Nie chcę się bawić w Pana Boga

Rozmawiała Dorota Frontczak
13.09.2010 17:00
A A A
Kiedy mój tata umierał, też odczuwałam silne emocje, ale obserwowałam je, przeżywałam. Gdybym zaczęła od nich uciekać, musiałabym uciec od ojca.
Wiele czasu poświęcam, by taki stan złagodzić. Przyjrzeć się, czy wtedy, gdy pacjent "zgrzeszył", można było dokonać innego wyboru. Może nie, skoro go nie dokonał. Nie chodzi o rozgrzeszenie, ale o mądre wybaczenie sobie.

Niektórym pomaga spowiedź u mądrego księdza, który nie będzie się bawił w kata.

Zna pani ludzi, którzy pod wpływem choroby przebudowali swoje życie?

- Tak. W jakimś sensie wszyscy chorzy zmieniają coś w swoim życiu. Tylko że jedni robią to świadomie, a inni poddają się losowi. Mam setki zapisków dotyczących wtórnych korzyści z choroby moich pacjentów. Jedni ludzie wreszcie dają sobie prawo do powiedzenia nie, do zadbania o siebie. Inni zaczynają doceniać życie i to, co mają. Jeszcze inni zmieniają pracę, kończą toksyczne związki lub odnajdują się w małżeństwie. Są też tacy, którzy realizują swoje największe marzenia. Choroba, zwłaszcza przewlekła, uwrażliwia na życie.

"Czeka cię droga może być trudna, ale wiedz, że może to być najwartościowsza podróż, jaką kiedykolwiek odbędziesz" - tak uważa Simonton. A pani?

- Szanuję tę metodę, sama z niej w jakimś sensie korzystam, ale są w niej elementy, które kłócą się z moją wrażliwością i odpowiedzialnością za drugiego człowieka. Mam na myśli ćwiczenie dotyczące przeżywania własnej śmierci. Nie widzę potrzeby wprowadzania ludzi w taki stan, nawet jeżeli teoretyczne założenie jest pozytywne.

Wiem, że można i trzeba z ludźmi rozmawiać o umieraniu. To temat, który nas przytłacza, a jednak na moich warsztatach potrafimy z pacjentami i ich bliskimi rozmawiać o tym dwie-trzy godziny. Otwarcie nazywamy nasze leki, rozmawiamy o tym, czy można tak zupełnie się nie bać, i w rezultacie skupiamy się na czasie, który nam został.

Doświadczenie moich chorych i ich rodzin nauczyło mnie pokory wobec myślenia, co będzie, jak mnie nie będzie. Wiem, że to już nie nasz problem, a wpływ mamy tylko na to, co teraz. Zamiast myśleć, jak będą żyły moje dzieci, kiedy mnie zabraknie, mówię: "Świat zapewne się zorganizuje, a teraz, kiedy żyję, mogę starać się dać im dobro, które zaowocuje w ich życiu nawet, gdy mnie zabraknie".

To realny wkład w ich przyszłość beze mnie.

<i>* Mariola Kosowicz jest terapeutą, psychoonkolożką, prowadzi także terapie małżeństw</i>

Zobacz także
Skomentuj:
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX