Dzieci alkoholicy

Rano dziewięcioletni Jarek miał drgawki. Bał się, że nic nie umie, że koledzy będą się z niego śmiać, że wychowawczyni wezwie rodziców. - Ale jak pomyślałem, że po szkole wypiję, to przechodziło
Gabinet doktora Romana Bednarskiego: pomarańczowe ściany, żółta kanapa, pluszowe misie na podłodze. Doktor siedzi na szerokim, niebieskim fotelu.

Sześcioletnia Ania (jasne kucyki, duże zielone oczy, chuda) siedzi na kanapie. Prawie jej nie widać, bo wciska się w szczelinę między poduszkami. Opowiada:

- Mam prysznic tu, pod włosami na głowie. Tak mi szumi i pluska. To kładę się na dywanie i pływam, na niby. Ale ostatnio to naprawdę. Wtedy woda jest dla mnie za duża.

Doktor jest psychiatrą dziecięcym. Będzie Anię wyławiał. Za drzwiami czekają rodzice. Ojciec Ani otwiera elegancki kalendarz. Pod datą 5 marca wpisuje: "Zaczynamy terapię".

Tego samego dnia, w innej części Krakowa. Gabinet Doroty Wójcik, pedagoga szkolnego: białe ściany, biurko, dwa krzesła, radio. Na krześle dziewięcioletni Jarek (krótkie sterczące włosy, wąskie zaciśnięte usta, krosty na czole). Pani pedagog chodzi po pokoju.

- Co czujesz po wypiciu? - pyta.

- Odważny jestem, jak tata. Bić bym się chciał.

Wpada matka Jarka. Krzyczy: - To, co w rodzinie jest, ma zostać w rodzinie.

Wybiega z gabinetu, za nią Jarek. Pani pedagog wzdycha, w kalendarzu na biurku (takim na tekturowej podstawce) zapisuje: "Prawdopodobnie nie dojdzie do żadnej terapii".

Niedobry sok

Ania jeszcze nie chodziła, a już znała cały dom. Raczkowała na parterze, na pierwszym piętrze. Poznawała dywany, nogi szaf, stoły od spodu, zimną posadzkę w łazience, haftowane kapy zwisające z rozłożystych sof. Miała jedenaście miesięcy, gdy zaczęła chodzić. Mogła już naciskać guziki pralki automatycznej. I patrzeć na wchodzących i wychodzących gości. Czasem opierała się o barek na kółkach i jeździła po całym pokoju.

Takich barków na kółkach w domu Marczyńskich (mieszkają w ekskluzywnej dzielnicy Krakowa) jest kilka. Barek w kuchni ("żeby zawsze był pod ręką"), dwa barki w salonie, jeden w gabinecie Bogdana, ojca Ani. Są też inne. Te, które nie jeżdżą, a chowają się we wnękach mebli.

Wódka, likiery, dżin, whisky, koniak. Wódka dla znajomych Bogdana z pracy, likiery dla przyjaciółek Edyty (matka Ani), dżin dla ojca Bogdana, whisky dla ojca Edyty, koniak dla ważniejszych klientów (Marczyńscy są właścicielami kilku butików). Dla każdego coś. W lodówce jeszcze piwo i szampan.

Bogdan (37 lat, ekonomista): - Styl europejski. U nas nie wyjmuje się wódki z szafy. A alkohol to dodatek do rozmowy.

Edyta (35 lat, chemik): - Zawsze mamy dużo gości. Codziennie ktoś przychodzi. Częstowanie alkoholem to część ceremoniału.

Kiedy Ania była mniejsza, często siadała na kolanach matki. Patrzyła, jak panie i panowie jedzą miniaturowe kanapki, sałatkę i piją z kryształowych kieliszków. Widziała, jak robią się czerwoni na twarzach, śmieją się coraz głośniej, są inni - szczęśliwsi. Nie tak, jak na początku. I mama była inna - przytulała ją mocno, całowała w czubek głowy.

Któregoś dnia dziewczynka (może miała trzy lata) wsadziła palec do kieliszka z likierem, z którego piła ciocia. Skrzywiła się i powiedziała głośno: "Niedobry sok". Ojciec z uśmiechem zaprzeczył: "Dobry, kochanie, dobry". Ania spróbowała jeszcze raz. Goście się śmiali i bili jej brawo. Potem często musiała pokazywać, jak bardzo jej nie smakuje i krzywić twarz.

- Aniu, pokaż małego pijaczka - mówili.

Później dostawała ciastko z kremem i buziaki od wszystkich.

Miałem różne skrytki

Krajczyków, rodziców dziewięcioletniego Jarka, nie stać na europejski styl. Mieszkają z piątką dzieci w dwóch pokojach na osiedlu w Nowej Hucie. Bożena Krajczyk (45 lat, skończyła zawodówkę odzieżową) nigdy nie pracowała, jej mąż Stefan (45 lat, z zawodu frezer) jeździ śmieciarką, zarabia 1400 złotych. Pieniędzy wiecznie brakuje. Spóźniają się z opłatami, żyją z pożyczek. Ale na piwo ojciec Jarka musi mieć zawsze.

Stefan: - Taka praca. Śmierdząca. Ciągle trzeba się odkażać.

Pije od dawna. Zaczął w wojsku. Dwa razy był na odwyku. Trzeci raz nie poszedł, bo akurat rodził się Jarek, najmłodszy z piątki. Mały nieustannie wrzeszczał.

- Każ mu się zamknąć - mówił Stefan.

- Niedopieszczony jest - odpowiadała Bożena.

- Na smoczka mu cukru daj i piwem polej, od razu przestanie - radził Stefan.

I Bożena tak robiła.

Jarek szybko wyrósł z pieluch. Nie chodził do przedszkola, bo Krajczyków nie było stać na przedszkole. Siedział w domu. Lubił układać butelki po piwie. Raz w rzędzie, raz w kwadrat. Brzęczały, kiedy uderzał w nie kluczami. Ojciec robił awanturę - Jarek walił kluczami tak mocno, że butelki pękały.

- Napij się z tatą - poprosił Stefan (Jarek miał wtedy siedem lat). - Picia trzeba się uczyć od małego, żeby nigdy alkoholikiem nie zostać.

Chłopiec wypijał pół szklanki. Duszkiem. Było gorzkie, więc chciał wypić szybko. Robiło mu się gorąco, miękko w środku, szedł chwiejnym krokiem do łóżka. Jak zwymiotował na poduszkę, obracał ją na drugą stronę. Zasypiał. Czasem przychodziła matka. Ściągała mu spodnie i podkoszulek.

- Napoił cię, co? Stara świnia - złościła się.

Skacowany Stefan ciągnął Bożenę za włosy. Jarek bał się, że jego też będzie tak ciągnął. Po szklance piwa strach przechodził. Rano miał drgawki. Bał się, że w szkole nauczyciele będą pytać, a on nic nie umie, że koledzy będą się z niego śmiać, że wychowawczyni będzie wzywała rodziców.

Jarek: - Ale jak sobie pomyślałem, że po szkole sobie wypiję, to przechodziło.

Na tydzień dostawał od ojca pięć złotych. Akurat na dwa piwa (a miały być na gumy do żucia). Spróbował wina. Najtańszego. Po trzech łykach efekt był taki sam, jak po połowie szklanki piwa. A wystarczało na dłużej.

Bożena: - O piwie wiedziałam, ale myślałam, że to takie żarty, w rodzinie się zdarza. Ojciec i syn są ze sobą blisko.

Wino miał od "lumpów spod bloku".

- Dam pieniądze, pan kupi mojemu tacie - tłumaczył. - Mi nie dadzą, a jak wina nie przyniosę, tata będzie wszystkich bił.

Kupowali. Żal im było chłopaka.

Jarek: - Flaszkę chowałem wszędzie. Miałem takie skrytki: w nogawce spodni, w plecaku, pod łóżkiem. Mama do naszego pokoju rzadko zagląda. Trochę piłem, jak nikogo w domu nie było, potem, jak oglądali telewizor, i w nocy, jak siostra i bracia już spali. Nikt nie widział.

Pił i nie bał się ojca. Wydawało mu się, że jest większy od niego i silniejszy. A rano znów był mały.

