożywczego są syrop słodowy (kukurydziany lub jęczmienny) i tzw. tłuszcze typu trans. Syrop słodowy zawiera mnóstwo fruktozy i jest wściekle kaloryczny, dużo bardziej niż zwykły cukier, ale jest też tańszy od cukru, opłaca się więc dosładzać nim żywność dla mało wymagających klientów. Tłuszcze typu trans to tłuszcze roślinne poddane takim procesom chemicznym, by wyglądem zaczęły przypominać masło (utwardzone). Są uwielbiane przez restauratorów - można je niemal bez końca podgrzewać i chłodzić bez utraty jakości. Kosztują grosze, a jednocześnie zapewniają jedzeniu długi okres przydatności do spożycia (ciastka i herbatniki wyprodukowane z ich użyciem można przechowywać niemal w nieskończoność). Niestety, ze zdrowotnego punktu widzenia tłuszcze trans mają same wady: drastycznie podwyższają poziom złego cholesterolu i obniżają poziom dobrego, przez co przyczyniają się do rozwoju miażdżycy, a także upośledzają pamięć i uszkadzają białka komórek nerwowych mózgu. W wielu krajach wprowadzono obowiązek deklarowania, ile procent tłuszczów typu trans zawiera dany produkt. Prawo to nie obowiązuje w Polsce. Jeśli chcemy ograniczać ich spożycie, musimy więc jeść jak najmniej żywności przetworzonej i unikać olei utwardzonych (uwodornionych). Warto postępować według francuskiego hasła "płać więcej za jedzenie". Warto zainwestować w wartościową żywność świetnej jakości. Nie musimy naprawdę wydawać więcej - wystarczy, że pozwolimy, by ilość przeszła w jakość.

Więcej o: