Nie chcę się bawić w Pana Boga

13.09.2010 17:00
Kiedy mój tata umierał, też odczuwałam silne emocje, ale obserwowałam je, przeżywałam. Gdybym zaczęła od nich uciekać, musiałabym uciec od ojca.
Rozmowa z Mariolą Kosowicz*, psychoonkolożką

DOROTA FRONTCZAK: Co się dzieje z człowiekiem, który dowiaduje się, że ma raka?

MARIOLA KOSOWICZ: Myślimy, że rak to wyrok śmierci. I to pomimo wielu kampanii społecznych i dowodów naukowych na to, że w wielu przypadkach można tę chorobę skutecznie leczyć.

Diagnozę przyjmujemy z ogromnym szokiem i niedowierzaniem. To kłębiące się myśli: "Co teraz będzie?". W takich chwilach w jakimś sensie tracimy kontrolę nad wieloma aspektami naszego życia, a to narusza nasze poczucie bezpieczeństwa. Słabość fizyczna, silne, czasami nieznane nam wcześniej uczucie lęku o życie, męczące leczenie i jego skutki uboczne, zmiana w obrazie ciała (np. utrata piersi, jądra, nogi, części twarzy) i wejście w rolę chorego to ogromne wyzwania dla każdego człowieka.

Pojawiają się strach, wściekłość, a nierzadko w konsekwencji depresja. Wtedy potrzebne jest mądre wsparcie z wielu stron, m.in. "pogotowie psychologiczne". Dlatego w większości szpitali są już gabinety psychologów.

Ale w czym wizyta w gabinecie może pomóc?

- Często przynosi ulgę. Ludzie potrzebują rozmowy. Chcą w bezpiecznych warunkach opowiedzieć o swoich lękach, niemocy. Nie potrzebują pocieszania na siłę, ale szacunku dla swoich przeżyć. Nierzadko rozmawiamy o tym, jak mądrze podzielić czas zdrowienia na etapy, aby nie musieć ogarniać wszystkiego naraz. Oczywiście bywa też, że chory lub rodzina oczekują "pigułki szczęścia", ale i to trzeba zrozumieć.

I co pani mówi pacjentom? "Będzie dobrze"?

- Nie mogę powiedzieć, że będzie dobrze, bo nie wiem. Na początku najważniejsze jest, żeby chory i jego rodzina usłyszeli, że ich uczucia są naturalne, że mają do nich prawo. To szczególnie istotne dla pacjentów, którzy przed chorobą byli "tymi nie do zdarcia" i uważali emocje za przejaw słabości.

Chorzy obwiniają się o to, że stają się nieznośni dla otoczenia?

- Wszyscy - zdrowi i chorzy - doświadczamy w życiu sytuacji, które przerastają naszą odporność psychiczną, i czujemy, że nikt nas nie rozumie, że jesteśmy sami, że świat jest obcy i nieprzyjazny.

A ludziom kontakty z osobą doświadczającą kryzysu przeważnie sprawiają trudność. Gdy ktoś znajomy zachoruje, straci dziecko, rozwodzi się, nie wiemy, jak się zachować. Zadzwonić - nie zadzwonić? Zapraszać - nie zapraszać? Rozmawiać czy udawać, że nic się nie dzieje?

I jak się zachować?

- Chory oczekuje normalności. Nie chce być traktowany jak trędowaty ani jak inwalida. Jeszcze przed chwilą był autonomiczną jednostką, sam o wielu sprawach decydował i czuł się partnerem dla otoczenia. Kiedy zachorował, świat stawia go w roli "ofiary". (Oczywiście, są pacjenci, którzy sami wchodzą w tę rolę i w niej trwają, ale tylko niektórzy).

Nie musimy więc niczego na siłę wymyślać, znać odpowiedzi na wszystkie pytania, umieć ulżyć choremu we wszystkich jego przeżyciach. Pozwólmy jemu i sobie na emocje, a także na pewną dozę bezradności. Zamiast się domyślać, czego chory od nas oczekuje, warto go o to zapytać. Dobre rady mają sens, kiedy bierzemy pod uwagę dobro chorego, a nie swoje wyobrażenia, jak być powinno. Złość pacjenta może wynikać z wielu powodów, nierzadko z nierozsądnego zachowania otoczenia.

Bliscy rozczarowują chorego?

- Różnie to bywa. W chorobie przeżywamy wiele niełatwych emocji, robimy bilans dotychczasowego życia i oczekujemy pewnych zachowań od bliskich, nawet jeżeli o nich nie mówimy.

Przychodzi kobieta i mówi: "Powiedziałam mężowi o raku piersi, a on na to: no dobra, ale jutro mam zebranie w pracy".

I ona nie wie, co ma o tym myśleć. Jak rozumieć jego zachowanie? Jest przerażona, pyta, czy on ją zostawia samą z chorobą.

A jak niby to rozumieć? Broni pani takiego męża?

- Nie, nie bronię. Pytam, jakim są małżeństwem.

"Jak reagujecie, gdy pojawia się kryzys?".

"No ja zawsze się biorę do roboty, a on zapada się w sobie albo ucieka sprzątać piwnicę".

A więc reakcja męża niekoniecznie oznaczała złą wolę, a raczej to, że się bardzo wystraszył. I zanim pomyślimy, że to beznadziejny facet, lepiej przyjąć taką opcję, dać sobie i jemu szansę. Niestety, czasami w chwili kryzysu odkrywamy przepaść, która nas dzieli od dawna.

Jeśli mamy męża, który całe życie był nerwusem, to kiedy żona zachoruje, on tym bardziej będzie się awanturował, wyzywał lekarzy, pisał skargi na szpital. Nie dlatego, że choroba żony go zmieniła - ona tylko uwypukliła jego dotychczasowy sposób radzenia sobie z trudnymi sytuacjami.

Czy przez raka często rozpadają się małżeństwa?

- Niektóre się rozpadają, ale nie przez raka. Choroba i związane z nią problemy mogą przelać czarę goryczy, ale ta czara wypełniała się wcześniej. Oczywiście, łatwiej zrzucić winę na chorobę, na to, że w jej wyniku straciliśmy atrakcyjność w oczach partnera, ale to pułapka.

O Boże, co będzie, jak on umrze?

Czy do psychoonkologa warto przyjść z bliskimi?

- Oczywiście. I bywa, że wcale nie rozmawiamy o chorobie, choć zwykle od niej zaczynamy, ale o wszystkich problemach, które choroba odkrywa.

Kiedyś przyszła matka z córką. Z matką rozmawiałam wcześniej w szpitalu i przedstawiała mi córkę jako jakiegoś wampira. Kiedy przyszły razem, zobaczyłam fajne dziecko, które się strasznie boi, że zostanie sierotą.

Dziewczynka opowiadała, że nie wie, co robić, kiedy mama wymiotuje po chemii i leży na podłodze w łazience. Chciałaby wtedy zadzwonić do starszej siostry. Ale mama zabrania, krzyczy: "Niech cię ręka boska broni!".

Dziecko więc zamyka się w pokoju, puszcza muzykę na cały regulator. Albo ucieka do koleżanek.

Pokazałam matce, że sama nie pozwala córce zareagować inaczej na stres. Że będąc w rozpaczy, straciła z oczu przeżycia swojej córki. Dopiero kiedy powiedziały sobie, co czują, zobaczyły, jak bardzo się raniły.

Czyli słusznie mówi się, że rak to choroba całej rodziny?

- Na pewno. Każdy w rodzinie musi się odnaleźć w nowej sytuacji.

Przyjechało do mnie kiedyś małżeństwo, mąż po nowotworze żołądka. Jemu się życie zawaliło, bo pracował fizycznie, a nie mógł już dźwigać. I teraz ona musiała iść do pracy, choć nigdy nie pracowała, żeby spłacić kredyt i utrzymać troje dzieci. Oboje byli bardzo zagubieni, płakali.

"To jest normalne, że pan się boi, że może umrzeć", powiedziałam. "A pani myśli pewnie: O Boże, co będzie jak on umrze?".

Spojrzeli na siebie i przytaknęli: "Właśnie to nas męczy".

"A czy rozmawiacie o tym?".

"Nie".

Oboje się bali, chronili nawzajem i dlatego cierpieli.

A można przestać się bać?

- To prawie niemożliwe. Pytanie, co z tym lękiem zrobimy. Co innego jest go wyrażać, rozmawiać o nim, szukać realnego rozwiązania, a co innego wpadać w panikę albo zaprzeczać mu, uciekać.

Kiedy mój tata umierał, też odczuwałam silne emocje, ale obserwowałam je, przeżywałam. Gdybym zaczęła od nich uciekać, musiałabym uciec od ojca.

Nie każdego stać na to, by nie uciec.

- Uciekać wcale nie jest łatwiej. To iluzja. Uciekam od chorej matki, żony, umierającego przyjaciela, od trudnych rozmów, a w tyle głowy i tak się tym zamartwiam.

Często powtarzam pacjentom, że to normalne, że są wściekli, że mają zły humor, i zachęcam, by mówili o tym rodzinie: "Kurczę, chyba mam taki dzisiaj dzień, że mi non stop przychodzą myśli, że umrę. Nie potrafię sobie z tym poradzić". Albo: "Wybaczcie, że jestem nieprzyjemna, nie gadajmy dzisiaj".

To lepsze rozwiązanie, niż udawać, że wszystko w porządku, i chodzić po ścianach. Wszyscy pytają: "Co z tobą?", a chorzy syczą, że nic. Dzieląca ich przepaść pogłębia się i wprowadza większe cierpienie niż trudna rozmowa.

Choroba nowotworowa to dobry czas na to, by przeprosić bliskich za winy, pojednać się?

- Pani pytanie obnaża, w jakim dziwnym świecie żyjemy. Gdybyśmy świadomie kształtowali swoje relacje z osobami bliskimi, to nie odkładalibyśmy przeprosin, pojednań, ale też tych pięknych chwil, na które ma przyjść czas, na tzw. kiedyś.

Niestety, nierzadko uświadamiamy sobie ten błąd dopiero w chwili dramatu. Najpierw gonimy bez opamiętania, nie mamy czasu, pomysłu na wspólne życie, a gdy tego człowieka zabraknie, zadajemy sobie pytanie, dlaczego nie wykorzystaliśmy szansy.

Kryzysy są nieuniknione w życiu człowieka i nierzadko spełniają ważną funkcję w rozwoju naszej dojrzałości. Nie myślę jednak, że musimy czekać na trudne wydarzenia, żeby pełniej żyć.

Zróbmy coś, żeby rak się cofnął

Czy psychika może oddziaływać na ciało?

- W dużej mierze tak. Czynniki psychiczne, zwłaszcza emocjonalne, sprzyjają powstawaniu wielu chorób, m.in. astmy oskrzelowej, choroby wieńcowej serca, choroby wrzodowej, nadciśnienia. Wiele badań potwierdza, iż chroniczny stres zaburza homeostazę organizmu i w pewnych stanach wpływa na spadek odporności.

Są na przykład dowody, że dużo zdrowiej żyją ludzie, których potocznie określamy jako optymistów. Byłoby błędem myśleć, że są to ludzie, którzy myślą tylko pozytywnie i udają, że życie to istna sielanka. Przede wszystkim optymiści przyjmują trudne wydarzenia w życiu jako doświadczenie, nie wchodzą w rolę "ofiary", nie obwiniają wszystkich za swoje życie, ale aktywnie poszukują realnego rozwiązania problemu. Doceniają to, co mają, widzą sens tego, co robią. Optymiści, nawet gdy zachorują, gdy ciężko doświadcza ich życie, żyją pełniej niż niejedna zdrowa osoba.

Pytam o to, bo na stronie www.simonton.pl poświęconej Carlowi Simontonowi, ojcu psychoonkologii, wyczytałam, że pacjenci onkologiczni, którzy chodzą do psychoonkologa, żyją nawet dwa razy dłużej.

- Nie podpiszę się pod taką tezą. Miałam wielu pacjentów, którzy korzystali z pomocy psychologicznej, a jednak odchodzili przed czasem. Poznałam też pacjentów, którzy żyli wbrew medycynie, choć ze wsparcia nie korzystali.

Wypisywanie takich rzeczy daje fałszywą nadzieję. Chory często odbiera takie rady w sposób biało-czarny. Stara się, chodzi na terapie i wierzy, że na pewno się uda. Gdy choroba mimo to postępuje, obwinia się, że był nie dość pilnym uczniem. Jest wściekły i zrozpaczony.

Mądry psychoterapeuta wspiera pacjenta w jego drodze leczenia, nie skupiając się na finiszu, ale na tym, co tu i teraz. Nie zmusza pacjenta do pozytywnego myślenia, ale do zdrowego myślenia, w którym jest miejsce na zwątpienie.

Celem działań terapeutycznych na każdym etapie choroby powinna być poprawa jakości życia chorego i jego bliskich. Oczywiście znajdziemy w literaturze badania, które dowodzą, iż wiara, duchowość i optymistyczne nastawienie wzmacniają potencjał odpornościowy organizmu, ale nie gwarantują one stuprocentowego wyleczenia.

No zaraz. A co z tymi, którzy doświadczeni chorobą - tak jak reżyser Krzysztof Krauze - zmieniają swój tryb życia, dietę, przebudowują charakter, radzą innym: "Myśl pozytywnie"?

- Każdy człowiek jest inny i czego innego potrzebuje. Ma też swoje obciążenia, nawyki, traumy, które nie znikają z chwilą choroby, a wręcz odwrotnie. Stąd można zadbać o dietę, a żyć w chronicznym stresie, i to się mija z celem. Powiedzenie: "Myśl pozytywnie", osobie, która z natury jest pesymistą, może przynieść odwrotny skutek.

Po latach pracy z chorymi nabrałam pokory. Na moje warsztaty "Jak radzić sobie ze stresem w chorobie" niektórzy przyjeżdżają nasty raz! Inni po całym świecie jeżdżą za jakimś trenerem czy uzdrowicielem. Każdy musi znaleźć swój własny sposób na chorobę.

Swój sposób na zdrowienie?

- Zdrowienie to proces, na który składają się różne działania - medyczne, psychiczne, żywieniowe, relaksacyjne, duchowe, interpersonalne. Nie można jednak wywracać życia do góry nogami i na siłę, czasami wbrew sobie (bo tak chce rodzina) poddawać się wszystkim możliwym terapiom. Nikt z nas nie wie, jak długo będzie żył, ale możemy mieć wpływ na jakość tego życia, które mamy teraz.

Przyszła do mnie kiedyś pacjentka i mówi: "Zróbmy coś, żeby rak się cofnął". Była zawiedziona, kiedy usłyszała, że nie umiem tego dokonać. Mogę jej pomóc opanować lęk, zmniejszyć cierpienie, a jeśli zechce, mogę poprowadzić terapię jej małżeństwa. Ale w Boga bawić się nie będę!

Są jednak tacy, którzy w Boga się bawią: uzdrowiciele, bioenergoterapeuci, cudotwórcy.

- Miesiąc temu byłam świadkiem w sądzie. Sześć lat temu moi pacjenci pili ampułki na raka po 250 zł dziennie, które kupowali od pana tytułującego się jako profesor biologii. Sama widziałam tego człowieka, jak wlewał choremu 28-letniemu mężczyźnie tę ampułkę do ust. Pacjent szeptał: "Niech im pani powie, że ja już nie chcę".

W pokoju obok siedziała rodzina i nikt nie chciał przyjąć do wiadomości, że on odchodzi i bardziej niż tej "cudownej" mikstury potrzebuje ich bliskości i spokoju.

Nie ma we mnie zgody na szarlatanów i wszędzie, gdzie mogę - pacjentom, lekarzom na wykładach - mówię o takich przypadkach. Ci "uzdrowiciele" wiedzą, że z lęku przed śmiercią ludzie oddadzą ostatni grosz. Mam nadzieję, że te pieniądze ich poparzą.

Dlaczego Bóg mnie nienawidzi?

Autor książki "Rak. 50 kroków po poznaniu diagnozy" przeżył już kilkanaście lat, choć lekarze dawali mu miesiąc życia. Pisze o tym, jak mobilizować siły do walki z guzem. To biblia chorych na raka.

- Coś pani opowiem. Byłam kiedyś gościem audycji radiowej, w której młody dziennikarz opowiadał, jak to wyzdrowiał z raka. Pod wpływem tego typu książek zmienił sposób myślenia i zaczął czerpać z życia pełnymi garściami - przyjeżdżał na chemię na motorze, a po wlewie jechał od razu robić wywiad.

Zaraz zaczęli dzwonić słuchacze: "Ja też czytałem tę książkę! Mnie też guz się cofnął!".

Nie mogłam tego słuchać. Bo to jest myślenie magiczne, a ja uważam, że trzeba żyć w świecie realnym.

"Urealniła" pani słuchaczy?

- Powiedziałam: "Chcę powiedzieć wszystkim chorym, którzy próbują różnych metod, i tym, którzy mają wznowę, i tym leczonym paliatywnie, że jeśli będziemy wierzyli w tego typu cudowne uzdrowienia w bezrefleksyjny sposób, to każdy, komu nie wyszło, będzie miał prawo pomyśleć: »Co ja spieprzyłem? Pan Bóg mnie nienawidzi! «. I nakręci się poczucie winy, którego w tej chorobie i tak jest dużo".

Ludzie myślą: "Może gdybym nie stosowała tabletek antykoncepcyjnych, nie miałabym raka", "Mogłem żyć wolniej, jeść lepiej", "Gdybym nie zdradził żony, nie umarłaby na raka jajnika". Bo jak jest skutek, to musi być przyczyna. Jest grzech, musi być kara. I pogrążamy się w niepotrzebnym cierpieniu.

Wiele czasu poświęcam, by taki stan złagodzić. Przyjrzeć się, czy wtedy, gdy pacjent "zgrzeszył", można było dokonać innego wyboru. Może nie, skoro go nie dokonał. Nie chodzi o rozgrzeszenie, ale o mądre wybaczenie sobie.

Niektórym pomaga spowiedź u mądrego księdza, który nie będzie się bawił w kata.

Zna pani ludzi, którzy pod wpływem choroby przebudowali swoje życie?

- Tak. W jakimś sensie wszyscy chorzy zmieniają coś w swoim życiu. Tylko że jedni robią to świadomie, a inni poddają się losowi. Mam setki zapisków dotyczących wtórnych korzyści z choroby moich pacjentów. Jedni ludzie wreszcie dają sobie prawo do powiedzenia nie, do zadbania o siebie. Inni zaczynają doceniać życie i to, co mają. Jeszcze inni zmieniają pracę, kończą toksyczne związki lub odnajdują się w małżeństwie. Są też tacy, którzy realizują swoje największe marzenia. Choroba, zwłaszcza przewlekła, uwrażliwia na życie.

"Czeka cię droga może być trudna, ale wiedz, że może to być najwartościowsza podróż, jaką kiedykolwiek odbędziesz" - tak uważa Simonton. A pani?

- Szanuję tę metodę, sama z niej w jakimś sensie korzystam, ale są w niej elementy, które kłócą się z moją wrażliwością i odpowiedzialnością za drugiego człowieka. Mam na myśli ćwiczenie dotyczące przeżywania własnej śmierci. Nie widzę potrzeby wprowadzania ludzi w taki stan, nawet jeżeli teoretyczne założenie jest pozytywne.

Wiem, że można i trzeba z ludźmi rozmawiać o umieraniu. To temat, który nas przytłacza, a jednak na moich warsztatach potrafimy z pacjentami i ich bliskimi rozmawiać o tym dwie-trzy godziny. Otwarcie nazywamy nasze leki, rozmawiamy o tym, czy można tak zupełnie się nie bać, i w rezultacie skupiamy się na czasie, który nam został.

Doświadczenie moich chorych i ich rodzin nauczyło mnie pokory wobec myślenia, co będzie, jak mnie nie będzie. Wiem, że to już nie nasz problem, a wpływ mamy tylko na to, co teraz. Zamiast myśleć, jak będą żyły moje dzieci, kiedy mnie zabraknie, mówię: "Świat zapewne się zorganizuje, a teraz, kiedy żyję, mogę starać się dać im dobro, które zaowocuje w ich życiu nawet, gdy mnie zabraknie".

To realny wkład w ich przyszłość beze mnie.

<i>* Mariola Kosowicz jest terapeutą, psychoonkolożką, prowadzi także terapie małżeństw</i>

Zobacz także
  • Krzysztof Krauze w Durbanie w RPA, 2010 Antyrakowy dekalog Krzysztofa Krauzego. Wybitny reżyser zmarł po długiej chorobie
Skomentuj:
Nie chcę się bawić w Pana Boga
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX