Komu tu jeszcze przysolić?

Na 'Ostatniej wieczerzy' Leonarda da Vinci pod łokciem Judasza na stole widać przewróconą solniczkę. Wojnę soli w żywności już wypowiedzieli Brytyjczycy i Amerykanie. Teraz pora na nas
Mamo, niedobre to kakao - dziesięcioletni Jasiek krzywi się nad kubkiem. Dziwne. Zwykle nie wybrzydza. - Tej samej firmy co w Polsce - mówię. - Mamo, ale to jest słone! Rzeczywiście. Słone jak diabli. Odkąd kilka miesięcy temu zamieszkaliśmy w Ameryce, non stop muszę prowadzić śledztwo żywieniowe. Słone jest tu masło, jogurty owocowe, mąka wymieszana z proszkiem do pieczenia (niedawno upiekłam z niej pyszne jak sałatka śledziowa ciasto). Słone są batony, ciastka, czekolada, nawet lody! Nic więc dziwnego, że przeciętny Amerykanin - starzec czy niemowlak - zjada dwie łyżeczki soli dziennie (3,5 g samego sodu), choć powinien najwyżej pół.

Tymczasem z raportu na temat spożycia soli przygotowanego przez niezależne amerykańskie Centrum Nauki w Interesie Publicznym (CSPI) wynika, że słona dieta słono Amerykanów kosztuje. Sól jest bowiem nie tylko jedną z przyczyn ich monstrualnej otyłości i chorób sercowo-naczyniowych, ale ponad wszelką wątpliwość - głównym powodem nadciśnienia, które zabija rocznie 150 tys. Amerykanów. - Jak to możliwe, że co roku wydajemy ponad 15 mld dol. na leki na nadciśnienie, a rząd nie robi kompletnie nic, by ograniczyć spożycie soli?! - grzmiał w zeszłym roku podczas ogłoszenia raportu Michael F. Jacobson, szef CSPI. Kierowana przez niego instytucja od dwóch lat walczy z FDA - agencją rządową regulującą rynek leków, żywności i kosmetyków - o uznanie soli za składnik niebezpieczny, którego nie można ot, tak sobie sypać do jedzenia. To niewątpliwie odwiodłoby producentów żywności od bezmyślnego solenia czego popadnie.

Brytyjczyk soli i tyje

W październiku petycję w sprawie przyjrzenia się soli w diecie na ręce kanadyjskiego rządu złożyło kilkadziesiąt organizacji pozarządowych propagujących zdrowy tryb życia. Jednak najbardziej spektakularną wojnę soli wypowiedzieli Brytyjczycy.

Wiosną opiniotwórczy 'The Times' donosił w wielkim artykule na pierwszej stronie: po 15 latach badań naukowcy są pewni - zmniejszenie ilości soli w diecie może uchronić przed zawałem serca i udarem. Zespół prof. Nancy Cook z Harvard School of Medicine udowodnił na przeszło 3 tys. ochotników, u których rozpoznano początki nadciśnienia, że redukcja o jedną trzecią ilości soli w diecie powoduje obniżenie ciśnienia krwi i zmniejsza ryzyko chorób serca (wyniki badań publikował też prestiżowy 'British Medical Journal'). Tymczasem przeciętny Brytyjczyk zjada dziesięć razy więcej soli, niż jest to konieczne, czyli ok. 10 g dziennie - jeszcze więcej niż Amerykanin. Do tego tyje w tempie przerażającym. W ciągu dziesięciu lat trzykrotnie wzrosła Brytyjczykom liczba otyłych dzieci i nastolatków, w ciągu 20 - potroiła się liczba otyłych dorosłych. Niedawno rząd współpracujący z Agencją Standaryzacji Żywności za absolutny priorytet zdrowotny przyjął program zmniejszenia do 2010 roku spożycia soli przez Brytyjczyków do 6 g dziennie. Dzięki niemu udało się zmusić gigantów żywnościowych (Kraft, Nestlé, Unilever, KFC, McDonald's, McCain czy Heinz) do obniżenia ilości soli w 3,5 tys. produktów! Dodatkowow sklepach przy cenach pojawiły się kolorowe oznaczenia: czerwone kółko - uważaj, wysoki poziom soli, jedz okazjonalnie; żółty - OK, możesz jeść; zielony - zdrowy wybór, jedz jak najczęściej.

Projekt karelski

Brytyjczycy nie byli jednak pierwsi. Przez 20 lat w Finlandii w prowincji o najniższym statusie społeczno-ekonomicznym i najgorszych wskaźnikach zdrowotnych - Karelii - prowadzono tzw. projekt północnokarelski propagujący wśród 28 tys. mieszkańców zdrowy tryb życia, w tym m.in. dietę niskosodową. Wyniki przedstawione w 1997 roku były imponujące. U osób po 65. roku życia o połowę udało się obniżyć umieralność z powodu chorób krążenia, o 80 proc. zmniejszyć ryzyko udarów i zawałów serca, o przeszło sześć lat wzrosła długość życia! Projekt karelski jest dziś jak wzorzec metra w Sevres dla naukowców z całego świata, którzy walczą z nadciśnieniem.

Polak soli i umiera

A jak solimy w Polsce? - pytam docent Małgorzatę Kozłowską-Wojciechowską, przewodniczącą Rady Promocji Zdrowego Żywienia Człowieka. - Na potęgę. Tradycyjna polska kuchnia to przecież nic innego jak ziemniaki, wieprzowina i sól. No i mamy w Polsce katastrofę. Nadciśnienie urosło nam do rozmiaru choroby społecznej - co trzeci dorosły Polak ma nieprawidłowe ciśnienie tętnicze, przeszło 8 mln choruje na nadciśnienie, drugie tyle jest nim zagrożone. Większość nadciśnieniowców bierze leki, a proszę pamiętać, że jeśli leki zacznie się brać, to trzeba to robić do końca życia. Wielu nie zdaje sobie sprawy, bo nadciśnienie w fazie początkowej nie daje żadnych objawów, dlatego tak ważne jest, by mierzyć ciśnienie co najmniej dwa razy w roku - podsumowuje doc. Kozłowska-Wojciechowska.

Z badań wynika, że przeciętny Polak zjada beczkę soli rocznie - jeszcze więcej niż Amerykanin czy Brytyjczyk - prawie dwie i pół łyżeczki dziennie! Solimy ogórki i pomidory, uwielbiamy słone śledzie, grillujemy na słono. Jednak sól z domowych solniczek to pestka. Najwięcej ukrywa się jej (a dokładnie - szkodliwego sodu lub poprawiacza smaku glutaminianu sodu) w produktach gotowych: zupkach w proszku, daniach fast food, wędlinach i pieczywie oraz kostkach rosołowych (te ostatnie niemal w 90 proc. składają się z soli). Amerykanie zjadają jej w przetworzonych produktach aż 80 proc., Brytyjczycy - 70, my - na razie ok. 60. Jednak to u nas z powodu nadciśnienia i jego powikłań umiera najwięcej osób - blisko 170 tys. rocznie. To tak, jakby z mapy Polski znikało miasto wielkości Olsztyna. Czy coś z tym robimy?

- Są różne programy edukacyjne prowadzone przez organizacje pozarządowe, sponsorowane przez firmy produkujące artykuły żywnościowe, ale na skalę ogólnopaństwową nie robi się z tym kompletnie nic - mówi doc. Małgorzata Kozłowska-Wojciechowska. - Wiosną udało się nam, tzn. Radzie Promocji Zdrowego Żywienia Człowieka i Polskiemu Towarzystwu Badań nad Miażdżycą, zawrzeć porozumienie z grupą producentów branży spożywczej. W sklepach pojawią się produkty z logo 'dieta niskosodowa', których smak nie ulegnie zmianie, gdyż zamiast soli kuchennej będzie w nich mieszanka pozwalająca na znaczne obniżenie zawartości sodu. Tak naprawdę jednak podobnie jak w Finlandii, Wielkiej Brytanii czy Stanach potrzeba nam programu akceptowanego przez rząd, który zmieni świadomość Polaków i narzuci producentom odpowiednie normy.

Jeden gram wystarczy

Nie wyobrażam sobie gotowania bez soli, lubię śledzie i słone paluszki, ale kakao mojego syna wylewam do zlewu. Mimo że na opakowaniu roi się od zapewnień producenta, że ma o 25 proc. cukru mniej, że zawiera wapń pomagający w budowie mocnych kości, że nie ma w sobie syropu kukurydzianego, którego Amerykanie boją się jak ognia, bo sprzyja tyciu. O soli cicho sza, choć na liście składników stoi jak wół. Tymczasem dietetycy podkreślają, że nie można przyzwyczajać dzieci do smaku, który w przyszłości może im kompletnie zrujnować zdrowie. Dziennie według WHO powinniśmy jeść nie więcej niż 6 g soli (łyżeczka od herbaty). By nasz organizm pracował prawidłowo, wystarczy zaledwie 1 g.

Gdy miesiącami jemy jej dwa-trzy razy za dużo, nasze ciało zaczyna zatrzymywać wodę, nogi stają się ciężkie, powiększa się brzuch, u kobiet nasila się napięcie przedmiesiączkowe. Zniszczenia rosną lawinowo: zwiększa się ilość wapnia wydalanego z moczem (osłabienie kości), podnosi się ciśnienie krwi, które obciąża serce, nerki, wzrasta ryzyko zawału i udaru. Na szczęście z badań wynika, że człowiek potrzebuje tylko 48-72 godzin, by odzwyczaić się od słonego smaku, a przynajmniej dostrzec słoność potraw, podczas gdy odzwyczajenie się od cukru zajmuje nam aż trzy miesiące. Zmniejszenie ilości soli w diecie skutkuje natychmiast. W ciągu dwóch tygodni spada ciśnienie krwi, a także waga - od półtora do dwóch kilogramów.

Walka trwa i potrwa

29 listopada w College Park w stanie Maryland rozpoczęły się negocjacje dietetyków i przedstawicieli CSPI z producentami żywności, którzy nie zgadzają się z proponowanym zredukowaniem ilości soli w produktach o 25 proc. (zgadzają się na 10 proc.), bojąc się utraty klientów. Ponadto adwokaci publiczni domagają się uznania soli za "składnik niebezpieczny". Negocjacje potrwają zapewne kilka tygodni. 'Jestem pewny, że nikt nie zaakceptowałby tak wielu zgonów z powodu wypadków samolotowych, jak my tolerujemy zgony z powodu soli w diecie' - powiedział podczas rozpoczęcia negocjacji dr Stephen Havas, wiceszef American Medical Association.

Więcej o: