Ginący słuch muzyków

Muzycy narażeni są na hałas o natężeniu porównywalnym z panującym w fabryce. Różnica tkwi w podejściu - w fabryce robi się wszystko, żeby dźwięk stłumić, a w branży muzycznej wszystko, żeby słyszeć go jak najlepiej
- Coraz częściej zdarza mi się prosić rozmówcę o powtórzenie wypowiedzi, czuję, że słyszę słabiej - mówi "Gazecie" Piotr Dorosz, muzyk od lat grający na puzonie. Podkreśla, że podczas prób i koncertów hałas jest ogromny. Dodatkową trudnością jest brak możliwości stłumienia dźwięków. - Mogę włożyć stopery do uszu, ale wtedy bardzo słabo słyszę kolegów z zespołu - dodaje.

Ogłuszający flet

Według polskiego prawa największy poziom hałasu, na jaki może być narażony pracownik w czasie ośmiogodzinnego dnia pracy, wynosi 85 decybeli (dB). Z najnowszych badań prowadzonych wspólnie przez Centralny Instytut Ochrony Pracy - Państwowy Instytut Badawczy oraz Uniwersytet Muzyczny Fryderyka Chopina w Warszawie wynika, że podczas normalnej aktywności zawodowej poziom dźwięku, z jakim stykają się muzycy, przekracza tę normę. Za pomocą mikrofonów znajdujących się bezpośrednio w małżowinach usznych badanych naukowcy przeprowadzili pomiary poziomów dźwięków w ciągu półtoragodzinnej sesji ćwiczeniowej. Muzycy grający na instrumentach dętych (flecie, puzonie i waltorni) narażeni byli na dźwięki o średnich poziomach od 93 do 96 dB. W przypadku gry na flecie chwilowe wartości dźwięków oscylowały w granicach 120 dB. Także w czasie koncertu, na którym pomiary przeprowadzono mikrofonami ustawionymi na estradzie, muzycy narażeni byli na podobnie wysoką dawkę hałasu.

Nie mniejsze zagrożenie muzycy stwarzają dla cudzego słuchu. Pomiary wykonane w otoczeniu osoby grającej na waltorni wykazały poziomy hałasu oscylujące w granicach 100 dB. W tym miejscu na scenie zazwyczaj znajdują się puzoniści i trębacze.

- Przy wzroście poziomu dźwięku zmniejsza się dozwolony czas, w którym muzyk może być narażony na hałas - tłumaczy kierownik zespołu prowadzącego badania dr hab. inż. Jan Żera. - Przy 85 dB jest to osiem godzin, a przy 91 dB dwie. Gdy mamy do czynienia z poziomami w zakresie 100--106 dB, czyli takimi, jakie spotykamy podczas koncertów, maksymalny prawnie dozwolony czas ekspozycji wynosi około czterech minut. Oznacza to, że już kilkuminutowy głośny utwór może wyczerpać dopuszczalną dzienną dawkę hałasu.

Wyniki polskich badań znajdują potwierdzenie w pracach opublikowanych w innych krajach. Zagrożenia słuchu muzyków pracujących w orkiestrach symfonicznych analizowali między innymi amerykańscy badacze Julia i Larry Royster. Pomiary, które przeprowadzili na koncertach, wykazały, że w operach Wagnera poziomy dźwięku instrumentów basowych, rogów, skrzypiec, altówek i wiolonczel oscylowały w granicach 81-96 dB. Wyniki te pokazują, że część muzyków orkiestrowych narażona jest w czasie pracy na poziomy dźwięku w granicach 85 dB, czyli graniczną dopuszczalną dawkę ekspozycji na dźwięk, ale tylko wtedy, gdy ich praca kończy się po koncercie. Jeżeli uwzględni się inne obowiązki zawodowe muzyka, na przykład próby, dawka hałasu osiąga wartości, przy których występuje ryzyko uszkodzeń słuchu.

Szczególnie narażeni są perkusiści. Chwilowe wartości hałasu, na jaki są eksponowani, mogą sięgać nawet 140 dB. Dodatkowo są to dźwięki o charakterze impulsowym, przed którymi ucho nie jest w stanie się bronić. W badaniach przeprowadzonych pod kierownictwem prof. dr. hab. Antoniego Jaroszewskiego w czasie ćwiczeń studentów Uniwersytetu Muzycznego zarejestrowano dźwięki wybranych instrumentów perkusyjnych. Były to: ksylofon, werbel, talerze, marimba, dzwony rurowe, dzwonki orkiestrowe, kotły i zestaw bębnów. Badania wykazały niebezpiecznie wysokie poziomy dźwięków generowanych przez te instrumenty. Mieściły się one w przedziale 105-115 dB. Podobne warunki występują również w miejscach znajdujących się blisko instrumentów perkusyjnych.

Co w uchu muzyka piszczy

Jeżeli na ucho w sposób przewlekły oddziałuje hałas, komórki słuchowe, które odpowiadają za przekaz impulsów nerwowych do mózgu, ulegają stopniowemu uszkodzeniu. W konsekwencji pojawia się nadwrażliwość słuchowa oraz pogarsza się czułość słuchu. Osoba z takimi zaburzeniami słyszy dźwięki dopiero znacznie głośniejsze niż osoba ze zdrowym słuchem. Kłopoty sprawia jej nawet rozumienie mowy. Mogą pojawiać się również problemy z rozpoznawaniem wysokości dźwięków. Dość powszechnym zjawiskiem są tzw. szumy uszne, które opisać można jako dzwonienie, brzęczenie lub gwizdanie słyszane przez człowieka w momencie, kiedy nie jest on wystawiony na działanie żadnego źródła dźwięku. Badacze przypuszczają, że najprawdopodobniej z szumami usznymi zmagali się Beethoven, Goethe oraz Michał Anioł.

Zagrożenia słuchu występują nie tylko u muzyków grających od wielu lat. Badania wskazują, że już w czasie edukacji muzycznej u młodych ludzi pojawiają się problemy ze słuchem będące skutkiem ekspozycji na hałas.

- Problem uszkodzeń słuchu wydaje się szczególnie poważny wśród pewnych grup muzyków, na przykład muzyków rockowych. Tam ubytki słuchu są już znaczne i nieodwracalne - zauważa dr hab. Andrzej Miśkiewicz, profesor Uniwersytetu Fryderyka Chopina i kierownik Katedry Akustyki Muzycznej. Według niego trudno jest obecnie stworzyć warunki pracy, w których nie istniałyby zagrożenia dla słuchu muzyków. Być może pomogłyby specjalnie opracowane dla muzyków ochronniki słuchu, ale tylko wtedy, gdy stosowane byłyby na masową skalę. Wśród nich m.in. stopery umieszczane bezpośrednio w uszach muzyków, obudowy i ekrany dźwiękochłonne oddzielające najbardziej niebezpieczne instrumenty oraz tłumiki akustyczne. Istotnym elementem jest też odpowiednie przygotowanie sal prób. Wyłożenie ścian pomieszczeń materiałami pochłaniającymi fale akustyczne przyczynia się do zmniejszenia ryzyka utraty słuchu.

W ciągu kilku ostatnich lat coraz więcej znanych muzyków potwierdza tezę o szkodliwym wpływie dźwięków muzycznych na słuch. Przestają ukrywać, że mają potężny niedosłuch lub inne dolegliwości. Wśród nich są m.in.: gitarzysta i wokalista rockowy Neil Young, lider zespołu The Who Pete Townshend, wokalista The Police Sting, gitarzysta Eric Clapton, James Hetfield i Lars Ulrich z zespołu Metallica czy też Ozzy Osbourne z heavymetalowej grupy Black Sabbath.

Dla nich wszystkich przyznanie się do choroby nie oznaczało końca kariery. Ale dla tysięcy anonimowych muzyków takie ujawnienie uszkodzenia słuchu może być zabójcze. Zmiany w prawie chroniące zawód muzyka powinny iść w parze ze zmianami w podejściu do problematyki ochrony słuchu przez pracodawców - dyrektorów orkiestr, teatrów operowych i filharmonii, rektorów uczelni muzycznych, dyrektorów szkół muzycznych oraz autorytetów w dziedzinie muzyki. Sytuacja poprawi się jedynie wtedy, kiedy kwestia zagrożeń słuchu muzyków przestanie być pomijana, a ochrona przed niebezpiecznymi poziomami dźwięków powszechnie stosowana. Muzyka jest piękna, róbmy więc wszystko, żebyśmy i my, i muzycy mogli ciągle się nią cieszyć.

Więcej o: