A ty co jadłaś w tym tygodniu?

Trzydziestolatek, który je wyłącznie na mieście, młoda aktorka - fanka zdrowego odżywiania i małżeństwo emerytów, miłośników polskiej kuchni - opowiedzieli nam, co jedzą. Przez weekend i jeden wybrany powszedni dzień tygodnia notowali każdy swój posiłek. Co jedli?
Tomasz Milanowski, malarz,asystent w warszawskiej ASP:

Lubię gotować, ale ostatnio nie mam dostępu do kuchni. Dlatego jem na mieście, wybieram niedrogie, sprawdzone bary niedaleko uczelni albo mojej pracowni. Moje zasady żywieniowe?

Staram się po prostu jeść zdrowo i zróżnicowanie, nie podjadać w nocy. Unikam czerwonego mięsa, czasem wybieram ryby. Staram się codziennie jeść warzywa i owoce, często, kiedy przechodzę koło warzywniaka, kupuję sobie porcję sezonowych owoców i podjadam je na ulicy, ostatnio maliny i czereśnie.

Piję trzy-cztery filiżanki espresso dziennie. Nie używam mleka do kawy, popijam espresso wodą. Piję dużo niegazowanej wody mineralnej, ostatnio Kinga Pienińska.

Rzeczywiście, kiedy przyjrzałem się moim zapiskom z tych trzech dni, zobaczyłem, że nie zawsze udaje mi się jeść tak zdrowo, jak bym chciał.

Nie lubię mocnych alkoholi, bardzo lubię wino i staram się wzbogacać swoją wiedzę o nim. Kiedy byłem w Hiszpanii, później przez rok wybierałem hiszpańskie wina, czytam przewodniki.

Nie korzystam z fast foodów, w McDonaldzie jem tylko lody, bo je lubię. Rzadko jem słodycze, czasem ciastko do kawy, ale mam jedną słabość - miód. Dużo podróżuję i zawsze przywożę miody. Trzy tygodnie temu przywiozłem słoik miodu spod Olecka, a ostatnio - z Łagowa. Podjadam go nałogowo, w pracowni zawsze mam kilka słoików różnych miodków. Jem je łyżką, a miód o rzadkiej konsystencji zdarza mi się pić ze słoika.

Sobota

Śniadanie: w kawiarni zjadłem kanapki z mozzarellą i orzeszkami pinii, wypiłem espresso i sok wyciśnięty z grejpfruta.

Obiad: w garmażerce, takim sklepie połączonym z barem, zjadłem na stojąco cynaderki z kaszą gryczaną i buraczkami i wypiłem ukraińskie piwo. Na deser w kawiarni wypiłem gorącą czekoladę.

W ciągu dnia: espresso na mieście.

Kolacja: gazpacho (w barze) - hiszpański chłodnik.

Niedziela

Śniadanie: w knajpce koło pracowni zjadłem ulubione naleśniki ze szpinakiem i rokpolem, wypiłem espresso.

Obiad: jak zwykle w niedzielę zjadłem pizzę z anchois, popiłem coca-colą, na deser - espresso.

Kolacja: kebab w barze tureckim i ajran (turecki jogurt).

Czwartek

Śniadanie: zupa florencka z liśćmi szpinaku i kawałkami omletu, espresso i ciastko marchewkowe.

Obiad: kurczak w zielonym curry na ostro, surówka z kiełków, chipsy krewetkowe i zielona herbata jaśminowa w moim ulubionym barze niedaleko Akademii Muzycznej. Często polecam to miejsce - ze względu na kuchnię i atmosferę. Przychodzi tu wielu studentów AM z instrumentami muzycznymi.

Kolacja: omlet z prażonymi jabłkami w barze mlecznym przy Uniwersytecie Warszawskim.

Menu Tomka komentuje dr Małgorzata Kozłowska-Wojciechowska, ekspert żywieniowy z warszawskiej Akademii Medycznej: Świadomość zasad prawidłowego żywienia jest u Pana Tomasza dość duża. Sposób jedzenia człowieka, który sam nie gotuje i któremu nikt inny nie gotuje, jest zadowalający. Wybierane potrawy są w miarę zgodne z tym, czego powinien codziennie dostarczyć organizmowi, choć może trochę brakuje owoców w diecie. Wino jest dobrym wyborem, ale zbyt dużo pije Pan kawy (może warto ograniczyć do trzech espresso). Grzech 'miodowy', o ile nie ma Pan kłopotów z nadwagą, przy takiej pracy, jaką Pan wykonuje, jest absolutnie do wybaczenia.

Marta Król, aktorka:

Zawsze rano, często jeszcze przed wstaniem z łóżka, piję szklankę niegazowanej wody, czasem wyciskam do niej pół cytryny. Potem zwykle piję sok - czasem wyciskam go sama, zwykle z grejpfrutów, czasem piję na mieście. Unikam natomiast słodzonych soków z kartonu. Zwykłej herbaty nie piję, tylko zieloną. Moją słabością jest kawa.

Rano lubię zjeść coś ciepłego, np. japońską zupę miso, której nie powinno się przechowywać w lodówce, dlatego szykuję ją tylko wtedy, gdy mam więcej czasu rano. Inaczej wolę dłużej pospać. Prowadzę samochodowy tryb życia, dlatego wożę ze sobą termos, do którego nalewam herbatę. Zimą w drugim, większym termosie woziłam zupę albo marchewki czy jabłka.

Gram w teatrze - na cztery godziny przed sztuką nie jem nic. Nie po to, żeby lepiej wyglądać na scenie, mieć płaski brzuch, ale dlatego, że dzięki temu mam więcej energii. Także na fitness chodzę często z pustym żołądkiem. Wiem, że tak nie powinnam, ale na głodnego fajnie się ćwiczy. Kiedy po śniadaniu idę na jogę i muszę stanąć na głowie - robi mi się niedobrze. Po wyjściu z siłowni zjadam coś małego, np. jabłko. Jabłko jem też przed lekcją śpiewu - ono bardzo korzystnie wpływa na struny głosowe, coś tam w środku wygładza.

Mój błąd? Jem wieczorami. Zwykle wracam do domu o godz. 20-21 i jestem wtedy głodna, ale nie zmęczona, działam na pełnych obrotach. Zamiast zjeść lekki bulion warzywny, jem kolację (zupę ryżową, warzywa z patelni, makaron z pesto).

Moje zasady Żywieniowe:

Jem to, co lubię i co pozwala mi czuć się lekko. Zimą pozwalam sobie przytyć dwa-trzy kilo, wiosną to tracę. Jem rzeczy sezonowe i te, które rosną w danym kraju - czyli raczej czereśnie niż pomarańcze, chyba że jestem na wakacjach za granicą. Zimą jabłka, a nie cytrusy - Polska powinna być dumna ze swoich jabłek!

Jem mniej więcej co cztery godziny małe porcje.

Kiedy byłam mała, byłam niejadkiem. Zostało mi z tego czasu to, że wolno jem, starannie żuję i smakuję każdy kęs. Nigdy nie jem byle czego, staram się jeść coś ważnego. Często na mieście, w sprawdzonych lokalach. Jeśli mam więcej pieniędzy, np. w barze sushi, jeśli mniej - w sieci Green Way, gdzie jest wegetariańskie jedzenie. Często u przyjaciół, którzy lubią gotować.

Na ogół piję dopiero pół godziny po jedzeniu, bo wcześniej to podobno źle by wpływało na trawienie. Przed jedzeniem wypijam szklankę wody niegazowanej.

Nie jem cukru - oprócz tego zawartego w owocach, które staram się jeść tylko rano. Wierzę, że żołądek też ma swój rytm i pewne soki wydzielają się w określonych porach dnia - przedpołudnie jest najlepsze do trawienia owoców. Jeśli mam ochotę na coś słodkiego, zjadam kawałek arbuza albo jogurt z łyżką miodu. Pyszne.

Od trzech lat nie jem mięsa, ale jem ryby. Zdarza mi się pójść do sklepu, kupić kawałek surowej ryby maślanej i zjeść go od razu, w samochodzie...

Staram się nie jeść pszenicy, która często uczula i generalnie szkodzi.

Moje menu z weekendu i ostatniej środy:

Sobota:

Śniadanie: półtorej szklanki wody i wyciskany sok z grejpfrutów.

Drugie śniadanie: po zajęciach na siłowni - jabłko.

Obiad: z kumplem byłam na sushi. Zjadłam zupę miso i maki, wypiłam herbatę ryżową (jest świetna, delikatna, trochę słodka).

Kolacja: kawałek żytniego pieczywa Vasa i lampka czerwonego wina.

Niedziela

Śniadanie: woda i duszona kapusta z pomidorami - lubię na sam początek dnia dać żołądkowi taką ciepłą papkę. Sok pomarańczowy rozcieńczony ciepłą wodą.

Drugie śniadanie: w garderobie na planie filmowym wypiłam zieloną herbatę.

Obiad: kotleciki z cukinii i pomidorów, jakaś sałatka; w przerwie z przyjacielem wypiłam kawę z ekspresu.

Kolacja: po powrocie do domu ok. godz. 1 w nocy wypiłam pomarańczową herbatę z melisą.

Środa

Śniadanie: woda, zupa miso; później na mieście wypiłam kawę latte (z mlekiem).

Obiad: w wegetariańskim barze zamówiłam pół talerza krupniku (dają tam bardzo duże porcje) i ziemniaki z sosem koperkowo-czosnkowym na bazie jogurtu.

Kolacja: mama, u której nocowałam, zrobiła superzupę - krem jarzynowy; przed snem zjadłam jeszcze kawałek arbuza.

Małgorzata Kozłowska-Wojciechowska: To typowa dieta niedoborowa młodej osoby, dla której liczy się szczupła sylwetka, a nie właściwe dostarczenie niezbędnych składników, takich jak odpowiedni tłuszcz, wapń czy pełnowartościowe białko. Niestety, taki sposób żywienia może okazać się zgubny, bo przecież jedno jabłko czy to, co Pani zjadła w niedzielę na kolację, trudno nazwać posiłkiem!

Władysława i Andrzej Gołąb, emeryci:

Nie jestem osobą, która lubi gotować, mąż kiedyś stwierdził, że gotuję, bo muszę. Często jemy mięso, bo jest szybkie w przygotowaniu. Lubię kuchnię polską, nie biorę się do gotowania rzeczy zagranicznych, czasem zrobię węgierskie leczo, bo się nauczyłam i polubiłam. Widzę, że u mojej starszej córki Anki jedzą różności - owoce morza - ale ja w tym nie gustuję.

Nie pijemy gotowych soków owocowych, chyba że jedziemy na działkę i nie chce mi się gotować albo przyjeżdżają wnuki, wtedy kupuję sok w sklepie. Na ogół gotuję kompoty. Kiedy były upały, akurat była u nas młodsza córka z dziećmi, wtedy codziennie szykowałam świeży kompot, bo łatwo się psuje. Jeśli nie ma kompotu, ja piję wodę mineralną bez gazu, a mąż - kwas chlebowy. Herbatę pijemy czarną z torebki. Tylko kiedy przyjeżdża córka, parzymy w czajniczku - bo ona tak lubi.

Moje zasady żywieniowe:

Jemy pięć posiłków dziennie, obiad zwykle ok. godz. 14, kolację między 18 a 19.

Po kolacji nigdy już nie jem, najwyżej wypijam szklankę mleka przed snem. Jeśli mamy obfity podwieczorek, rezygnuję z kolacji, żeby nie objadać się na noc.

Obiad zawsze składa się z dwóch dań - nawet kiedy pracowałam, u mnie zawsze była zupa i drugie.

Staram się, żeby zawsze do obiadu były warzywa, najlepiej surówka. Kiedy dawniej nie miałam czasu, żeby ją zrobić, kupowałam gotową w sklepie. Teraz akurat dojrzały mi pomidory i ogórki z działki, więc często je jemy. Zimą - kapustę kiszoną albo pekińską.

Moja słabość? Ostatnio bardzo lubię słodycze - czekoladę i cukierki. Myślę, że jak człowiek w dzieciństwie nie jadł słodkości, to później musi nadrabiać...

Co jedliśmy w tym tygodniu? Nasze menu z weekendu i z poniedziałku:

Sobota

Śniadanie: jajecznica z dwóch jaj na boczku, po dwie kromki pieczywa pszenno-razowego z masłem; do tego mąż wypił herbatę, a ja mocną kawę parzoną w szklance, z mlekiem.

Drugie śniadanie: ja zjadłam dwa jabłka i spory kawałek czekolady, tak jedna trzecia tabliczki (jabłka mamy z własnej jabłoni, która rośnie na podwórku, stara odmiana, są dużo lepsze niż w sklepach, ale małe); mąż - kawałek ciasta 'wiewiórka' z gruszkami i orzechami (to z cukierni, która sprzedaje domowe wypieki), do tego herbata.

Obiad: zupa z cukinii na ostro z grzankami z masłem, na drugie smażony pstrąg, ziemniaki i mizeria. Ja robię mizerię bez śmietany, tylko z olejem i cytryną. Do picia - domowy kompot z jabłek i wiśni (wypiliśmy po jednej szklance).

Podwieczorek: kilka jabłek i słaba kawa rozpuszczalna z mleczkiem, mąż - herbata.

Kolacja: po dwie kanapki z boczkiem i schabem pieczonym.

Niedziela

Śniadanie: kanapki z wędliną i tłustym białym serem, kawa i herbata.

Drugie śniadanie: po kawałku ciasta śmietanowego (koleżanka piekła), po dwie kostki czekolady i herbata.

Obiad: zupa pomidorowa z makaronem, ziemniaki z koperkiem polane masełkiem, schab pieczony i do tego po ogórku kwaszonym, do picia - herbata.

Podwieczorek: jabłka i kawałek czekolady, do picia dla mnie woda, dla męża - kupny kwas chlebowy

Kolacja: po dwie kanapki z rybą wędzoną i kozim serem typu camembert.

Przed snem: szklanka mleka.

Poniedziałek:

Śniadanie: tosty z kiełbasą i żółtym serem, kawa, herbata.

Drugie śniadanie: kupne ciasto śliwkowe, śliwki i nektarynki.

Obiad: zupa ogórkowa (zostało jeszcze na wtorek), schab z niedzieli, ziemniaki z koperkiem, pomidory z cebulą. Do picia - herbata i kawa oraz kompot jabłkowo-truskawkowy.

Podwieczorek: mąż zjadł kanapkę z wędliną.

Kolacja: razowe rogale z polędwicą i resztką schabu z obiadu, świeży ogórek, herbata.

Małgorzata Kozłowska-Wojciechowska: To klasyczne polskie menu. Bardzo dobre założenie, że nie je się przed snem, tylko pije mleko. Trochę zbyt dużo masła i mięsa w diecie, co oznacza, że spożycie nasyconych (niezdrowych) kwasów tłuszczowych i cholesterolu przez Państwa jest wysokie, a to obciążenie dla układu krążenia. Obawiam się także o te dość duże ilości słodyczy. Cieszy natomiast pochwała kompotów oraz własnych jarzyn i owoców.

Więcej o: