Jesienne przypadłości

Wystarczy, że za oknem zrobi się odrobinę chłodniej, a już dookoła słychać pokasływania i kichanie. Czemu tak się dzieje?
Wszystkiemu winna jest odporność, czyli system odpowiedzialny za ochronę organizmu przed wirusami i bakteriami. Organizm zwalcza infekcje wirusowe, bakteryjne i pierwotniakowe dzięki limfocytom produkującym przeciwciała. Te, w kontakcie z tzw. antygenami (czyli np. wirusami), potrafią skutecznie je zneutralizować. W organizmie człowieka jest aż pięć różnych rodzajów przeciwciał. Te, które pomagają zwalczać mikroby, znajdują się przede wszystkim w układzie pokarmowym. Jest tam aż 70 proc. wszystkich przeciwciał człowieka, tworzących "pierwszą linię obrony" przed wirusami - najwięcej w jelitach. To właśnie dlatego dzieci częściej chorują i są bardziej podatne na infekcje. Wytworzenie odpowiedniego środowiska i pełnej gamy przeciwciał w jelicie zajmuje aż 12 lat! Limfocyty noworodka praktycznie nie wytwarzają przeciwciał, żyjących w jelitach. Dziecko rodzi się z odpornością matki (przeciwciała matki przenikają przez łożysko) i z czasem nabywa własną, ale to proces trudny i długi - dlatego najmłodsi chorują średnio 6-8 razy w ciągu roku. W pierwszych miesiącach życia dziecko dostaje przeciwciała poprzez pokarm matki - toteż jego odporność jest uzależniona od stanu zdrowia mamy. Dzieci chorują nie tylko ze względu na mniejszą ilość przeciwciał. Stres związany z pierwszą wizytą w żłobku lub przedszkolu również negatywnie wpływa na odporność. Maluch zderza się z całą gamą nieznanych dotychczas wirusów, z którymi wątły system odpornościowy nie daje sobie rady.

Zdrowy człowiek z odpowiednim poziomem odporności może przebywać wśród chorych i nic mu nie będzie. Wystarczy jednak niewiele, by obniżyć odporność i ściągnąć na siebie wirusową szarańczę.

Liście spadają, odporność też

Wirusy i bakterie krążą w powietrzu cały rok. Ale gdy za oknem świeci słońce, my planujemy urlop, jeździmy na rowerze, zajadamy się świeżymi warzywami, nasz układ odpornościowy jest prawdziwym Iron Manem. I przychodzi jesień, robi się chłodno - a my, wciąż wspominając upalne lato, niechętnie sięgamy po płaszcze, rękawiczki i szaliki. Nie wysypiamy się, gorzej jemy, a jeśli jeszcze do tego palimy papierosy albo pijemy alkohol, to układ odpornościowy zjeżdża z równi pochyłej i infekcja to tylko kwestia czasu.

Zdecydowana większość, bo aż 85-95 proc. zakażeń, ma podłoże wirusowe. Wirusy przenoszone są drogą kropelkową, dostają się do organizmu przez drogi oddechowe. - Jeśli nasz układ odpornościowy nie zna wirusa, przeważnie nie obroni nas przed nim. Wirus mnoży się (w układzie oddechowym) i wtedy chorujemy - tłumaczy dr Piotr Łopata, internista.

Wirus atakuje i niszczy komórki nabłonkowe błon śluzowych i odsłania głębiej położone warstwy. - Wtedy odczuwamy pierwsze objawy miejscowe: katar, ból gardła i ogólnoustrojowe: "łamanie w kościach", gorączkę. Ten etap to główne stadium choroby, trwa 3-5 dni. Wtedy powinniśmy bezwzględnie leżeć w łóżku, unikać wysiłku, zdrowo jeść, wypoczywać - dodaje internista.

Jeśli chorujemy częściej niż 6 razy w ciągu roku (osoby dorosłe), a zwykłe przeziębienie przeradza się np. w zapalenie oskrzeli, trzeba rozważyć wizytę u immunologa, który zleci specjalistyczne badania krwi i pomoże zdiagnozować powody częstych infekcji. Na wizytę do immunologa powinni wybrać się także ci, którzy chorują i leczą się dłużej niż 2 miesiące na jedną przypadłość,

Dieta na odporność

Dobrym sposobem poprawy odporności jest przestrzeganie zdrowej, zbilansowanej diety. Włącz do jadłospisu "produkty prewencyjne": miód, cytryny, czosnek, cebulę, kefiry, maślanki i kiszonki - kapustę i ogórki, pełne zbawiennej witaminy C. Możesz też pić tran lub łykać ten specyfik w tabletkach. Ostrożnie z suplementami diety - lekarze są do nich sceptycznie nastawieni i nie potwierdzają skuteczności działania. I niemalże wszyscy są zgodni - zamiast łykać tysiące tabletek, lepiej przygotujmy apetyczną sałatkę albo rybę (kwasy omega-3 ważne w codziennej diecie) ze szpinakiem (antyoksydanty!).

Uzupełnieniem "diety pro-odpornościowej" musi być aktywność fizyczna. Wiele osób nie może się przemóc, by spędzać czas na powietrzu, chociaż np. modny nordic-walking można uprawiać cały rok. Ale jeśli absolutnie nie dasz się wyciągnąć na sportową sesje na dworze, zastanów się, jaki sport w pomieszczeniu wybrać. Czasy, że jedyną alternatywą dla siłowni, jest aerobik już minęły. Teraz możesz wybrać tańce, jogę czy całą masę zajęć fitnessowych na ciekawych przyrządach. Wciąż nie to? To może squash albo tenis w hali?

Jesień w duszy

Obniżona odporność to nie jedyny jesienny problem. Gdy dni są coraz krótsze, za oknem deszcz i słota, mamy coraz gorszy nastrój. I nie jest to tylko kulturowa klisza, bo zewsząd słyszymy: "połóż się, przykryj kocem i wypij herbatę z imbirem", "poczytaj książkę na długie jesienne/zimowe wieczory", "już jesień, sięgnij po ziołowy preparat na depresję". Okazuje się, że zmiana pory roku rzeczywiście wpływa na samopoczucie. Pierwsi udowodnili to Szwedzi, którzy zmagają się z ogromnym problemem depresji w społeczeństwie - w Szwecji jest jeden z najwyższych w Europie wskaźników osób cierpiących na depresję. Wprowadzane są tam całe programy profilaktyczne, a kilka lat temu zaczęły powstawać specjalne bary, w których świecą mocne lampy, dające światło zbliżone do słonecznego. Do takiego baru nie idzie się na drinka, ale na światłoterapię - skutecznym narzędziem w profilaktyce depresji. W Szwecji stany depresyjne leczy się również dźwiękiem - puszczając chorym odgłosy kojarzące się z gorącym latem.

Dlaczego światło, produkowane przez promienie słoneczne ma taką moc? W dużym skrócie - pod wpływem słońca organizm produkuje więcej serotoniny i dopaminy, zwanych hormonami szczęścia. Ale to nie wszystko: - Udowodniono, że podłożem depresji mogą zaburzenia metabolizmu, spowodowane niedoborem witamin. A to również grozi nam jesienią, po sezonie pełnym świeżych i pysznych warzyw i owoców. Układ odpornościowy jest w symbiozie z układem nerwowym, więc powiązanie depresji z jesienią jest jak najbardziej trafne - tłumaczy Maja Filipiak, psychoterapeutka.

Do tego dochodzą jeszcze inne czynniki: - Jesteśmy świeżo po urlopie, a za oknem już zimno. Jeszcze za wcześnie na planowanie kolejnego wypadu, nie możemy żyć nadzieją na kolejne wakacje, a to często pomaga przetrwać kolejny ciężki czas, czyli przedwiośnie. Jesteśmy teraz w takim zawieszeniu, po wakacjach, ale jeszcze przed planowaniem Bożego Narodzenia, które też daje trochę sił do działania. Poza tym pogoda zatrzymuje nas w domu: nie chodzimy na spacery, bo jest ciemno, nie uprawiamy sportów na powietrzu, bo jest zimno, przez to nie wydzielają się endorfiny. Taka pogoda zniechęca też do życia towarzyskiego, więc nie otaczamy się przyjaciółmi. I chandra gotowa - dodaje psychoterapeutka.

No właśnie: kiedy chandra, a kiedy depresja? - Największą różnicą dzielącą chandrę od depresji jest czas trwania "dołka". Każdemu może przytrafić się gorszy dzień, jest to normalne. Z reguły pomagają ulubione przyjemnostki albo chwila wyciszenia. Ale jeśli fatalne samopoczucie utrzymuje się dłużej niż dwa tygodnie, a to, co zwykle dawało radość, nie cieszy nas, to należy zgłosić się do specjalisty - zacząć od psychologa, a jeśli nie pomoże terapia, zgłosić się do psychiatry, który rozpocznie leczenie farmakologiczne - radzi Maja Filipiak.

Więcej o: