Geny otyłości naprawdę istnieją

Są tacy ludzie, naprawdę. Jedzą mało, ćwiczą regularnie, walczą z nadwagą. I nic. Są otyli. Niektórzy wręcz chorobliwie. Często skarżą się, że mają tak "od zawsze", że tacy się urodzili. Kolejna wymówka? Niekoniecznie. Być może rzeczywiście za swoją tuszę mogą winić geny
Dzięki pracy opublikowanej w zeszłym tygodniu w tygodniku "Science" wiadomo, że tak dzieje się u myszy. Wszystko świetnie obrazuje zdjęcie. Na jednej szali dwa normalne gryzonie, na drugiej - mysi potwór. Wielki i tak tłusty, że łapy się pod nim załamują. Nie, nikt nie karmił go na siłę. Opiekunowie nie dawali mu żadnej wysokokalorycznej karmy. Jadł dokładnie tyle samo co jego dwie zgrabne koleżanki. Nie miał tylko jednego... genu, którego pozbawili go naukowcy. Tego, który działając w mózgu, pomaga kontrolować, jak szybko organizm spala zjedzone kalorie.

- Te myszy nie spalały tłuszczu, tylko go przechowywały - mówi dr Joseph Majzoub, szef oddziału endokrynologii w Boston Children's Hospital, główny autor pracy. I dodaje: - Co ciekawe, przyrost wagi był bardziej zauważalny u samców niż u samic.

Od dawna podejrzewano, że tu muszą w grę wchodzić jakieś genetyczne skłonności. Lata temu odkryto np., że bliźnięta jednojajowe rozdzielone w dzieciństwie mają w dorosłości taki sam wzorzec wagi - podobny swoją drogą do rodziców biologicznych - niezależnie od tego, jaką dietę serwowali im rodzice adopcyjni. To odkrycie dowodzi, iż istnieje nie tylko genetyczna kontrola tego, ile myszy (i ludzie) mogą zjeść, ale również co z tego, co zjedzą, zostanie przekształcone w tłuszcz lub będzie spalone.

Bliźnięta tyją tak samo

Powtarzane od lat stwierdzenie, że każde zjedzone 350 dodatkowych kalorii to pół kilograma więcej tłuszczu w ciele, najwyraźniej się nie sprawdza.

Przykładem są badania, w których udział wzięło 12 par szczupłych bliźniąt jednojajowych. Poproszono ich, by przez 120 dni przebywali w zamknięciu, w warunkach narzuconych przez uczonych. To, co w tym czasie jedli oraz ile ćwiczyli, było dokładnie monitorowane. Wszystkie bliźnięta dostawały dietę o tysiąc kalorii dziennie bogatszą, niż było im to potrzebne, by utrzymać dotychczasową masę ciała. Oczywiste, przytyły. Ile?

To zdumiewające, ale choć między sobą przybierały na wadze tak samo, to różnice między parami były ogromne. Najmniejszy wzrost wagi wynosił - 5 kg, największy - prawie 15 kg!

Od czasu, gdy pojawiły się nowoczesne metody badania materiału genetycznego, ustalono, że za indywidualne skłonności do tycia lub pozostawania szczupłym odpowiada wiele genów (możliwe, że nawet setki) - wpływają one m.in. na zwiększony apetyt, są też takie, które powodują, że bezustannie czujemy się głodni.

Jednym słowem w większości przypadków tłumaczyć to może naszą mniejszą lub większą skłonność do obżarstwa.

Jednak mutacja w genie MRAP2 (to właśnie temu genowi poświęcona jest praca w "Science") jest wyjątkowo intrygująca, ponieważ zdaje się wyjaśniać coś innego. Tyjemy nie dlatego, że genetycznie lubimy dużo jeść, ale wtedy, gdy porcje są normalne.

Co dziś udało się ustalić uczonym? Odkryli oni, że MRAP2 jest genem pomocniczym. Jego działanie polega na tym, że jest czymś w rodzaju posłańca dla innego genu mającego wpływ na kontrolę apetytu.

Amerykanie postawili więc tezę. Jeśli gen pomocniczy nie działa, powinno to wyłączyć z gry także gen związany z kontrolowaniem apetytu. Poddane takim manipulacjom myszy, pozbawione genetycznego wyłącznika apetytu, powinny jeść jak opętane. Jednak pierwszą rzeczą, jaką zauważyli naukowcy, wcale nie był wilczy apetyt gryzoni, ale to, że stawały się bardzo szybko tłuste. Na koniec doświadczenia ważyły dwa razy tyle, co ich zwykli pobratymcy.

Dziwne było też to, że kiedy zmutowane myszy były młode, miały normalny apetyt. By utrzymać ich wagę w ryzach, trzeba było wtedy podawać im 10 do 15 proc. mniej jedzenia niż innym myszom. Ich nadwagę dało się więc jakoś kontrolować, choć gryzonie były zapewne wciąż głodne.

Jednak gdy dorosły, zamieniały się w żarłoczne monstra. Kiedy pozwalano im najeść się do woli, pochłaniały wszystko, co stanęło im na drodze. Nie wiadomo na razie, dlaczego tak się dzieje. I gdzie jest ta granica, po której zmienia się zachowanie zwierząt, nie mówiąc o tym, co wyzwala żarłoczność.

Czy podobne zjawisko zachodzi u ludzi?

Genetycznie "przechlapane"

Dr Majzoub skontaktował się z dr. Sadafem Farooqui, który pracuje na uniwersytecie w Cambridge i analizuje genomy ponad 500 bardzo otyłych dzieci w całego świata. Szuka mutacji, które dotyczą ludzkiego odpowiednika genu, odkrytego właśnie u myszy.

Okazało się, że Farooqui znalazł już jedno chorobliwie otyłe dziecko z ewidentną mutacją w tym genie, a czworo innych miało genetyczne zmiany "osłabiające" prawidłową pracę MRAP2 (w grupie dzieci kontrolnych takich zaburzeń nie odkryto).

Z badań genetycznych wynika, że akurat ta rzadka mutacja może dotykać tylko jednego procent ludzi otyłych. Jednak uczeni podejrzewają, że inne zmiany w obrębie tego samego genu mogą być bardziej powszechne. Mogą też wzmacniać je mutacje w innych genach oraz niekorzystne czynniki środowiskowe (np. zły styl życia).

Dr Majzoub chce teraz poszukać, czy przypadkiem u osób z nadwagą (jeszcze nie otyłych) nie znajdzie podobnych "łagodniejszych" w skutkach mutacji genu MRAP2. Jest ich niemal pewny.

Amerykanin ma też nadzieję, że dzięki dalszym testom uda się dokładnie zbadać, w jaki sposób aktywność genu lub jej brak wpływa na zarządzanie energią i masą ciała. Na razie jedyne, co udało się zaobserwować podczas trwania doświadczenia, to to, że pozbawione genu MRAP2 myszy wydzielały więcej ciepła.

W dłuższej perspektywie chodzi oczywiście o to, żeby znaleźć lek dla osób chorobliwie otyłych, który wyrówna szybkość procesu spalania kalorii.

Gdyby okazało się, że zaburzenia np. aktywności genu MRAP2 są częste, to po co natura "toleruje" takie wady?

Według jednej teorii nazwanej "hipotezą zapobiegliwego genu" podobne mutacje istnieją, bo dają gatunkowi ludzkiemu szansę na przeżycie w czasach głodu. Niewielki procent osób, u których są wyjątkowo dokuczliwe z perspektywy ewolucji się nie liczy.

Problem w tym, że na tę naturalną zapobiegliwość ewolucji nakłada się nasza obecna cywilizacja, styl życia i jedzenia. Byle czego, szybko, tłusto. Gdy złożymy to razem, mamy epidemię otyłości. Jednak fakt pozostaje faktem, że niektórzy mają od początku genetycznie "przechlapane".

- Przez lata wmawiano ludziom, że kłopoty z nadwagą są wyłącznie ich winą. Zarzucano im słabość i brak samokontroli - mówił w wywiadzie dla "New York Timesa" dr Majzoub. - Jeśli jednak niektórzy są otyli, bo tak ich ciałom nakazują zachowywać się geny, to zupełnie zmienia podejście do otyłości i dalsze postrzeganie tej choroby. Mam nadzieję, że z czasem będziemy umieli pomóc coraz większej grupie pacjentów - podkreślał.

Więcej o: