Nie chcę się bawić w Pana Boga

Rozmawiała Dorota Frontczak
13.09.2010 , aktualizacja: 13.09.2010 12:28
A A A Drukuj
Wiele czasu poświęcam, by taki stan złagodzić. Przyjrzeć się, czy wtedy, gdy pacjent "zgrzeszył", można było dokonać innego wyboru. Może nie, skoro go nie dokonał. Nie chodzi o rozgrzeszenie, ale o mądre wybaczenie sobie.

Niektórym pomaga spowiedź u mądrego księdza, który nie będzie się bawił w kata.

Zna pani ludzi, którzy pod wpływem choroby przebudowali swoje życie?

- Tak. W jakimś sensie wszyscy chorzy zmieniają coś w swoim życiu. Tylko że jedni robią to świadomie, a inni poddają się losowi. Mam setki zapisków dotyczących wtórnych korzyści z choroby moich pacjentów. Jedni ludzie wreszcie dają sobie prawo do powiedzenia nie, do zadbania o siebie. Inni zaczynają doceniać życie i to, co mają. Jeszcze inni zmieniają pracę, kończą toksyczne związki lub odnajdują się w małżeństwie. Są też tacy, którzy realizują swoje największe marzenia. Choroba, zwłaszcza przewlekła, uwrażliwia na życie.

"Czeka cię droga może być trudna, ale wiedz, że może to być najwartościowsza podróż, jaką kiedykolwiek odbędziesz" - tak uważa Simonton. A pani?

- Szanuję tę metodę, sama z niej w jakimś sensie korzystam, ale są w niej elementy, które kłócą się z moją wrażliwością i odpowiedzialnością za drugiego człowieka. Mam na myśli ćwiczenie dotyczące przeżywania własnej śmierci. Nie widzę potrzeby wprowadzania ludzi w taki stan, nawet jeżeli teoretyczne założenie jest pozytywne.

Wiem, że można i trzeba z ludźmi rozmawiać o umieraniu. To temat, który nas przytłacza, a jednak na moich warsztatach potrafimy z pacjentami i ich bliskimi rozmawiać o tym dwie-trzy godziny. Otwarcie nazywamy nasze leki, rozmawiamy o tym, czy można tak zupełnie się nie bać, i w rezultacie skupiamy się na czasie, który nam został.

Doświadczenie moich chorych i ich rodzin nauczyło mnie pokory wobec myślenia, co będzie, jak mnie nie będzie. Wiem, że to już nie nasz problem, a wpływ mamy tylko na to, co teraz. Zamiast myśleć, jak będą żyły moje dzieci, kiedy mnie zabraknie, mówię: "Świat zapewne się zorganizuje, a teraz, kiedy żyję, mogę starać się dać im dobro, które zaowocuje w ich życiu nawet, gdy mnie zabraknie".

To realny wkład w ich przyszłość beze mnie.

<i>* Mariola Kosowicz jest terapeutą, psychoonkolożką, prowadzi także terapie małżeństw</i>

Zobacz także

Zapytaj eksperta

dr n. med. Maciej Kierzkiewicz

Gastrolog radzi

Emilia Gnybek-Ciosek

Skuteczne odchudzanie

Agnieszka Iwaszkiewicz

Życie rodzinne

Katarzyna Albrecht-Stanisławska

Zdrowie małego dziecka

Michał Lew-Starowicz

Problemy seksualne

Anna Englisz i Katarzyna Faliszewska

Zdrowa dieta