W torbie kangura

Marczyńscy dużo pracują. Ale wszystko tak urządzili, żeby ciągle być w kontakcie z córką, żeby nigdy nie była sama. Jest z nią niania Martyna, przychodzą obie babcie. Martyna (lat 46) ma na głowie cały dom: odkurzanie, pranie, prasowanie, obiad. Babcie przychodzą na chwilę. W ciągu dnia Ani nazbiera się tysiąc pytań: dlaczego jestem dziewczynką, po co są piersi, jak się oddycha, dlaczego trzeba chodzić w butach... Martyna nie ma czasu na odpowiadanie. Każe Ani siedzieć przed telewizorem, zostawia ją w pokoju matki ("Pogrzeb sobie w ciuchach mamy, kiedyś też będziesz damą"), znosi do salonu zabawki. Kiedy Ania rozbije kolano, Martyna przykleja jej plaster i wraca do swoich zajęć.

Ania chciałaby, żeby ktoś z nią posiedział, porozmawiał. Ale ciągle jest sama, nudzi się, płacze do lusterka. Wtedy jej się przypomina, że po różowym soku, który piją panie, nikt nie płacze. Niezdarnie wlewa likier do kieliszka. Moczy w nim palec, oblizuje. Raz, drugi, trzeci. Pan z obrazu w salonie już uśmiecha się do niej i figura z komody też.

Dziewczynka zasypia na dywanie. Budzi się, kiedy przychodzą rodzice. Oczy jej błyszczą, głowa trochę boli. Przytula się do matki i do ojca. Dziesięć sekund, bo zaraz idą się kąpać. Przyjdą goście.

- Jak było dziś? - pyta córkę Edyta.

- Spałam długo.

- Blada jesteś. Martyna, daj Ani aspirynę.

Przychodzą goście. Barek jeździ po całym salonie - od osoby do osoby. Ania wie, że do niej nie podjedzie, ale "może będzie zabawa w pijaczka". Goście wychodzą przed północą. Dziewczynka jest w swoim pokoju. Budzi się. Rodzice żegnają znajomych w przedpokoju. Wtedy Ania idzie do salonu i udaje, że wyjada z miski resztki sałatki. Rzeczywiście wyjada, ale dopiero na samym końcu. Najpierw wylizuje kieliszki.

Minął rok. Edyta domyśliła się wreszcie, że Ania za bardzo lubi różowy likier.

Edyta: - Dzieci bawią się w dorosłych. Chcą być takie, jak oni. Myślę, że Ania nie wiedziała, co pije. To było nieświadome. Taki odruch.

Z jeżdżących barków zniknęły butelki z likierem. I była rozmowa.

- To różowe to jest alkohol. Alkohol jest dla dorosłych. Nie wolno go pić - Edyta tłumaczyła córce.

Raz dziewczynka zobaczyła, że tata nalewa do szklanki coś, co śmiesznie się pieni. Zastanawiała się, czy jak wypije, to będzie miała taką samą pianę w środku. Wypiła trochę, kiedy nikt nie widział. I szybko poszła do łóżka.

Puszek piwa Bogdan nigdy nie liczył. Po prostu kupował, żeby było. Ania szybko nauczyła się podważać środkowym palcem aluminiową zawleczkę. "Alkohol to jest to różowe. A to jest żółte i nie jest alkoholem" - tłumaczyła sobie. Na wszelki wypadek chowała puszkę w torbie wielkiego kangura wiszącego na ścianie w jej pokoju.

Zabiję jak psa

Do Krajczyków przyszła wychowawczyni Jarka: - On śmierdzi alkoholem. Wczoraj się zataczał na korytarzu. Proszę coś zrobić, bo sąd się tym zajmie.

- Śmierdzieć może mój mąż, on pije. A Jarek nie. Syna znam lepiej niż pani - zaparła się matka.

Nauczycielka wyszła. Bożena przeszukała pokój dzieci. Znalazła sześć butelek po winie. Były pod łóżkiem Jarka, ale ona pomyślała: "To na pewno Tomka. Ma siedemnaście lat, to sobie czasem podpija, a potem podrzuca bratu, żeby nie było na niego".

Później przyszła pani pedagog, potem ktoś z kuratorium. Wypytywali Bożenę.

Bożena: - Mówiłam, że niemożliwe, żeby dziewięciolatek pił. Kazałam im się odczepić. Wreszcie nasłali na mnie lekarza od uzależnień.

Doktor Wacław Janczarski długo opowiadał: rodzice nie widzą, że ich dzieci piją, bo nie mogą sobie tego wyobrazić. Organizm dziecka uzależnia się kilka razy szybciej niż organizm dorosłego. Dziecko może uzależnić się w ciągu trzech miesięcy, jeżeli na przykład pije jedno piwo dziennie. Wyjście z uzależnienia jest trudniejsze niż w przypadku dorosłego.

Bożena zaczęła obserwować syna. Zauważyła, że ma skórę w kolorze wosku, a oczy rozbiegane. Codziennie robiła rewizję. Jak znalazła butelkę, wyrzucała. Myślała, że sama rozwiąże problem. Stefanowi nic nie powiedziała: "Jeszcze by wszystkich pozabijał". Jarek uczył się coraz gorzej. Nie mógł zapamiętać nawet jednej zwrotki wiersza. Nie odróżniał szóstki od dziewiątki. Bożena wpadała wtedy w szał i krzyczała, że dwóch alkoholików w domu nie zniesie: - Masz przestać pić, bo cię zabiję. Jak psa.

Teresa Szopińska, kierownik Krakowskiego Centrum Terapii Uzależnień: - Najgorsze, co można zrobić, to straszyć. Pijące dziecko i tak jest wystarczająco wystraszone, do tego jeszcze dochodzi nieustanny emocjonalny lęk. Leczyć trzeba całą rodzinę. Nie tylko dziecko.

Bożena Krajczyk: - To, że u nas jest niedobrze, ja wiem. Ale tyle rodzin żyje z takim problemem i dzieci wyrastają na normalne. Jak na terapię mam pójść z mężem? Żeby coś zdemolował. Wstyd taki.

Gdyby Bożena poszła do poradni, usłyszałaby, że winna jest ona i mąż. Bo dziecko potrzebuje być w centrum uwagi, bo chce być wyróżniane, chce czuć się bezpiecznie, bo musi mieć rodziców, którzy się kochają. Mieć rodziców, a nie tylko "ich czasową obecność".

Półtora promila

Martyna znalazła Anię leżącą na schodach (to było w lutym tego roku). Na sukience miała wymiociny, wokół - plama moczu. Dziewczynka cuchnęła piwem. Zaniosła małą do łazienki, polewała zimną wodą. Kazała jej wymiotować. Ale Ania nic już w żołądku nie miała.

Martyna: - Postanowiłam, że nie będę mówić rodzicom, bo by mnie wyrzucili. Stało się i tyle. Nie bałam się, że Ania może coś powiedzieć. Od kilku miesięcy mało mówiła i najlepiej czuła się sama ze sobą. Dla mnie to był przypadek. Dziecko po prostu eksperymentowało.

Edyta czasem pytała Martynę: - Czemu Ania taka cicha? Zmieniła się.

Martyna odpowiadała Edycie: - Nabiega się przez cały dzień, to później jest zmęczona. Dobre dziecko to takie, które umie zająć się sobą.

Bogdan czasem pytał Edytę: - Miałem dwa piwa w lodówce, a jest jedno, piłaś?

- Wiesz, że piwa nie piję. Może Martyna? - odpowiadała Edyta.

- Nie mam czasu na picie piwa - wyjaśniała Martyna.

Bogdan tłumaczył sobie: - Może się pomyliłem...

Ania w swoim pokoju pociągała piwo z kubka na mleko (w niebieskie rybki).

Żadne z nich nigdy nic nie widziało. Tylko Edyta dwa razy poczuła piwo od córki, gdy przyszła ją pocałować na dobranoc. I pomyślała: "Zdaje mi się, to pewnie farby plakatowe tak śmierdzą. Wiadomo, z czego są zrobione?". Ania schodziła na dół do łazienki i bekała. Wtedy Bogdan mówił do Edyty: - Niech tyle nie je na noc.

Rano, gdy tylko Martyna wychodziła na zakupy, Ania wstawała i szła do kuchni. Na samo dno kosza na śmieci wciskała puszkę.

W niedzielę 25 lutego Edytę o ósmej rano obudził hałas. Wydawało się jej, że coś toczy się po schodach. Obudziła męża. Ania ledwo trzymała się poręczy. Chwiała się i szeptała: "Krzywe są te schody, takie dookoła". Straciła przytomność. Bogdan zadzwonił po pogotowie.

- Pijana - lekarz postawił diagnozę.

Edyta: - Zdębiałam i kazałam mu się popukać w czoło. A on: "Na toksykologię, na sygnale!".

W szpitalu ten sam lekarz powiedział do Marczyńskich: - Wiele razy widziałem pijane dzieci. Z reguły mają po czternaście lat, ale takiego malucha jeszcze nie widziałem. Absolutny rekord. Od kiedy córka pije?

Bogdan wytrzeszczył oczy: - Jak to pije? Przecież to dziecko.

- Co się państwo tak dziwicie? Musi pić od dawna, bo gdyby to było pierwszy raz, to nie miałaby we krwi prawie półtora promila alkoholu.

Tylko szybka terapia

W prywatnej klinice pod Krakowem pielęgniarki i lekarze też się dziwili (dotąd najmłodszy pacjent miał dziesięć lat). Ania była na odtruciu tydzień. Na początku wyniszczony organizm przyjmował tylko witaminę B1. Zrobiono jej wiele badań. Edyta i Bogdan przyjeżdżali dwa razy dziennie. Kiedy szli korytarzem, wydawało im się, że wszyscy na nich patrzą.

Edyta: - Nie powinnam być matką. Nie potrafiłam zająć się dzieckiem.

Bogdan: - To, co czuję, to coś więcej niż wina.

W gabinecie ordynatora usłyszeli: - Trochę uszkodzona wątroba, migotanie przedsionków, lekki nieżyt żołądka. Ale będzie dobrze. Proszę szybko zacząć terapię.

Teraz Ania przychodzi do psychiatry codziennie.

Jarek drugi raz nie poszedł do pedagoga - matka zapisała go do innej szkoły. Poszła też do zakładu męża i powiedziała, że Stefan jest alkoholikiem i trzeba go zabrać na odwyk. Krajczyk poszedł. Bożena zaprowadziła syna do poradni. Poprosiła o pomoc. Zastanawia się jednak, co będzie, jak Stefan wróci.

Marczyńscy opróżnili jeżdżące barki. Czasem podsłuchują pod gabinetem doktora Bednarskiego. Chcieliby usłyszeć, skąd wzięło się picie Ani. Drzwi są obite grubą gąbką i nie usłyszą, jak Ania pyta: - Różowy płyn zły, żółty zły, a taki bez koloru?

PS Imiona i nazwiska głównych bohaterów zostały zmienione.

Objawy nadużywania alkoholu to: brak apetytu, poranne wymioty (rzadko), migotanie przedsionków, rozszerzenie naczyń krwionośnych (głównie skóry), obrzęki wątroby, zmieniony kolor skóry.

Dzieci szybciej uzależniają się od alkoholu, ponieważ ich układ metaboliczny nie jest w pełni rozwinięty, podobnie jak i układ nerwowy. Mężczyzna, który waży 70 kg i wypił pięć piw, ma we krwi około 1,6 promila alkoholu. Dziecko ważące 30 kg, które wypiło jedno piwo, ma 1 promil.

W Polsce coraz mniejsze dzieci są zachęcane lub namawiane do próbowania alkoholu. Według danych Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych ok. 70 proc. niepełnoletnich miało kontakt z alkoholem. Na przykład w ciągu jednego miesiąca w 1999 r. alkohol piło 68 proc. 15-letnich chłopców i 54 proc. 15-letnich dziewcząt. Statystyki nic nie mówią o pijących kilkulatkach, ale wiadomo, że wiek pijących dzieci się obniża.

Rodzice, których dzieci piją, mogą szukać pomocy w każdej poradni dla uzależnionych. Państwowa Agencja Rozwiązywania Problemów Alkoholowych uruchomiła dla nich specjalną linię telefoniczną: 0-800 14 00 68 ("Pomarańczowa linia").

Więcej o: