Uwaga na czerniaka

Rozpoczyna się nowa era w leczeniu zaawansowanego czerniaka - oznajmiono podczas wielkiego onkologicznego kongresu w Chicago
- Wciąż zajmujesz się tym czerniakiem? - pytali mnie przez lata zatroskani koledzy. - To takie smutne - opowiadała podczas zjazdu Amerykańskiego Towarzystwa Onkologii Klinicznej (ASCO) dr Caroline Robert, lekarz dermatolog z Instytutu Gustava Roussy w Paryżu. - Dziś wreszcie mogę im powiedzieć: Moja dziedzina nie jest już tak rozpaczliwie smutna, mogę się znacznie częściej uśmiechać - ciągnęła dr Robert.

- Czerniak to nowotwór złośliwy wywodzący się z melanocytów, komórek produkujących barwnik nadający naszej skórze ciemniejszy odcień - tłumaczy prof. Piotr Rutkowski, kierownik Kliniki Nowotworów, Tkanek Miękkich, Kości i Czerniaka Skóry Centrum Onkologii w Warszawie. Mieszkańcy Afryki na czerniaka właściwie nie chorują - ich skóra jest na tyle ciemna, że choroba ich nie dotyczy. Zmiany najczęściej pojawiają się na skórze, znacznie rzadziej np. w oku czy na błonach śluzowych.

Choroba ta dotyczy ludzi w każdym wieku, stosunkowo często jednak chorują młodzi (gros zachorowań przypada na osoby w wieku 40-49 lat, ale cierpi też wiele osób pomiędzy 20. a 29. rokiem życia).

Czerniak na szczęście nie jest schorzeniem bardzo częstym. W Polsce to 14. z kolei pod względem liczby przypadków nowotwór złośliwy - zapada na niego ok. 3 tys. Polaków rocznie. - Niepokojące jest jednak to, że ta liczba stale rośnie - ostrzega prof. Rutkowski. - Czerniak to choroba o najszybszej dynamice wzrostu zachorowań, liczba pacjentów podwaja się co 10 lat - dodaje specjalista.

Tylko nie solaria

Skąd się to bierze?

Przyczyną czerniaka jest wystawianie się na słońce, a konkretnie na uszkadzające DNA w naszych komórkach promieniowanie ultrafioletowe.

Słońce, by zaszkodzić, musi trafić na odpowiednią skórę. Na czerniaka najczęściej zapadają więc osoby, mające dużą liczbę znamion na ciele, rudzi i piegowaci albo mający jasne włosy, jasne oczy, ogólnie źle znoszący słońce i łatwo ulegający poparzeniom słonecznym. Szczególnie wrażliwe są też dzieci - ich skóra jest cieńsza, bardziej podatna na oparzenia.

Nasi dziadkowie chorowali na czerniaka znacznie rzadziej, gdyż znacznie rzadziej się na słońce wystawiali. - Mam specjalne przezrocze, na którym pokazuję zależność pomiędzy wzrostem zachorowań, a odsłanianiem kolejnych partii ciała zgodnie z duchem czasu i zmieniającą się modą - śmieje się prof. Rutkowski.

- Niestety, moda na opalanie, spędzanie długich godzin na słońcu, np. na żaglówce czy podczas gry w tenisa, nie wychodzi nam na dobre - podkreśla prof. Reinhard Dummer, dermatolog z Uniwersyteckiego Szpitala w Zurychu (Szwajcaria). - Ale jeszcze gorsze są wakacje na Karaibach, na które jadą tłumnie biali i piegowaci Anglicy czy jeszcze bielsi Skandynawowie. W Europie pod względem liczby zachorowań przodują dziś bogaci i często podróżujący Szwajcarzy, Duńczycy, Norwegowie, Holendrzy.

- Narażę się właścicielom solariów, ale muszę jeszcze ostrzec, że ten sposób opalania jest wyjątkowo szkodliwy i może prowadzić do czerniaka - mówi prof. Rutkowski. - Nasze organizmy są zupełnie nieprzystosowane do znoszenia tak dużych dawek napromienienia UV - ciągnie lekarz. - Proszę pamiętać - nie ma bezpiecznej dawki promieniowania w solarium, tymczasem w Polsce nikt tego nie kontroluje, przepisy założenia takiego biznesu są takie same jak w przypadku zakładu fryzjerskiego. Nie ma też dolnego limitu wieku, w jakim można korzystać z solarium, a udaje się tam bardzo często młodzież, by lepiej wyglądać przed studniówką, a nawet dzieci przed komunią. To zgroza. Szlag mnie trafia, jak widzę reklamę typu: "Przyjdź do nas i przygotuj się na słońce" - denerwuje się prof. Rutkowski. Na słońce powinniśmy się przygotować, stosując filtry i opalając się bardzo rozważnie - dodaje onkolog.

1, 2, 3, 4 milimetry

Naszym wielkim atutem w walce z czerniakiem jest fakt, że tworzący się nowotwór po prostu widać. Może albo coś się dziać ze starą zmianą, którą od lat nosimy na skórze, albo pojawia się całkiem nowe znamię, które rośnie. W obu przypadkach niepokojące jest to, gdy zmiana się poszerza, rośnie na grubość, swędzi, zmienia kolor. Co wtedy? Mamy dwa wyjścia - idziemy albo do dermatologa, albo do chirurga onkologa. Lekarze tych specjalności uzbrojeni w urządzenie zwane dermatoskopem są w stanie szybko ocenić, czy znamię jest groźne, czy nie.

Uwaga! Profilaktyczne usuwanie starych znamion nie likwiduje ryzyka czerniaka, zawsze bowiem może pojawić się zupełnie nowa zmiana, a z niej rozwinąć nowotwór.

Po to, by ocenić, czy coś niepokojącego dzieje się na naszej skórze, trzeba się jednak regularnie oglądać, najpierw samemu, a w razie czego pokazać się lekarzowi.

Ma to głęboki sens, gdyż czerniak w początkowej fazie rozwoju, a więc gdy grubość zmiany nie przekracza milimetra, jest na ogół całkowicie uleczalny. Wystarczy banalny zabieg chirurgiczny w znieczuleniu miejscowym. Jeśli takiej zmiany nie wykryjemy i poczekamy, aż urośnie ona na grubość do 2-3, a potem 4 milimetrów, a jednocześnie dojdzie początkowo do naczyń krwionośnych, potem do węzłów, a wreszcie - w najgorszym scenariuszu - da odległe przerzuty np. do płuc, kości, mózgu, dla chorego nie ma ratunku. Pacjenci z zaawansowanym czerniakiem żyli do tej pory średnio sześć-osiem miesięcy, po pięciu latach nie żył nikt.

Proszę zapamiętać: różnica pomiędzy jednym a czterema milimetrami grubości zmiany na skórze to różnica pomiędzy życiem i śmiercią.

Zablokować chory gen

- Na szczęście coraz więcej osób trafia do mnie w pierwszym, świetnie leczącym się stadium nowotworu - mówi prof. Rutkowski. Wyleczalność z czerniaka w Polsce wynosi dziś ok. 60-70 proc. Reszta, a więc ok. tysiąca osób rocznie, umiera.

To właśnie dla tych najciężej chorych wreszcie pojawia się nadzieja. Na zjeździe w Chicago przedstawiono wyniki dwóch obiecujących badań. Pierwsze dotyczyło pacjentów z zaawansowanym czerniakiem, u których znaleziono specjalną mutację w genie BRAF.

Taki gen posiada każdy z nas, ale - jak się okazuje - u mniej więcej co drugiej osoby chorującej na czerniaka BRAF jest uszkodzony. Zwykle do nowotworzenia komórki potrzebują jakichś sygnałów, a więc "zachęt", z zewnątrz. Tymczasem gdy BRAF jest zmieniony, żadnych sygnałów nie trzeba, kolejne melanocyty zmieniają się nowotworowo i choroba napędza się sama.

Gen BRAF odkryto w 2002 r. Trzeba było dziewięciu lat, by doczekać się pierwszych wyników tzw. III fazy badań klinicznych, w których zastosowano lek blokujący BRAF o roboczej nazwie Vemurafenib. Połowie spośród 675 pacjentów z zaawansowanym czerniakiem (wszyscy z nich mieli zmutowany gen BRAF, co zawczasu sprawdzono) podano nowy lek, a połowie standardową (i bardzo mało skuteczną) terapię. Badanie miało charakter otwarty, tzn. lekarze wiedzieli, kto z chorych dostaje nowy, a kto stary lek. Wyniki były na tyle dobre, że ze względów etycznych próbę po paru miesiącach przerwano i wszystkim zaczęto podawać lek blokujący gen BRAF.

Na leczenie odpowiedziało bardzo wielu chorych. Efekt był niemal natychmiastowy, niestety, nie trwał zbyt długo. Przez kilka miesięcy prowadzenia badania zaobserwowano jednak aż 63 proc. spadek liczby zgonów i 74 proc. spadek szybkości wzrostu guza.

Cena, jaką płacili za to pacjenci, była jednak niebagatelna. Ponad 10 proc. chorych odczuwało poważne skutki uboczne, najczęściej wysypkę i bóle stawów, ale pojawiły się też rzadkie, mniej groźne od czerniaka, nowotwory skóry.

Dobre przeciwciało

Drugi obiecujący preparat to ipilimumab (IPI) atakujący czerniaka na zupełnie innej zasadzie. IPI to wysoce wyspecjalizowane ludzkie przeciwciało pobudzające układ odpornościowy do walki z czerniakiem. Pomysł tzw. immunoterapii czerniaka nie jest nowy. Jakiś czas temu mówiono sporo o szczepionkach przeciw tej chorobie. Próby te, niestety, spaliły na panewce, być może dlatego, że próbowano wykorzystać antygeny samego czerniaka. Teraz spróbowano zadziałać w sposób mniej swoisty, a więc pobudzić (a de facto odblokować) nieczynne limfocyty T (rodzaj białych ciałek krwi). O pozytywnym działaniu IPI doniesiono już na zeszłorocznym ASCO ["Gazeta" nr 131/2010], kiedy to wykazano, że jest to pierwszy lek rzeczywiście wydłużający życie pacjentom z zaawansowanym czerniakiem, u których zawiodło dotychczasowe leczenie (niektórzy żyli nawet po trzech latach i być może można ich było wręcz uznać za wyzdrowiałych).

Tym razem IPI podano osobom z przerzutami, wcześniej w ogóle nieleczonym. Połowie z 502 pacjentów podawano IPI plus standardową terapię, połowie placebo plus standard (w badaniu brali udział m.in. pacjenci z Polski). Efekt znów był bardzo pozytywny. Po roku w grupie z IPI żyło 47,3 proc. pacjentów (versus 36,3 w grupie kontrolnej), po trzech latach liczby te wyniosły odpowiednio 20,8 proc. versus 12,2.

Nie oznacza to jeszcze zwycięstwa nad zaawansowanym czerniakiem, ale skoro po trzech latach żyje i ma się całkiem nieźle (terapia IPI też ma swoje poważne skutki uboczne, ale można sobie z nimi dać radę) co piąty pacjent - to jest już coś. A przynajmniej do tej pory o takim wyniku można było wyłącznie marzyć.

Nietrudno zgadnąć, że uczestnicy konferencji zastanawiali się głośno, co by się stało, gdyby tak podać chorym oba leki naraz, albo np. najpierw jeden, a potem drugi. Życie pisze tu jednak dobry scenariusz. Kilka dni temu oficjalnie ogłoszono, że firma Roche (producent Vemurafenibu) i BMS (producent IPI) łączą siły walce z czerniakiem i następne badanie kliniczne zaprojektują już wspólnie.

Skomentuj:
Uwaga na czerniaka
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX